www.mamboteam.com
 
STRONA GŁÓWNA
piątek, 15 grudzień 2017
 
 
Napisane w Modrzewiowym Dworku. Królowe balów maskowych Drukuj E-mail
sobota, 07 czerwiec 2014

Tyle jest Starogardów, ile wspomnień o tym mieście. Wśród nich jest Starogard Kazimiery Borkowskiej. Kazia snuje swoją opowieść w Modrzewiowym Dworku w Szteklinie, gdzie sprawuje funkcję zarządcy, w idealnej, odpowiadającej duchowi jej wspomnień scenerii. Ze ścian spoglądają na nas portrety dziadków właściciela dworku Albina Ossowskiego. Jest też i oryginalna mapa miasta z XIX w. A na fortepianie w akwarium stoi... zgaduj zgadula. Dziwna konstrukcja. Okazuje się, że to ogromne, ściągnięte z poddasza dworku gniazdo szerszeni.
Artykuły
I

W Opaleniu było już zbyt wielu wikliniarzy. W 1905 r. mistrz wikliniarski Franciszek Borkowski z żoną Weroniką załadował swój dobytek i przyjechał do Starogardu. Wprowadził się do domu przy dzisiejszej ulicy Hallera i otworzył sklep z wyrobami z wikliny. Prawie 100 lat później po zburzeniu przylegającego do bocznej ściany domu ukaże się niczym starożytny fresk dumny napis "Franz Borkowski".
Interes rozkręcał się dobrze i 5 lat później Franciszek postanowił przenieść się na Rynek. To był jakby awans społeczny. W 1910 kupił trzecią z rzędu kamienicę patrząc od fary. Była szeroka na 3 okna (8 metrów), jak wszystkie na Rynku. Działka miała 341 m2. W sąsiednich kamienicach mieszkał Cyryl Jakubus, który często zachodził do sklepu Borkowskich przetelefonować, i Kazimierz Rybiński, aptekarz, właściciel "Apteki pod łabędziem".
Z tyłu kamienicy w szybkim tempie pobudowano trzypiętrowy budynek, gdzie Franciszek urządził warsztat wikliniarski. Zatrudniał 20 pracowników. Na wydzierżawionych od Niemca moczarach w Żabnie założył plantację wikliny. Ścinał też wiklinę za Wierzycą, w miejscu, gdzie kilka lat później powstanie park miejski. Wikliny z biegiem czasu było coraz więcej. Moczono ją w wodzie, usuwano korę. Przy tym pracowało około stu ludzi. Między nimi Albin Ossowski.
Wyroby sprzedawały się coraz lepiej. Pracownicy słynęli z wielkich umiejętności. Jeden z nich w latach 30. został dyrektorem technicznym w szkole wikliniarskiej w Kwidzynie. Nie lada talentu wymagało wyplecenie pięknego kompletu z importowanej, cienkiej trzciny. Kanapa, dwa fotele, stół owalny, podwójny, nawet stojąca lampa. Pedikrue - nazywała go Kazia i jej siostry. Komplet kosztował 600 złotych. Dla porównania urzędnik zarabiał 120 zł. Nie został sprzedany, bo wybuchła wojna. W okresie międzywojennym doskonale sprzedawały się kosze do wina. W 1939 r. Niemcy wykwaterowali Borkowskich do kamienicy stojącej przy ul. Spichrzowej.

II

Pierwsza z dzieci w 1905 r. na świat przyszła Bronisława (później wyjdzie za mąż za Franciszka Donaja). Anna przyszła na świat w 1909, Franciszek w 1910 (ukończy w Gdyni Instytut Handlu Morskiego i będzie pracował w porcie), Helena w 1912, Józefa w 1914, Kazimiera w 1920 i Edmund w 1921.
Siedmioro dzieci, pięć panien.

III

Borkowscy oczywiście byli Polakami, podobnie jak zdecydowana większość starogardzian, ale miejscowych dziwne traktowały polskie władze. Stanowiska dostawali Polacy sprowadzeni z zaboru austriackiego. A przecież w Starogardzie tak wspaniale przyjmowano Hallera. Po I wojnie ściągali też Polacy ze Wschodu. Przypadkowo osiedlił się fotograf Jan Borkowski. Uciekał z Rosji i w Starogardzie zobaczył szyld z napisem "Borkowski". Zadomowił się, sprowadził rodzinę. Jedna z córek Jana, Helena, chodziła z Helą od Franciszka do jednej klasy, a druga córka Jana, Ala, z Kazią.
Dzieci Borkowskich wychowywały się w patriotycznej atmosferze. Gdy któraś z sióstr rozmawiała po niemiecku, babcia od razu karała ścierką. To samo robiła w czasie okupacji.







Zgaduj zgadula w Modrzewiowym Dworku - co to jest? Gniazdo szerszeni.

