www.mamboteam.com
 
STRONA GŁÓWNA
czwartek, 21 listopad 2019
 
 
Ocypel - w książce Stanisława Guza. LInki Drukuj E-mail
poniedziałek, 22 lipiec 2013
Stanisława Guza, autora książki o Wdeckim Młynie, Smolnikach i fragmentarycznie o Ocyplu oraz pamiętnika ze swojego rocznego pobytu w łagrze już prezentowaliśmy. Od pewnego czasu Guz pracował nad trzecią książką w dwóch zeszytach – o Ocyplu i okolicach...





Materiał z lutego 2007 r. (4967 odwiedzin)






Ze Stanisławem Guzem rozmawia Tadeusz Majewski.

Zbierał pan materiał do trzeciej książki o Ocyplu i okolicach. Widać, że zeszyty już zapełnione. I numerowane.

- Tak. Materiał zebrany. Wszystko poukładane w rozdziałach. Książka nosi tytuł „Tragiczne wydarzenia w wiosce Ocypel i wokół niej”. Przed wojną w czasie wojny i po wojnie. Książka nr 3 to opis wydarzeń, które znam z opowiadań najstarszych mieszkańców Ocypla oraz takich, których sam byłem naocznym świadkiem. To stara i nieco nowsza historia.

Dlaczego taka numeracja - 3 i 4?
- Numer jeden to była książka o Wdeckim Młynie i Smolnikach pt. „Wspomnienia z młodych lat”, numer 2 to „Wspomnienia z roku 1945”.

Sporo rozdziałów w tych zeszytach - książkach...
- Każdy opisuje jakieś istotne wydarzenie. Dla przykładu rozdziały: Świerk w środku wioski (na którym siedział snajper), Zakonnik w Ocyplu, Wymarsz Wojska Polskiego...

Zakonnik w Ocyplu... Co to za historia?
- Z chwilą, kiedy Wojsko Polskie przyjechało na 14 dni przed 1 września do Ocypla, to we wsi pojawił się zakonnik. Umiał dobrze mówić po polsku...

Nie był to aby szpieg?
- A właśnie, to był szpieg. Proszę posłuchać. „W czasie, kiedy do Ocypla zaczęły przyjeżdżać transporty z wojskiem, pojawił się we wsi zakonnik - w długim, brązowym habicie, w pasie przewiązany długim białym sznurem, w kapeluszu z bardzo szerokim rondem. Tego zakonnika można było zobaczyć o każdej porze dnia. Spacerował sobie nie tylko po wiosce, ale i poza. Najczęściej szedł za tory kolejowe, w stronę Krępki albo szosy wiodącej w kierunku Osowa Leśnego. Aż do krzyżówek, a czasem i dalej. Widziano go również na szosie wiodącej w kierunku do Osiecznej. Był bardzo ciekawy wszystkiego. Rozglądał się wokół i często zagadywał starszych i młodszych, a nawet i dzieci. Wynajmował pokój u Franciszka Mazurkiewicza i przychodził czasem do naszego sklepu po drobne zakupy. W ostatnich dniach sierpnia nie było go już widać. Podobno zainteresowało się nim wojsko. Mówiono, że to miał być szpieg. Co się z nim stało, tego dokładnie nikt nie wie. Różne były pogłoski. Mówiono, że został zlikwidowany, ale na ten temat nie ma dokładnych danych.”



W książce nr 1 części opisuje pan pobyt Wojska Polskiego w Ocyplu. W tych książkach – nr 3 i 4 – znacznie obszerniej. Sporo pan zapamiętał?
- Miałem wtenczas 11 lat i ich przyjazd zrobił na mnie wielkie wrażenie. Las wokół Ocypla był pełen wojska. Dywizja, nie dywizja. Byli też w wiosce. Wojsko przysłane z terenów wschodnich, bodajże z Polesia. W Ocyplu mieli główną bazę. W szkole kwaterował ich generał. To wojsko miało bronić Polski od strony Gdańska. O, tu mam rozdział pt. Wymarsz wojska z Ocypla. Na dwa - trzy dni przed wrześniem to wojsko dostało rozkaz, by się wycofać za Wisłę, w okolice Grudziądza. Z uwagi na to wojsko w pierwszym dniu wojny miało miejsce wielkie bombardowanie lasów od Młynek w stronę Osiecznej. Tam rzekomo miała stać ciężka artyleria – działo ciągnięte w sześć koni. To bombardowanie zapewne wiązało się z działalnością szpiegowską tego zakonnika.

Józef Milewski o tym wszystkim pisał?
- Pisał w krótkiej notce. Ja piszę szerzej, bo to wszystko widziałem. Na przykład to bombardowanie. Akurat przy torach na łączce pasałem krowy. I widziałem, jak te samoloty nadleciały.

