www.mamboteam.com
 
poniedziałek, 23 wrzesień 2019
 
 
WCZESNY PRL. Chłopi z Bobowa wiozą zboże do spółdzielni Drukuj E-mail
sobota, 22 październik 2016

Chłopi z Bobowa wiozą zboże do spółdzielni


Codziennie koło budynku gminnego w Bobowie przejeżdżają furmanki naładowane zbożem. Mało i średniorolni chłopi dostarczają zboże do punktów skupu.

(jeden z przedruków, który jest fragmentem całości pt. "IPN nie interesuje się wsią", GK nr 2/2009 - red.)



Uświadomieni przez gminną organizację partyjną i trójki pracujące w terenie o znaczeniu akcji i konieczności walki ze spekulacją uprawianą przez bogaczy, szczególnie na przednówku, z zadań skupu zboża wywiązują się należycie i niejednokrotnie podwyższają normy dostaw określone na zebraniach gromadzkich. Bogacze natomiast ociągają się, odmawiają udziału w dostawie, agitują przeciw dostarczaniu zboża. W gminie zaostrza się z każdym dniem walka biedoty z bogaczami, a w walce tej rośnie świadomość polityczna małorolnych i średniorolnych chłopów. Powstanie spółdzielni produkcyjnej w gromadzie Dąbrówka, wpłata podatku gruntowego w 80 procentach i pomyślny przebieg skupu niepokoi bogaczy i doprowadza ich do wściekłości. Chwytają się oni coraz to nowych sposobów, usiłują przekupstwem, wódką obronić swe pozycje na wsi.

Ale walka ta przynosi im tylko klęski. Taką klęską dla kułaków staje się również prowadzony obecnie skup zboża.

W zacisznym kąciku bobowskiej karczmy zasiedli przy stolikach najbogatsi gospodarze gminy. Jest tu i pokaźnej tuszy Władysław Dalewski, są także Józef Ćwikliński, Dunajewski, Kłomski. Wielką wrzawą powitano wejście innych bogaczy: Żabińskiego, Górskiego, Wygodzkiego. Szynkarz Ignacy Piłat usłużnie podaje coraz to nowe zakąski i gatunkowe wódki.

- Klemens Kłomski ma przecież imieniny. Dwadzieścia litrów wódki i wina pójdzie jeszcze tego wieczoru jak nic - mówił Piłat, zacierając tłuste, krótkie ręce.

- Ty, Gajdusówna, uwijaj się, bo „panowie" zaraz nowych zakąsek zechcą! - huknął na dziewczynę.

Gwar w karczmie wzmagał się. Żabiński głośno wymyślał na biedotę. Józef Górski nie liczył się w ogóle z nikim i bez wstydu, kułackim sposobem wyklinał i obrażał urzędników gminy domagających się wpłat podatku gruntowego.

Solenizant, dzierżawca parafialnych gruntów, Klemens Kłomski z błędnym pijackim wzrokiem i wykrzywioną twarzą wygrażał pięścią w stronę wsi.

- Ja im pokażę, tym dziadom małorolnym, co to znaczy zaczynać z nami, bogatymi gospodarzami – darł się zapijaczonym głosem.

Do karczmy weszli jeszcze inni bogacze, prowadząc ze sobą lekarza Franciszka Wojtaszka, jednego z małorolnych chłopów. Wojtaszka wciągnięto w krąg pijanych gości. Piłat, którego dusiła czkawka, wlewał mu do szklanki wódkę,

- Masz, pij, wiedz, żeś z bogatymi gospodarzami - mówił jąkając się.

- Trzymaj z nami stronę. Nie pożałujesz - szeptał mu do ucha Ćwikliński. - Zawszeć to my bogaci, to i tobie będzie lepiej. Zboża ci damy jak zechcesz. Jeszcze innych namówisz, by do nas przystali. Pracę damy! Chleb damy!

- Widzisz, teraz z tym skupem zboża znów awantura - powiedział Kłomski prowadząc Wojtaszka do stołu. - Musisz nam i ty jakoś pomóc. Zawsze się obracasz wśród biedaków. No powiedz - ciągnął za rękaw milczącego ciągle Wojtaszka - sam powiedz, czy ten skup to nie krzywda? Nasza i wasza też. Przecież na przednówku, jak ci zboża zabrakło, nie dostałeś od nas? A jak odstawimy do spółdzielni, to i nie będziemy mieli ani my, ani i tobie i drugim nie będziemy mogli pomóc - w dalszym ciągu przekładał Wojtaszkowi Kłomski dolewając mu wódki.

- A że te parę dni odrobisz, to ci przecież nie żadna krzywda - wtrącił się do rozmowy Żabiński. - Masz za to chleb. Trzeba sobie nawzajem pomagać, no nie? - dodał dobrodusznie.

Wojtaszkowi kręciło się w głowie. Nic już nie rozumiał.

- Pamiętaj! Jak na zebraniu będą gadać o skupie, żebyś trzymał naszą stronę! Żebyś nie pozwolił skrzywdzić siebie i nas - napominał go z pijacką natarczywością Górski.

Na zebraniu w gminie, kiedy omawiano sprawę skupu zboża, omal że nie doszło do bitki. Biedota w jednym kącie sali, a bogacze w drugim przekrzykiwali się wzajemnie. Przewodniczący zebrania tow. Bernard Neuman uciszał wrzawę.