Panny Barkowskie w okresie 20-lecia międzywojennego nie mogły narzekać na nudę. Dojrzałe, urodziwe, chodziły na bale. Najmłodsza, Kazia, która idealnie dorastała 20 lat w 20-leciu II RP, jako dziecko bawiła się w "berliner ekenbuler" - w berlińskich szpiegów, kryjących się w zaułkach ulic przylegających do Rynku. "Szukała się" z Mulczyńskimi, Heniem Kaźmierskim, z Karaskami, a koło Mateusza grała w dwa ognie. Miała bardzo silne uderzenie. Raz rzuciła w lampę nad drzwiami kościoła. To była jej wielka tajemnica. Przyzna się do tego uczynku w październikową środę 2004 roku, czyli w tym tekście. Ruch samochodowy bawiącym się dzieciom nie groził, bo w mieście było zaledwie kilka taksówek. Naprzeciwko domu Borkowskich stała pompa, gdzie Kazia przemywała spocone czoło. Z młodszym o rok bratem, Edkiem, bawiła się w magazynach nad sklepem w wojnę. Potem chłopaka, kiedy już chodził do gimnazjum, przestało to interesować. W magazynie zaczął trenować boks. Zimą Kazia, już pannica, chodziła na narty z Albinem Ossowskim i Edkiem na Piekiełki na narty. Borkowscy przyjaźnili się z Ossowskim. Był u nich codziennym gościem. I ta przyjaźń została na wieki.

Mijał rok za rokiem. Starszy brat przywoził ze studiów zajączki na Wielkanoc. Jakże to było piękne, miłe, rodzinne. Miasteczko miało swoje wielkie atrakcje - przejazdy szwoleżerów. Kazia ich uwielbiała. Kiedy wracali z manewrów, wszyscy wychodzili z domów i rzucali kwiat. Na czele wojskowej kolumny jechała orkiestra, a przed nią na białym koniu Kopelek, który uderzał w dwa bębny. Wszyscy go znali, on wszystkich też. Kazia nie śmiała się jeszcze wtedy porównywać z innymi pięknymi starogardziankami, ale musiała być nielichej urody, jeżeli Kopelek ją sobie dobrze zapamiętał. Kilka lat później, tuż po wojnie znajdzie się w Starogardzie, zobaczy ją i powie "dzień dobry pani". I mocno, ze wzruszeniem uściśnie.
Panny Borkowskie, piękne i majętne, mogły przebierać w młodzieńcach. Szkoda, że nie ma zdjęć, żeby je tamte zobaczyć. Wszystkie niestety się spaliły - część w Starogardzie, część u Kazi w Sopocie, gdzie w 1947 r. zamieszkała.

IV

Franciszek i Edmund brali udział w obronie Warszawy w 1939 r. Edmund, choć niepełnoletni, dostał się do wojska dzięki protekcji Ani. Później działał w Armii Krajowej. Franciszek był narodowcem. Obaj walczyli w Powstaniu Warszawskim. Po wojnie Franciszek wrócił na Wybrzeże, gdzie został aresztowany. Z losów Edmunda dałoby się zrobić niezły scenariusz filmowy. Po upadku powstania dostał się do niewoli niemieckiej. Uciekł i zdążył jeszcze powalczyć w Armii Andersa. Po wojnie mieszkał na Alasce. W 1965 r. przyjechał do Polski. Zamieszkał u Kazi w Sopocie. Poszedł do Grand Hotelu z siostrzeńcem i nagle tam JĄ zobaczył. Wysłał liścik przez kelnera. Umówili się na wieczór. Ale Kazia w tym czasie zaprosiła starogardzkich znajomych. Postawili Edmundowi warunek, że owszem, może pójść na to spotkanie, ale musi sprowadzić tę pannę do domu. I sprowadził - aktorkę. Miała wysokie obcasy, była inna. Nawet im zaśpiewała. Ślub odbył się po miesiącu w Starogardzie. Był w miasteczku głośny - Amerykanin i Aktorka, to się jeszcze tu nie zdarzyło. Wesele miało miejsce w kawiarni obok Mateusza.






V

W marcu 1945 r., podczas rosyjskich bombardowań, kiedy wszystkie domy drżały ze strachu, z nieruchomości największą wartość miały piwnice. Ta Borkowskich była znakomita. Składała się z trzech gotyckich pomieszczeń, oddzielonych od siebie okienkami z żelazną, zdobioną kratą. Do nich przenieśli, co można było z kamienicy od strony Spichrzowej. Tam też siedzieli podczas bombardowań. Ale najpierw siedzieli w banku. Wybudowany przed wojną, miał solidną ogniotrwałą kasę. Schroniło się w niej dużo osób. Po bombardowaniu i po wyzwoleniu trzy siostry Hela, Ania i Kazia i rodzice wyszli zobaczyć, co stało się wyżej. Ujrzeli swój płonący dom. Wszędzie włóczyli się Rosjanie. Mówili "wolność, wolność", pili i gwałcili. Wystraszone panny poprosiły rosyjskiego kapitana, by popilnował ich piwnicy. Uściślając - Hela powiedziała, że boją się nocy. Kapitan obiecał przyjść i przyszedł - z elegancko zbudowanym NKWD-zistą i dwoma ordynansami. Rodzice spali, a one grały z Rosjanami w karty.

