www.mamboteam.com
 
STRONA GŁÓWNA
środa, 02 grudzień 2020
 
 

ARTYKUŁ ARCHIWALNY
Leszek Ćwikliński - genealogie

Spotykamy się w Dąbrówce. Choć z daleka, zajeżdża punktualnie na 10.00.  Wysoki, wyprostowany, nie wygląda na 1946 rocznik. Leszek Ćwikliński, człowiek łączący linie życia.





Przyjechał pan z daleka. Co pana łączy z Kociewiem? 
- Urodziłem się w Starogardzie. W Dąbrówce przed wojną mieszkali moi dziadkowie. Ale mieszkałem tu króciutko. Kiedy miałem pół roku, rodzice wyprowadzili się do Słupska. Ojciec pracował tam w urzędzie repatriacji. Miał trochę wykształcenia. Przed wojną ukończył gimnazjum w Starogardzie i rozpoczął studia prawnicze w Poznaniu. Kiedy wybuchła wojna, uciekał... Mieszkałem w Słupsku do 14. roku życia. Potem uczyłem się w Technikum Łączności w Gdańsku.

W słynnej szkole...
- Tak, w jednej z poważniejszych wtedy szkół. Potem poszedłem na studia. W 1971 r. ukończyłem Wydział Elektroniki na Politechnice Gdańskiej. Po studiach, ponieważ miałem stypendium fundowane Dyrekcji Okręgu Poczty i Telekomunikacji w Szczecinie, dostałem przydział do pracy w Rejonowym Urzędzie Telekomunikacyjnym. Tam przepracowałem 20 lat i założyłem prywatną firmę, też telekomunikacyjną. I do dzisiaj ją mam.

Pana pasja – genealogia. Od kiedy się pan zainteresował tym tematem?
- Interesowało mnie to od małego. Już jako dzieciak tu, w Dąbrówce, w wakacje u dziadków, rysowałem pierwsze drzewa genealogiczne swoich przodków. Chciałem poznać moje korzenie.  Ale oczywiście moim głównym hobby była elektronika. Budowało się radia, telewizory..
.
Co takiego?!
- A tak, w technikum radia, na studiach telewizory. Zmontowałem kilka. Sprzedawało się za 600 złotych, taka była wtenczas cena. Równowartość moich czterech stypendiów... W sklepach sprzedawali wtedy odrzuty produkcyjne „Neptunów”, studenci je kupowali, reperowali i montowali... Składało się jeden miesięcznie. Szły jak woda. To były pierwsze kolorowe telewizory w Polsce.

Musiał pan być niezły w swojej branży...
- Już kiedy pracowałem, zająłem się tak zwaną racjonalizacją. Zawsze byłem przewodniczącym takiego klubu w zakładzie pracy. Otrzymywałem nagrody. Rocznie potrafiłem zrobić 50 projektów racjonalizatorskich, czyli wynalazków (musiał być projekt i realizacja). Z wynalazków miałem dwa razy tyle, ile wynosiła moja pensja.

Ciekawe... Wróćmy do wątków kociewskich w pana życiorysie.
- Przez całe życie co roku przyjeżdżałem do Dąbrówki. Pomagałem w żniwach, przejeżdżałem na urlopy. Tu sie czułem swojsko, bo Koszalin to miasto, gdzie wszyscy byli sobie obcy. Wracałem do miejsca, z którym wiążą się wszystkie moje wspomnienia z dzieciństwa i młodości. 

Kiedy tak na poważnie zaczął pan budować drzewo genealogiczne swojej rodziny?
- Ze trzy lata temu. Wówczas Niemcy zwrócili archiwum w Pelplinie księgi parafialne z Pomorza. Wywieźli je w 1945 roku. W parafiach zostały tylko te  z ostatnich 50 lat.
Od tego momentu można było szukać korzeni dokładnie. Dotychczas wiedzę o korzeniach miałem tylko z opowiadań dziadków, wujków i ciotek. Zacząłem jeździć do Pelplina i tam te księgi wertować. Cofałem się w czasie o dalsze 300 lat, do 1670 roku. To pierwsza data,  jaka pojawia się w księgach parafii Bobowo.

Wynalazca wpadł na pomysł i... ma pan teraz strony tych ksiąg na zdjęciach, w formie elektronicznej. Dlaczego pan to robi?
- Do Pelplina mam 240 kilometrów. Przez jeden taki wyjazd dużo się nie zdążyło przejrzeć. Postanowiłem więc te księgi fotografować.

Nie ma zakazu?
- Nie ma. I chwała za to księdzu profesorowi Nadolnemu. Poza tym ksiądz też jest pragmatykiem. Doszedł do wniosku, że jak ja mu te księgi sfotografuję i zostawię kopie w archiwum, to on nie będzie musiał udostępniać oryginałów.