- Co tam odstawiać zboże do spółdzielni! - wykrzykiwał Dalewski. - A na przednówek to co mi zostanie? Krzywda dla nas i tyle!

- Chcecie nas ze zboża ograbić. Wszystko może wam oddać? - wtrącił Górski.

- Ja tam nie sprzedam spółdzielni ani kila zboża (...) Wolę zniszczyć niż wam dodać.

Spokojnie, choć w nim aż kipiało do gniewu, stał 6-hektarowy gospodarz Franciszek Gapa.

- Dostarczę 2 tysiące kilogramów żyta, 600 kilogramów pszenicy, a i jęczmienia też tyle. Zapiszcie mnie proszę.

- Patrzcie go, znalazł się mądry.

Wykrzykiwano na Gapę z kąta sali, gdzie siedzieli kułacy.

- Milczcie lepiej – powiedział Gapa.

Fala gniewu wzbierała się w nim coraz bardziej. Podnosząc głos zawołał: - Wy nie chcecie dostarczyć zboża? Wy? Krzyczycie, że wam się dzieje krzywda, a kto, jak nie wy krzywdzicie ludzi w naszej gminie, kto?

- Prawdę gada - odpowiedzieli biedniacy z drugiego kąta sali.

Dziewiętnastoletnia Teresa Kuchta, co to od lat służyła u bogacza, nie mogła dłużej usiedzieć cicho.

- Patrzcie! Krzywda im się dzieje, kułakom tym – mówiła głośno. - Co!! Wy myślicie, że to sprawiedliwość za pracę dawać ludziom tylko jedzenie? Mnie się dzieje krzywda. W moim wieku młodzież uczy się. Przed innymi otwarta nowa przyszłość - lepsza, nie taka, jaką ja mam u was. Czerwiński, ten co u Klemensa Kłomskiego służył, jest w szkole górniczej. Wolny od waszego gnoju - mówiła coraz głośniej. - Narzekacie na rządy, bo one są nasze, chłopskie i robotnicze - mówiła dalej bezładnie. Ale wiedziała tylko jedno; że nienawidzi tych kułaków o nadętych buziach gębach i że ich wyzysk musi się już raz skończyć.

Wychodzki, który zatrudnia u siebie 4 siły najemne, czerwienił się coraz bardziej. Rozpiął kurtkę. Było mu gorąco. Bogacz Dunajewski zacisnął pięści i gromił wzrokiem trzynastoletnią Teresę Kawalerowską. Ona nic nie powie. Boi się gospodarza, ale wiedzą o tym wszyscy, jak Dunajewski i inni kułacy wykorzystują jej rodzinę.

Bernard Neuman z trudnością uciszył zebranych.

- No i co? - zapytał wreszcie głośno zwracając się do bogaczy. - Dacie zboże czy nie dacie?!

Ale kułacy nie ustępowali. Wstawali, krzyczeli, pienili się ze złości. Nie dadzą zboża i tyle. Gwar wzmagał się coraz bardziej.

Znów zaczął mówić Bernard Neuman.

- Nas, małorolnych, jest więcej! I my wiemy, jak jest z tym skupem naprawdę. Dostarczyć zboże to nie krzywda dla nas. W spółdzielni nam dobrze za to płacą. Skup zboża to nasza obrona przed waszym wyzyskiem. I wy nam wszystko psujecie. Nasza gmina przez was nie może wywiązać się w terminie ani ze skupu, ani z podatku gruntowego. Wnosicie tylko zamieszanie. My chcemy spokojnie pracować i być wolni od waszego wyzysku,

- To wy naszą pomoc nazywacie wyzyskiem? – warknął Ćwikliński. I zaraz dodał: - Wy, Neuman, dużo krzyczycie z małorolnymi. Oni sami też zboża nie sprzedadzą. Bo wiedzą, że to dla chłopa strata i tyle. O, niech powie Wojtaszek, przecież to wasz - małorolny. No powiedz, Wojtaszek, czy to nie krzywda ten skup?! - rzucił na wszystkich triumfującym spojrzeniem. Był pewny swego.

Wojtaszek zaczerwienił się.

Na sali zrobiło się cicho. Wszyscy patrzyli w stronę Wojtaszka. Ten wstał, odkaszlnął i najpierw zacinając się, a potem śmiało mówił: - Wy nas krzywdzicie. To prawda. Jeszcze chcecie żebym do was przystał? Czyjej mam bronić sprawy? Waszej kułackiej? Ja jestem małorolny. Wiedzcie, że my wszyscy zboże dostarczymy! Nigdy biedniak nie będzie po waszej stronie. Jeszcze raz wam mówię, że zboże wszyscy dostarczymy! Rozumiecie?!

Rozwidniało się na dobre, kiedy wielu gospodarzy z Bobowa zaprzęgało do wozów konie. Żyto przygotowali już wczoraj. Leżało na furmankach nakryte płachtami. Wesoło poganiał swoją szkapinę Wojtaszek. Wio, stara, wio! – pokrzykiwał. Gdzieś w dali za zakrętem widniał już biały szyld: GMINNA SPÓŁDZIELNIA SAMOPOMOC CHŁOPSKA ”PUNKT ZSYPU ZBOŻA”.

i.z.

Głos Wybrzeża 20 IX 1950 r. wydanie b, cena 5 zł.

Organ Komitetu Wojewódzkiego PZPR

Data pierwszej publikacji w portalu: 2009-01-08


 
dalej »
 
Top! Design by Mamboteam.com! Top!