www.mamboteam.com
 
STRONA GŁÓWNA
piątek, 20 październik 2017
 
 
Groby II wojny światowej na Kociewiu we wspomnieniach Albina Lubińskiego Drukuj E-mail
sobota, 18 marzec 2017

Okazale ma się cmentarz w Piecach, już powiększony kosztem proboszczowskiego ogrodu i wzbogacony uroczymi nagrobkami z kamieni okolicznych pól. Widać w nich talent i pracowitość miejscowego kamieniarza Trawickiego. Aleć nad wszystkim dominuje krzyż z cierpiącym Chrystusem (pewnie już zabytkowy) i monumentalny nagrobek Prabuckich. Usytuowanie cmentarza urocze. Oczywiście umarłym mała pociecha, ale żywi sobie to cenią.

Jest więc w pobliżu krzyża nagrobek Prabuckich - potężny i wymowny. Anioł odsuwa płytę nagrobną i wznosi się Zmartwychwstały. W miejscu stosownym słowa: "Jam jest zmartwychwstanie i życie". Krzyż - cierpieniem, zmartwychwstanie - nadzieją.

Przed wojną postawienie takiego figuralnego, a zarazem artystycznego nagrobka - to fortuna. Nie każdy mógł sobie na to pozwolić. Ale Prabucki z lwiczna... oho!

Paweł Prabucki był gospodarzem z dziada pradziada. Już w 1790 roku wzmiankuje się o tym pracowitym rodzie, a korzenie sięgają dalej w przeszłość. Pan Paweł (1858 -1937) otrzymał ojcowizny 160 mórg, ale w międzyczasie nabył dodatkowych 100 mórg (razem 70 ha). Miał dla kogo powiększać gospodarstwo, dochował się bowiem 9 dzieci. Dobrze gospodarzył i dobrym był ojcem. Starał się o przyszłość dzieci, w czym prym wiodła mama - Marianna z domu Jabłońska (rodem z Barłożna). Troje dzieci wyszło na księży, czwarty syn został sędzią. Dumni byli rodzice i wieś nie mniej dumna. Lecz przyszedł rok zły - 1933. Wtedy w odstępie pięciu tygodni (latem) zmarła matka Marianna i syn Edward - sędzia (miał 33 lata i mówili nań Edka).

Kiedy przyszły nieszczęścia, wioska lwiczno przeżyła kataklizm Prabuckich jako swój własny. Ludzie byli zżyci i cieszyła ich pomyślność u dobrego sąsiada, a bolała tragedia jednostki i każdej rodziny.

Synowie księża uczcili pamięć najbliższych Pomnikiem Nadziei, z zamysłem, że oni wszyscy, Prabuccy, tam, w tym miejscu spotkają się na zawsze. Nie tak było sądzone, o nie!

A pomnik był piękny. Swoisty dar dla całej zbiorowości z Parafii (wtedy dużej), bo na uwadze trzeba mieć, że wtedy cmentarze, szczególnie wiejskie, były skromniutkie i biedne. Ten monument prócz piękna dawał coś więcej - Nadzieję za grobem. Dodawał mocy.

Nie było dane księżom Prabuckim spocząć w tym grobie, przy rodzinie. Nie było! Przyszła wojna (II światowa), zapanowało zło - śmierć i poniewierka. W umysłach pokornych nie mieściło się, by Dobry Bóg dawał okrutnym prawo czynienia piekła ludziom na ziemi. W październiku 1939 r. jak błyskawica rozeszła się wieść hiobowa -Księży zabrali!". Zabrali z wszystkich kościołów, a oni, księża, już nie wrócili. Mówiono - Szpęgawsk, szeptano Stutthof, wymieniano nazwiska wikarych i proboszczów. Była cichość groźna, pojmani nie wracali, nie spoczęli na swoich cmentarzach przy kościołach.