Z pana książek wynika, że przed wojną Ocypel nie był jakimś zupełnie nieznanym miejscem w Polsce. To przeczy zdaniom, że Ocypel został odkryty jako miejscowość turystyczna w latach 50. przez Antoniego Spigarskiego.
- To nieprawda, że został odkryty po wojnie. Przed wojną Ocypel był ważnym punktem przejazdowym. A przed I wojną miał być dużo, dużo ważniejszym. Tu planowano skrzyżować linię kolejowe Zblewo – Laskowice z linią Szlachta – Lubichowo – Skórcz - Smętowo.



A to coś nowego!
- Były na to dowody. Proszę zwrócić uwagę, że na innych stacjach nie pobudowano wieży ciśnień (nie ma w Lubichowie, nie ma w Osiecznej). Dlaczego Niemcy wybudowali ją w Ocyplu? Albo dlaczego postawili budkę przetokową w stronę Lubichowa (rozebrali ją po II wojnie)? To nie był przypadek. Linia kolejowa miała iść ze Zblewa, przez Borzechowo, Osowo Leśne, Ocypel, potem przez Wdę, Kasparus, Osiek i do Laskowic. Taki był plan Niemców przed I wojną światową. Ale na skutek wybuchu I wojny to nie zostało zrealizowane.

Wracając do pana czasów przed II wojną... W książce nr 1 pisał pan, że Ocypel był ulubionym miejscem harcerzy. Z południa Polski?
- Faktycznie, harcerzy przyjeżdżało wielu. Część kwaterowała na wielkiej polanie w miejscu, gdzie obecnie jest ośrodek „Jubilat”. To najwyższe miejsce nad jeziorem. W 1936 r. harcerze postawili na tej wielkiej skarpie krzyż. W uroczystości poświęcenia krzyża brało udział wojsko ze Starogardu i z Chojnic. Mszę odprawiał proboszcz z Lubichowa ks. Lorentz. Przybyło mnóstwo ludzi z okolicznych wiosek. Pieszo, furmankami, rowerami, pociągiem. To było wielkie wydarzenie. Widziała to moja żona. Miała wtenczas 7 lat. Miedzy torami a tym miejscem prawie nie było lasu i ten wielki krzyż był widoczny z pociągu.

Pan nie był na uroczystości, bo w Ocyplu zamieszkał pan w 1937 r... A ci harcerze skąd byli?
- Ze Starogardu, Tczewa, Grudziądza, Bydgoszczy. Z południa przyjeżdżali po wojnie. Przed wojną z południa przyjeżdżali „letniki” (tak ich nazywano). Pociągiem, na kwatery. Około 15 rodzin. Największe skupisko obozów były też przy plaży koło Metrixu. Każde miasto organizowało w określone dni ogniska. Starogard na przykład miał w poniedziałek, Tczew we wtorek itd. A te ogniska odbywały się przy wejściu na plażę. Leśniczy z Krampki Klamer zezwalał na przywóz chojny. Sam też bywał na tych ogniskach.

To był dla Ocypla gorączkowy czas... Harcerze, letnicy, wojsko, wymarsz... wrzesień. Ma pan tu rozdział pod tytułem „Trzeci dzień wojny”. Dlaczego trzeci?
- Bo Niemcy wkroczyli do Ocypla w trzeci dzień, a nie w drugi, jak do Lubichowa. Po trzech dniach, jak nadleciały te samoloty, znowu pasałem krowy. Spod wiaduktu był dobry widok na łąki idące w stronę Bab i na Osowo. Spodziewaliśmy się, że stamtąd nadejdą Niemcy. I rzeczywiście. Przez dłuższy czas od strony Osowa było słychać głuchy turkot jadących wozów. W pewnym momencie ten turkot ucichł. Po chwili usłyszeliśmy odgłos jadącego motoru. Wyjechał z lasu na otwarte pole i ruszył drogą w lewo, w stronę zabudowań gospodarczych Niemca Otto Wilbreta. Po kilkunastu minutach ten patrol powrócił z powrotem na szosę....

To musi być straszne uczucie, jak obcy wkraczają do naszej wsi...
- Tak, nieraz na to wspomnienie mnie coś tak ściska... Dla nas, dzieci, to też była zgroza. Tym bardziej, że mówiono, że Niemcy wyrzynają od kołyski do najstarszego. Zgroza... Sześć dni temu żegnaliśmy Wojsko Polskie. Sześć dni temu staliśmy w środku wioski z wiadrami czystej wody, z których żołnierze napełniali sobie manierki, a tu wchodzi wojsko niemieckie... Wszystko nagle się zmieniło. Gospodarz Wilbret wprowadził się do Ocypla i przejął sklep Piotrzkowskiego w budynku pana Rombkowskiego, gdzie obecnie mieści się przedszkole. I został sołtysem w miejsce Stanisława Grochowskiego. Czterem sklepikarzom, Leonowi Dolewskiemu, Piotrzkowskiemu, Janowi Guzowi i Kłosowi, który prowadził sklep Grabana (w miejscu późniejszej restauracji), nie pozwolono zamknąć sklepów.



