MIEJSCA NIEZWYKŁE. Nie zwiedzaj samojeden starych młynów!!
czwartek, 26 maj 2016


Taka gra, dzisiaj. Stary, kociewski młyn. Mieszkająca obok pani Małgorzata mówi, że kłódka jest zamknięta na niby, więc można sobie odhaczyć i wejść. Po czym prawdopodobnie siada na ławeczce przed swoim domem, a ja wchodzę do środka. I rozpoczyna się kilkupoziomowa gra!


Na parterze mnóstwo urządzeń, które niewiele mi mówią, jeśli chodzi o ich byłą funkcję, ale z zapałem je fotografuję. Poziom pierwszy (level 1) gry zaliczony. Wspinam się po stromych, drewnianych schodach na pierwsze piętro. Tu jeszcze ciekawiej - koła, kółka, pasy transmisyjne - będzie prawie industrialny fotoreportażyk. Wyobrażam sobie, jak kociewscy niewolnicy (cokolwiek to oznacza) męczyli się tutaj, żeby wyprodukować porządny chleb. Poziom drugi (level 2) gry zaliczony! Sprawnie jak Jason Bourne wspinam się na przedostatnie piętro. Tu pomieszczenie jest zdaje się mniejsze. Stoi jakaś maszyna o nieznanym mi przeznaczeniu. Z boku niżej na długich szynach znów żelazne kółka i kółeczka, a na nich także pasy transmisyjne. Ile tu z ludzkich grzbietów polało się potu! Poziom trzeci (level 3) gry zaliczony, a następnie czwarty (level 4)! Schodząc robię jeszcze zdjęcia długim, parcianym workom oraz detalom, np. rozmaitym drewnianym klapkom w drewnianych pojemnikach. I już jestem na parterze - gra zwycięsko zaliczona!! Jeszcze tylko zerknę na zagracone spore pomieszczenie z boku, chyba kiedyś magazynowe. Trochę odetchnę, no i może znajdę tu jakieś cenne papierzyska. Idę śmiało wśród przeróżnych klamotów. Ze 30 kroków w rogu po lewej stronie widać czarną dziurę piwnicy - tam oberwała się podłoga z przegniłej pilśni i nagle... trach! Pod nogami! Nie zauważyłem, że też pilśń! Lecę w dół. Instynktownie rozkładam ramiona, ciało przeginam w lewo, aparat, wypuszczony z dłoni, ląduje ze 2 metry na zdrowych deskach, skąd nieopatrznie zszedłem na podłogę z takich samych płyt pilśniowych, jak tych fragmentarycznych już tylko w tamtym rogu. Przez dłuższą chwilę trwam absolutnie nieruchomo - pół już w zionącej czerni pode mną, a pół jeszcze w jednak niedokończonej grze na poziomie, cholera, prawie zerowym (level 0). Tego poziomu nie przewidziałem! Panuje jakiś taki stan zawieszenia - w przenośni i dosłownie - że nie śmiem się nawet bać. - Przegrałeś! - burczy coś nieludzko z grubej belki podpierającej część pierwszego piętra. Abe Kobo - Kobieta z wydm? Znacie to? Jeżeli w tej powieści facet wpadł do leja na wydmach, to czemu nie może się zdarzyć, że ja wpadam do piwnicy o nie wiadomo jakiej głębokości w starym, kociewskim młynie?! Wreszcie bardzo delikatnie próbuję trochę wysunąć ciało z czerni pode mną, a po chwili centymetr po centymetrze wczołguję się na jeszcze całą część pilśniowej płyty, nie wierząc, że utrzyma moje ciało. Czytam książki Roberta Ludluma i wiem, jak się w takich sytuacjach zachować - trzeba jak najbardziej rozpłaszczyć ciało, żeby nacisk rozkładał się jak najszerzej. Pełznę centymetr za centymetrem słysząc niepokojące odgłosy pilśni i jakiś narastający pisk z czarnej dziury. Walczę mozolnie i zawzięcie samojeden w tym przeklętym budynku, wiedząc doskonale, że na nic wołanie o ratunek, bo i tak nikt z zewnątrz nie usłyszy. Wreszcie łapię palcami twardy dechy jak rozbitek ląd i powoli, już pewnie na nim staję. Poziomo zero (level 0) gry pokonany!! Biorę aparat i z zemsty robię dziurze zdjęcie w trybie auto - niestety, error, szlag! Aparat się uszkodził. Ale dziura dość dobrze wychodzi w trybie manualnym (patrz - zdjęcie trzecie od końca). Pani Małgosia siedzi na ławeczce przed swoim domem obok młyna i pali papierosa. - Ładne widoki, prawda? - stwierdza i zarazem pyta. - Tak, niesamowite - odpowiadam. - Tylko w tym bodajże magazynie nie za bardzo... - Och, zapomniałam panu powiedzieć, że tam podłoga wali się z wilgoci. No i w piwnicach roi się od szczurów. Fe!

TADEUSZ MAJEWSKI (Z FACEBOKA)