Księży Prabuckich spotkał ten sam los. Zostali wzięci. Najpierw umieszczono ich w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen (koło Berlina), a potem w Bawarii, w Dachau (koło Monachium). Tam był głód, praca nad siły, dręczenie gimnastyką, szykana, której dopuszczali się zarówno hitlerowcy (strażnicy), jak i Niemcy - współwięźniowie z uprzedzeniem do księży. Litości nie było! Ponad poniewierkę i strach wzbił się ksiądz Paweł (najstarszy z Prabuckich). Ducha słabszym dodawał, budził szacunek i niósł nadzieję. Dbał, aby nawet w piekle" żyć godnie! Ten ksiądz Paweł świetnie władał niemieckim i legitymował się przynależnością do kadrowych oficerów pruskich, więc budził respekt pośród hitlerowskich knechtów. Nie bał się i stawiał żądania zgodnie z konwencją (bo ją znał), że księżom pozbawionym wolności należy umożliwić odprawianie mszy świętej. Podjął dzieło odważne i cel osiągnął. W Sachsenhausen uczyniono kaplicę i ks. Paweł Prabucki uzyskał upoważnienie odprawiania mszy świętej dla księży (tylko) w obozie koncentracyjnym. Czas na mszę świętą był krótki, ściśle ograniczony. Trzeba się było dobrze zorganizować, aby było sprawnie i godnie. Komunikowanie (tak czasochłonne) odbywało się w ten sposób, że wchodzący do kaplicy księża pobierali opłatek, który stosownie trzymali podczas mszy św. w ręce, a kiedy po konsekracji nastał moment krzepienia się chlebem mocnych", spożywali Ciało Boże". Ks. Paweł Prabucki emanował wiarą i dobrocią, był twardy, nie do złamania, l nic dziwnego, że księża współwięźniowie mieli w nim swego wodza; był ich duchowym" biskupem, z nim było lżej, lęki malały i przychodziło ukojenie.

Z przeniesieniem do Dachau w 1941 roku bardzo się odmieniło - na gorsze. Sam zamysł kaplicy przerażał. Jakże? kaplica w Dachau?! A jednak! Ksiądz Paweł podjął starania i... stało się! W Dachau też odprawiano mszę świętą dla księży. Celebrował (zawsze) ks. Paweł Prabucki. Niestety, prędko się zmieniło. Księżom władającym językiem niemieckim dawano możliwość zwolnienia za cenę przyjęcia obywatelstwa niemieckiego.Odmówili - wszyscy! l wtedy...! Skończyła się kaplica, ustały nabożeństwa i wyznaczono obowiązek pracowania; mordęgi nad ludzką miarę przy nikłym odpoczynku i znikomym odżywianiu. Nastały liczne śmierci i spalenia w obozowym krematorium. Po kolei odchodzili bracia - księża Prabuccy. 17 lipca 1942 roku zginął ksiądz Aloś (najmłodszy), 12 sierpnia 1942 roku zginął ksiądz Boleś, a 30 sierpnia tegoż roku odszedł ksiądz Paweł (najstarszy). Stało się, jak mówił do przyjaciela współwięźnia - Pamiętaj, kiedy owsy dojrzeją, będę wolny". On, gospodarski syn, rozumował w kategoriach gospodarza. Jemu kalendarz życia wyznaczały siewy i zbiory z pól - kiedy owsy dojrzeją, będę wolny". Jakże musiał tęsknić, ta czysta dusza chłopska.

Do rodziny regularnie nadchodziły zawiadomienia o śmierci w Dachau, a że była tam rubryka o przyczynie zgonu, u wszystkich pisano tak samo - zapalenie płuc". (Widać, że skazaniec zatrudniony w biurze obozowym miał taką okresową wytyczną, która coś nie pasowała do śmierci trzech braci księży, bo każda śmierć zazwyczaj inna, a zresztą czy to istotne, gdy silni mają rację, a hitlerowcy tak czuli?). W zawiadomieniach podawano też o możliwości otrzymania popiołów po zmarłych, uiściwszy uprzednio opłatę bodaj 2 marek za każdą przesyłkę. Dziedziczący gospodarstwo Antoś Prabucki nie skorzystał z takowej usłużności. Akceptował to brat Staś, który obok prowadził odrębne gospodarstwo. Wieś aprobowała. Ludzie rozumieli, przecież w tej fabryce śmierci nałożą byle popiołów, a zresztą co z nimi zrobić, gdy była wiara, że ciało w całości (a nie popioły) należy ziemi.

l tak synowie Pawła Prabuckiego, którzy postawili grób swoim, nie znaleźli się w nim, ani na ziemi rodzinnej. Ich popioły rozwiał wiatr nad Bawarią; piękną, ale obcą.