Też myślał jak racjonalizator... Jakie to uczucie, przeglądać księgi w archiwach? 
- Czułem się jak średniowieczny skryba. Kiedy dotykałem księgi z XVI wieku, zawsze przechodził mnie dreszczyk emocji. Przechodził też dreszczyk, kiedy człowiek, czytając w księgach o zdarzeniach, o życiu konkretnych ludzi, uzmysławiał sobie, że to było naprawdę. Taka lektura wciąga.

O jakich zdarzeniach?
- Zwykłych. Księża zawsze dopisywali w tych księgach na marginesie uwagi na temat osób. Są notki o ich zajęciu,  zawodzie, kim byli. Nawet o tym, że kobieta była deflorata, nie posiadająca cnoty.

Robił pan zdjęcia stron ksiąg parafialnych i wgrywał do swojego komputera w domu. Czyli przenosił pan jakby te księgi do siebie. Ile zdjęć?
- W ciągu jednego wyjazdu potrafiłem sfotografować dwie, trzy parafie, to jest około 20 ksiąg. Wystarczyło to na trzy miesiące przeglądania tych fotografii i analizowania dziejów moich przodków.

Pierwsze księgi są spisane po łacinie. Zna pan łacinę?
- Nie znam, ale w tamtych księgach są takie same łacińskie teksty. Można, znając kilka słów, to wszystko odczytać. Trudniejsze przypadki wysyłałem mailem do mojego kuzyna księdza kanonika Stanisława Szarowskiego, który znakomicie zna łacinę. On to robił bardzo chętnie – to przecież byli też jego przodkowie.

W jakim miejscu jest pan po tych trzech latach?
- Najpierw „rozpracowałem” listę moich przodków. Potem zacząłem do tego drzewa dopisywać poszczególne gałązki, czyli rodzeństwo przodków. Te informacje wprowadzałem do specjalnych programów genealogicznych.

To ma pan na płytach CD?
- Na płytach jest co innego. Żeby sobie ułatwić pracę, robiłem i robię do niektórych ksiąg indeksy w Exelu. Nie robiłem sam. Korzystałem z pomocy innych. Na takiej zasadzie. Ktoś potrzebował mieć wgląd do jakiejś księgi, ja wysyłałem mu płytę, ale on musiał zrobić indeks. Indeks - to znaczy wypisy podstawowych danych z poszczególnych zapisów w księgach:  nazwisko, imię, data zdarzenia - ślub, chrzest, zgon... To nie jakiś mój patent. 

W tej chwili jest prowadzona taka akcja ogólnopolska. Na przykład profesor z  Uniwersytetu Jagiellońskiego gromadzi dane (spisuje) wszystkie małżeństwa z XIX wieku. Każdy, kto w Polsce zajmuje się poszukiwaniami genealogicznymi, jest proszony o zrobienie indeksów z ksiąg małżeństw. To akurat dotyczy ślubów. Ale te dane są najważniejsze w poszukiwaniach genealogicznych. Metryka ślubu świetnie umożliwia ustalić powiązania rodzinne.

Z tego aktu możemy wyciągnąć najwięcej informacji. Ale często jest bardzo trudno ustalić, gdzie ten akt się znajduje. Robi się taką bazę danych dla całej Polski dla XIX wieku. Na razie. To już jest bardzo pomocne w poszukiwaniu innych danych. Jak się ma w Internecie spis takich małżeństw, to nie trzeba szukać jeżdżąc. Zresztą zebranie danych jeżdżąc jest niemożliwe – nie da się przejrzeć wszystkich ksiąg w Polsce.

Pan zrobił też indeksy, na podstawie sfotografowanych ksiąg parafialnych. Czego dotyczą i czemu mają służyć?   
- Robię indeksy do poszczególnych ksiąg, żeby można było nie przeglądając samej księgi sprawdzić, czy nasi przodkowie mają w tej księdze zapisy. Na płytach CD mam księgi, a na końcu jej spisy... To nic nowego. Niektóre parafie mają też zrobione indeksy. Ręcznie, na końcu – spisy wszystkich aktów z nazwiskami.

Ręcznie, a pan robi to w formie elektronicznej...
- Ja przepisuję informacje do arkusza kalkulacyjnego, żeby móc to posortować. Jak ma pan w jednej księdze 5 tysięcy wpisów, to coś znaleźć jest bardzo trudno, a jak pan ma to ma w arkuszu kalkulacyjnym, to znajduje się bardzo szybko.

Co to znaczy, że pan sortuje informacje?
- Tak to robię, żeby można było szybko znaleźć daną księgę i informację o jakimś człowieku czy to po nazwisku kobiety, czy po nazwisku mężczyzny, czy po dacie. Przykładowo księga ma 300 stron, na jednej  jest około 10 zapisów. Czyli w księdze jest około 3 tysiące aktów. A taki indeks - spis umożliwia przejrzenie tego w ciągu kilku sekund. W ciągu kilku  sekund można znaleźć poszukiwaną osobę.