VI

Wszystko jest zbiegiem okoliczności - mówi dziś Kazia. Niespodziewanie z całą grupą do Starogardu przyjechał jako pełnomocnik Rządu Lubelskiego szwagier Borkowskich, Franciszek Donaj. Chciał zatrzymać się z żoną w kamienicy Borkowskich, a tu ani domu nie ma, ani samych Borkowskich. Mieszkali wówczas u znajomych - Wirkusów, właścicieli olejarni przy ulicy Podgórnej. I to oni znaleźli Donaja. Dowiedzieli się, że szwagier pracuje w magistracie. Jedna z sióstr poszła do niego w sprawie zamieszkania. Donaj powiedział, żeby znaleźli sobie jakieś puste mieszkanie, a on to załatwi formalnie. Borkowscy chodzili po starym mieście, zaglądali do pustych mieszkań, pytali, czy to polskie, czy niemieckie. Jak było polskie, wychodzili. Wreszcie Ania przypomniała sobie, że przy Paderewskiego na drugim piętrze mieszkał dyrektor Daimonu. Chodziła do nich w czasie okupacji po baterie. Weszli, patrzą - puste. I szwagier im to mieszkanie przydzielił. Za meble, jakie pozostały, zapłacili w powołanym do takich spraw urzędzie.




VII

Początkowo nie mieli środków do życia. Potem Ania znalazła pracę w obuwiu jako zaopatrzeniowiec, a Kazia wyjechała w 1947 roku do Sopotu.
W 1956, kiedy do władzy doszedł Gomułka, do Borkowskich zaczęli się zgłaszać chętni do budowy pawilonów handlowych w miejscu ich zburzonego domu. Jeden kosztował 12 tys. złotych. Niewiele. Ania i Kazia złożyły się po 6 tys. zł z kasy zapomogowo-pożyczkowej na budowę swojego. Pawilony stanęły w 1957 roku. Kierownik budowy wybudował je na trwałe, chociaż miały być prowizoryczne, do szybkiej rozbiórki. Zresztą nikt nie chciał na trwałe - nie wierzono Gomułce, że będzie popierał prywatną inicjatywę. A potem już nikt nie chciał rozebrać. Pawilonów wybudowano dziesięć. Ania nie chciała sklepu, uparła się, że kawiarnia. I powstała - jedyna wtedy w mieście - "U Anki". Ludzie przychodzili do niej na lody, kawę, poznawały się przyszłe małżeństwa. Ania była lubiana, rozmowna, ale i tajemnicza. Do końca życia chodziła na bale maskowe, ale o godzinie 24 znikała. W ogóle siostry Kazi lubiły bale. Później w miejscu kawiarenki powstał sklep pamiątkarski "U Anek". Kazia w 1978 roku przeszła na emeryturę i przyjechała pomagać siostrze w jego prowadzeniu. Były same. Ojciec zmarł w 1952 r., mama w 1963. Za ich sklepem było obuwie, dwa warzywne, jubiler. Sklep "U Anek" przestał istnieć w 1991 roku, bo zmienił się świat. Przyszedł czas kas fiskalnych, powstawało mnóstwo innych sklepów. No i popularne w mieście "Anki" też miały już swoje lata. Ania zmarła w 1999 r. Co zdumiewa, dziesięć pawilonów przetrwało do dzisiaj. W latach 50. to był starogardzki "Manhattan", ale teraz?


VIII

Dzisiaj ta działka należy do Kazi i Heli, które mieszkają w Modrzewiowym Dworku. Po wojnie pewien znajomy budowlaniec chciał wybudować im dom. Taki jak stał przed wojną. Kazia pisała o zgodę. Odpisywali w latach 70. i 80., że nie. W 1985 r. dostała odpowiedź, że można wybudować dwa piętra w górę, z zachowaniem istniejącego ciągu handlowego. Tym samym skreślili możliwość rekonstrukcji dwóch pozostałych domów, stojących przed wojną bliżej fary. Zresztą Cyryl Jakubus oddał ostatnią działkę Kościołowi. Nie ma powrotu do przeszłości. Zresztą te dwa domy zasłoniłyby farę. Już w okresie międzywojennym dyskutowano o tych kamienicach, że zasłaniają i że najlepiej by było, gdyby się ta narożna spaliła. Cóż, zrobili to Rosjanie, którzy podpalali wszystkie kamienice narożne na pomorskich rynkach.
Z "Anek" żyją dwie. Z pięciu sióstr tylko jedna wyszła za mąż. Kazia może mówić tylko za siebie. Nie wyszła, bo tak zrobiła wojna. Być może, ale w pamięci starszych starogardzian "Anki" pozostaną takie, jak w sklepie - tajemnicze królowe balów maskowych.

Tekst i foto Tadeusz Majewski
Na podstawie artykułu Tygodnika Kociewiak, środowe wydanie Dziennika Bałtyckiego
Wysłany przez kociewiak opublikowano wtorek, 26 październik, 2004 - 19:27
 
wstecz   dalej »
 
Top! Design by Mamboteam.com! Top!