Nad Jeziorem Czechowskim blisko leśniczówki stał krzyż dębowy, a przed nim tablica na cokole podobnym pniu drzewa. Na niej napisano, że nieopodal wody jeziora pochłonęły Zbyszka Taszarka i jego bohaterską mamę, która spiesząc z pomocą też się utopiła, co działo się około gwiazdki w 1934 (a może w 1935 roku). Ten krzyż na początku wojny ścięły zbiry hitlerowskie (nocą! przezorność czy wstyd?). Do dziś sterczy w ogrodzeniu jego kikut, ale została w całości tablica z tekstem - polskim! Dziw, wtedy podczas wojny, nawet na cmentarzach nie mogły być sformułowania polskie. A tam...? Krzyż był groźniejszy niźli polska mowa, tak wtedy piętnowana i karana. Ale przyszła kryska... Przyszedł front. Okolica znalazła się pod ostrzałem, czego ślady do dziś na tablicy o Zbyszku. Niemcy mieli sporo zabitych. Na pochówek upatrzono zbocze przy leśniczówce, coś 200 metrów wprost na zbeszczeszczone resztki krzyża. Poległych (około 20) chowano twarzami ku jezioru. O ironio! Bodaj, aby mogli spoglądać zza grobu na dzieło rozbrykanych byczków Hitlera", czując, że klamra żołnierskiego pasa z napisem Gott mit uns" nadto uwiera, że coś nie tak. Jakże: Boże, tośmy życie oddali złej sprawie?! U głów zabitych wbito krzyże brzozowe i stosowne tabliczki, że polegli za Hitlera i ojczyznę. Dziś tam nie ma mogiłek, nie ma też krzyży. Dawno je usunięto. Miejsce porosły brzozy i osiki. Potężnie rosną i szeleszczą cicho serduszkami liści, a las tuli i przynosi ciszę.

Zaś w Piecach za kościołem (bo dobre miejsce i osłona przed ostrzałem) urządzano również żołnierskie pogrzeby. Pod rzędem brzóz usadowiono coś 20 grobów. Postawiono na nich brzozowe krzyże i przyozdobiono je tabliczkami z pnia brzozowego. Cięto wskroś, że wyszły owalne (romantycznie). Na tabliczkach nazwiska i daty śmierci. Przed nazwiskami po niemiecku, jak to się należy porządnie, że to taki... Schutze...; Untenfizier... albo nawet Taldfe-bef... tam pochowany.

Niemcy rzeczywiście lubili porządek. Po dziesiątkach lat, gdy te groby już dawno były zrównane i ładnie porosłe trawą, nadszedł do Parafii list z Niemiec, w nim zaś prośba, czy nie można by ekshumować którychś zwłok po żołnierzu, bo on (nadawca) z rodziny i ma pośród pamiątek zawiadomienie z frontu. Odpowiedziała cisza. Po co prochy niepokoić? Niech spoczywają, Bóg, gdy przyjdzie czas, znajdzie. Przecież ziemia w całości - to wielki poprzez łańcuch dziejów grób; ludzkie cmentarzysko. Teraz na miejscu tych grobów rośnie sobie trawka, a w każdą niedzielę lub uroczystość parkują samochody. Miejsce dobre, w sam raz. Tylko brzozy te same, jak wtedy, gdy kopano groby. Przy drodze miedzy Młyńskiem a Małym Bukowcem w mogile zbiorowej wprost do ziemi składano trupy poległych. Na wyrównanej ziemi położono w rzędach żołnierskie hełmy (niemieckie), niektóre z dziurą po kuli lub odłamku.

Teraz porosły sosny, duże. Nic nie zostało. Pozostaje cisza.

A jednak są też u nas groby troską otoczone. Myślę o Szpęgawsku i licznych miejscach straceń, ot, choćby Ocypel, a i lasy tajemne, gdzie czyniono zbrodnie, bo nijak było robić to jawnie. Groby te mają wymowę i cenę męczeństwa. Każdego roku koło Zaduszek natknąć się można na płomyki w lasach. Bolesne zaskoczenie, bo to znicze pamięci żywych. Przed jednymi Zaduszkami poszła z dziećmi szkolnymi pani Ludomira Grubbowa zadbać o groby w Szpęgawsku. Ona, Kaszubka, gruntownie przestrzegała zasad wyniesionych z domu, że umarłym się należy, dbać trzeba! Wróciła do szkoły rozdygotana. Co się stało? - Wyobraźcie sobie, co przeżyłam ja i dzieci ze mną. Kiedy zapalaliśmy znicze, na jednym grobie masowym znalazł się starszy człowiek i rozpłakał się. Płakał rzewnie, łkał. Kiedy się nieco uspokoił, wyjaśnił, że się tak wzruszył, bo dzieci pamiętają, a on tu stracił kogoś najdroższego. Tylko nie wie, w którym to grobie. Wysłuchawszy tej relacji któryś nauczyciel stwierdził: - Piękne działanie wychowawcze. Dzieci, te dzieci, przeżyły coś wielkiego, nie zapomną. A groby w Szpęgawskim Lesie są bezimienne. Mają numery kolejne, nie zawierają nazwisk. W nich spopielałe, przemieszane ludzkie resztki. Liczba 7 tysięcy z przybliżeniem, ale wymownie wielka. Już powszednieją te groby - historia. Cembrowiny zapadają, las zwycięża, czas płynie i wrażliwość tępieje. Staje się, idzie nowe. Pokolenia się wymieniają, z tym słabnie wrażliwość i zrywa się więź bezpośredniości - to przemijanie! Co czynić, gdy groby kołyską przyszłości?! Idą Zaduszki, za rok następne. Czasu nie zatrzymasz! Tymczasem na groby spadają liście. Cichutko, cicho! Przed kilku laty nad grobami wzniósł ramiona potężny krzyż. Zda się wołać - Jam zbawił świat, przebaczam... A Wy ?"