Czyli robi pan zdjęcia stron ksiąg parafialnych, wgrywa do komputera, przepisuje informacje i robi pan coś w rodzaju elektronicznego katalogu tych informacji... Ile parafii pan tak zinwentaryzował?
- Sfotografowałem około 30 parafii od Nowego po Kościerzynę. Stąd mam prawie wszystko. Moi przodkowie – główne nazwiska to Ćwikliński, Błędzki, Szarowski, Kreft – są we wszystkich tych parafiach. Ja ich się starałem wszystkich powiązać więzami rodzinnymi. W większości mi się udało. W tej chwili moja baza mojej rodziny liczy około 3500 nazwisk od XVII wieku do dzisiaj.

To ma pan sfotografowane, a zindeksowane?
- Zrobiłem indeksy do kilkunastu ksiąg. Całkowicie mam zindeksowaną parafię Bobowo i dwie parafie na południu Polski, skąd pochodzi moja matka... Parafia Bobowo ma około 15 ksiąg. W tym przypadku przejrzałem kilkadziesiąt tysięcy wpisów i zrobiłem indeksy.  Dzięki temu dzisiaj inni mogą sobie przeglądać te księgi na własnym komputerze w mieszkaniu. Do tego mają indeksy, dzięki którym bardzo łatwo znajdą sobie informacje dotyczące ich rodzin. Wcześniej szukanie jednego przodka mogło trwać kilka miesięcy, jeżeli to się robiło w archiwum u proboszcza. Dzięki Internetowi robi się to kilkadziesiąt razy prędzej.

Studiując te księgi poznał pan setki tysięcy jakby żywych ludzi z różnych wieków. Jakie z tych ksiąg wyłania się Pomorze? Polskie, niemieckie, pograniczne?
- Chyba tu nie ma dyskusji. Z tych ksiąg wyłania się tutaj Polska. Niemcy te księgi zabrali, bo niemieckie nazwiska są w nich rzadkością. Zresztą oni sami mówią, że ich bytność tutaj jest szczątkowa.

Mając sfotografowane księgi można zrobić ich reprinty, duplikaty...
- A można. Być może będą robić to w archiwum w Pelplinie. Tam teraz wstawiają komputery. Technika obroni księgi przed zniszczeniem. Ułatwi i przyspieszy dostęp do informacji...

A gdzie to można obejrzeć w Internecie?
- Na temat ewentualnego udostępnienia w Internecie indeksów tworzonych w Polsce trwa dyskusja na forum Pomorskiego Stowarzyszenia Genealogicznego. To jest początek. Pojawia się kwestia ochrony danych. Warto też pamiętać, że zajmują się tym także i zawodowcy, którzy z tego żyją.

Jaką dziś ma pan wiedzę o swojej rodzinie? 
- W tej chwili tutaj, gdzie ludzie się zbytnio nie przemieszczali, jestem w stanie udowodnić pokrewieństwo lub powinowactwo z każdą osobą z parafii Bobowo – Dąbrówka.

Czyli wszyscy tu są jedną rodziną...
- Żeby dojść do tego, do czego doszedłem, trzeba mieć żyłkę śledczego. Taki przykład... Znalazł mnie Błędzki z USA – prof. ichtiologii, jeden z najlepszych znawców żyjątek morskich w świecie. Znalazł  moją stronę internetową ze spisem moich przodków (w tej chwili strona jest zablokowana) i nawiązał kontakt w spawie znalezienia wspólnych przodków. Po półrocznych poszukiwaniach w kilkunastu parafiach Kociewia znaleźliśmy wspólnego przodka w 7. pokoleniu - Wincentego Błędzkiego, urodzonego w 1772 r. Klonówce... Takie hobby daje też ciekawą wiedzę, która dotyczy różnych tematów. Na przykład tematu zanikania i rodzenia się nazwisk.
Zanikania nazwisk? To się zapewne wiąże ze sprawą dzietności...
- Są różne czynniki. Taka ciekawostka. We wsi Wysoka w pewnym okresie żyło jednocześnie 50 Ćwiklińskich. Dzisiaj nie ma żadnego...
Rozmawiał Tadeusz Majewski



Leszek Ćwikliński: Wszystkich moich przodków mam obfotografowanych na cmentarzach.  Mam też zdjęcia kościołów parafialnych. W ogóle zrobiłem kilkaset tysięcy zdjęć. Zdokumentowałem na zdjęciach prawie wszystkich od pradziadka w górę.  Sklejone arkusze genealogiczne mają po 7 metrów długości. Fot. Tadeusz Majewski

Za magazynem Kociewiak - piątkowe wydanie Dziennika Bałtyckiego.





INNE DANE
DATA PUBLIKACJI: 2005-12-11 16:10:20
SERWIS: bobowo.kociewiacy.pl




UPIEA v. 0.7
© Piotr Madanecki 2006
 
 
Top! Design by Mamboteam.com! Top!