Jest coś szczególnego w ludziach na Kociewiu. Pamiętam, jak przy drodze we Franku bardzo długo dbano o grób poległego żołnierza, chociaż on był Niemcem. Szczególniej zadbany był ów grób koło Dni Zadusznych. Tym grobem z reguły zajmował się dość blisko mieszkający Franciszek Piesik. Zauważono to w Starogardzie, a lata były nieprzychylne Niemcom. Któryś urzędnik powiatowy odwiedził Frank, aby zbesztać Franka Piesika, że to on czci pamięć Niemca.

A nasz Franek popatrzył spokojnie i wyjaśnił: - A dla mnie to tam jest człowiek, to jest grób człowieka i w tym moja powinność, aby dać jemu uszanowanie. Tupeciarz zbaraniał i nie pysznie wyniósł się z Frankowego podwórka. Zostało, jak było, póki żył Franek, bo teraz inaczej; wymieniły się pokolenia, ślad mogiłki się płaszczy i nie ma jedliny. Czas robi swoje i ludzie się zmieniają.

Ten Franek czynił tak przez pobożność z domu wyniesioną, aleć może w tym był swoisty rachunek. - Jeśli ja poległym czynić będę dobrze, to może o grób mojego brata, co zginął w Rosji, ktoś zadba. Nie wiem, może?

Pod koniec II wojny światowej przyszły do nas inne groby. Znaczono je gwiazdą na czerwonym stożku. Było ich wiele, bardzo wiele! Więc robiono cmentarzyki, reprezentacyjnie, nie byle gdzie. Taki cmentarzyk uczyniono na skwerze Rynku w Starogardzie. Skutek był taki, że gdy się uspokoiło i znormalizowało, nie mógł być cmentarz w samym centrum komunikacyjnym żyjącego miasta. Przyszła ekshumacja. Powiadają, że niesolidna, pozorna, ot, profanacja umarłym. W ogóle wtedy mieszała się wielkość i godność, i wygodnictwo i małość. Coś musi być, bo drzewa na skwerku dobrze rosną, widać mają na czym. Gdy z jednej strony budowano wspaniałe cmentarze, to równocześnie nie o każde ludzkie resztki zadbano w miarę z troską.

W lwicznie, krótko po wojnie, opowiadał mi Jan Gulgowski (bratanek słynnego Izydora Gulgowskiego - etnografa z Wdzydz) swoją makabryczną przygodę. A umiał opowiadać.

- Jakoś w maju wczesnym rankiem wyszedłem na pole. Dzień szedł ciepły, ładny. Wiosna spieszyła się i zacierała wojnę. Była nadzieja i żyć się chciało. Aż tu patrzę, jakiś burek" rozkopuje płytką bruzdą. Robił to zapamiętale, że dał się podejść blisko, w ostatniej chwili uskoczył. Czego on tam szuka? Podszedłem i... zrobiło mi się niedobrze. Burek odgrzebał któregoś małojca, pochowanego gdzie padł, na moim polu, w snadkiej" bruździe. Musiał być ten psiak wygłodzony.

- I co? - podszepnąłem. Gospodarz wziął oddech i ciągnął:

- Poszedłem po łopatę, nazbierałem trochę kamieni i zrobiłem stosowniejszy pochówek. Przecież człowiek, niech tam sobie czeka trąby na sąd ostateczny. Żeby psy, o nie, toć człowiek!

Jan Gulgowski dawno nie żyje, wątpię czy ten poległy znalazł stosowniejsze miejsce. Zresztą po co?

Inny małojec został w rozbitym czołgu pod Zblewem, o czym opowiedział mi w drodze (wziął mnie samochodem) jeden z Kaliszewskich. Mówił tak:

- No i tu Niemcy trafili w czołg. Żywi uciekli, trup został. Współtowarzysze poszli zdobywać Gdańsk, a on jak w stalowej trumnie został we wraku. Gdy się zrobiło cicho i całkiem bezpiecznie, pobliski rolnik wyciągnął zabitego i uczynił mu godziwszy pochówek w ustronnym zakątku swojego pola. Przedtem zabezpieczył dokumenty poległego. Po latach, kiedy dzieci w zblewskiej szkole coś liznęły j. rosyjskiego, przesylabizowano dokumenty i napisano do rodziny w Związku Radzieckim (wtedy już bywały częste odwiedziny). Rosjanie przybyli raz, a potem częściej. Rozglądnąłem się. Okolica piękna. Pod Zblewem dopadła go kostucha. A był młody.

Jakiś czas każdy z nas oddał się swoim myślom, ale Kaliszewski, trochę gaduła, niebawem podjął, a był praktyczny: - Ale dostał ten gospodarz, dali mu rubli, złotych, jeszcze carskich!

Mnie przyszły wcale inne myśli. Może i dostał, ale nie pochował poległego z wyrachowania. Nie, tego nie ma na Kociewiu, inaczej nakazuje obyczaj i wiara. Pochował, bo tak zobowiązywało to, co z domu wyniósł, że umarłych należy pogrzebać; proste i oczywiste. Czy można było inaczej? Że zaś Rosjanie wdzięczność okazali (a może nie, kto to wie?), co nienormalnego? To ludzkie. l po co to rozważać?

Podobnie znalazł się stary Drążek z Iwiczna, u którego podczas wojny padł w ogrodzie żołnierz niemiecki. Wykopał dół i zsunął doń ciało. Nagie zobaczył, że wzbiera woda, bo blisko był stawek - Toć nie bandzie leżał wew wodzie! Znalazł lepsze miejsce, wykopał nowy dół, wyciągnął zwłoki i uczynił drugi pochówek. Naokoło padały pociski, szła nawała. Pewnie nie wiedział, że pierwsza egzekucja w Szpęgawsku (13.09.1939 r.) na długo uczyniła żerowisko z zabitych leśnym ptakom i drapieżnikom. Oprawcy byli brutalni. To tylko przy pojedynczych zabójstwach (np. braci Łojewskich spod Łążka) „łaskawy" Amt (urząd) zezwolił pochować na cmentarzu, w trumnie. Wspaniałomyślność tyranów"! Ale tam, w lesie za Kokoszkowami, ciała gniły! Potworne! Dopiero dziedzic - Niemiec z majątku w Kokoszkowach wystarał zgodę na pochówek w lesie, gdzie ich zamordowano. Czas był najwyższy, bo w krąg niósł się odór rozpadu. Groziła zaraza. Ale stary Drążek, nawet gdyby wiedział, zrobiłby tak samo, bo u nas zwyczaj i nakaz moralny, że każdego pochować trzeba. Ciało chce do ziamni". l tak też uczynił.

Ten podwójny pochówek podsuwa sprawy ekshumacji. One teraz powszechne. Bywają konieczne, bo życie też ma swoje prawa (a to wielkie przebudowy, a to dochodzenie prawdy w Katyniu czy w Szpęgawsku). Zdarzają się również inne ekshumacje - polityczne, prestiżowe, uczuciowe, wygodnickie i takie, „że na nie stać". Obstaję przy starej wierze. - Nie zakłócać spokoju zmarłym. Wokół grobów - cisza!

Inna sprawa, gdy przewidujący odejście aż fizycznie widzi swój byt pozagrobowy. Takową wolę, gdy są możliwości, należy uszanować. Tak chciał Litwin - ksiądz Pranis z Borzechowa. Borzechowiaków kochał, dobrze im służył. Podziwiał lasy i jeziora, były jak na jego Litwie, ale to nie to samo!

Kiedyś wyznał przyjaciołom:

- Jak Bóg mnie powoła, a czasy się zmienią, pamiętajcie, mnie być na Litwie! tam będę u siebie.

Czasy już się odmieniły i... co?

Cisza grobów.

Albin LUBIŃSKI, Gazeta Kociewska

 
wstecz   dalej »
 
Top! Design by Mamboteam.com! Top!