A co się stało z sołtysem?
- Stanisław Grochowski mieszkał z rodziną przy dzisiejszym ośrodku Werbistów. Był w Ocyplu przez okupację. Gdzie pracował, nie umiem powiedzieć. W 1945 r., na trzy dni przed nadejściem frontu (pierwszy atak był już o godz. 23 z 22 na 23 lutego), Rosjanie bombardowali Ocypel. Podczas tego bombardowania zginęła żona Grochowskiego. Kiedy weszli Rosjanie, chcieli go wziąć do prac – tak mówili – przy budowie mostu we Wdzie. W rzeczywistości brali na daleki wschód. Ale on im uciekł. Dał dyla z domu przez spiżarnię.

Nie prezentujemy tu całej pana książki. Być może ktoś ja wyda, więc po co wszystko zdradzać. Jeszcze tylko jedno, zdaje się słabo opisane wydarzenie... O tu, w książce nr 4, jest rozdział - „Tragiczne wydarzenie w wiosce Ocypel”.
- Było to pod koniec września 1944 r.

Nichże pan przeczyta.
- „(...) Pod wieczór pod sklep Wilbreta w dwa konie podjechała furmanka. To przyjechali partyzanci. Część zaczęła ładować towar. Druga część stanęła przy wylocie drogi do ul. Kociewskiej, zabezpieczając ładujących. W tym samym czasie na nieszczęście od strony torów zbliżał się samochód osobowy. Kiedy dojechał do skrzyżowania w środku wioski, otrzymał serię strzałów z karabinu, po której od razu się zatrzymał. Z samochodu wyskoczyło trzech Niemców. Dwaj z lewej strony wbiegli przez furtkę na podwórko, a potem dobiegli przez podwórka i ogrody do lasu. Udało im się zbiec. Trzeci, który wyskoczył z samochodu z prawej strony, chciał przebiec przez skrzyżowanie i skryć się w zaroślach (tam teraz jest pomnik). Nie udało mu się. Kiedy dobiegł do środka skrzyżowania, dostał serię i zginął. To był szef Gestapo z Tczewa, Adolf Leister. Partyzanci odjechali, a we wsi wybuchła panika. Następnego dnia najpierw wyłapano miejscowych. Doprowadzono ich do szkoły. Siedzieli: Maksymilian Karpus, Paweł Zieliński, Józef Suwalski, Kajetan Grdeń, Wincenty Furgalski (chyba z Krampki). Ponieważ nie było już kogo aresztować w Ocyplu, bo wszyscy gdzieś pracowali, zaczęły się aresztowania w sąsiednich miejscowościach: Osieczna, Krówna, Duże Krówna, Skórcz, Grabowo. Miejscowi Niemcy – sołtys Wilbret, listonosz Paul Klat i zawiadowca stacji Breszke - w tym przypadku postąpili po ludzku. Stanęli po stronie aresztowanych mężczyzn z wioski. Gwarantowali nawet swoim życiem, że ci partyzanci to nie byli z tej miejscowości. I ocyplaków wypuścili. Tylko że w ich miejsce trzeba było aresztować następnych mężczyzn z sąsiednich wiosek, bo było wyznaczonych 20 Polaków za jednego Niemca. I tak się stało. Dowieziono tych brakujących z Wybrzeża. Mówiono, że to więźniowie ze Sztuthofu. Kiedy była już pełna liczba, 'szupy' z Wdy, gdzie był posterunek, zaczęło przygotowania do masakry. Odbyła się w dniu 23 września 1944 r., cztery dni po zabiciu Niemca. W tym dniu nakazano niektórym gospodarzom podstawić dwa wozy przy skrzyżowaniu dróg, z których jedna idzie w kierunku szkoły i gdzie obecnie stoi krzyż. Nakazano przywieźć linki do wieszania bielizny. Gospodarze zrobili to, co im nakazano, bo nie mieli innego wyjścia.






Pozostawili furmanki i odeszli do domów. Linki Niemcom były potrzebne do związania zatrzymanych. Wyszli z piwnicy powiązani w krótkich odstępach. Pędzono ich na miejsce stracenia – przez placyk naprzeciw szkoły, po schodach... Ten wrześniowy wieczór był dosyć ciepły. W całej wiosce panowała idealna cisza. Nie słyszało się nawet szczekania psów. Wszyscy drżeli ze strachu. Mieszkający w pobliżu szkoły słyszeli odgłosy schodzących po krótkim bruku i po schodach na bruk szosy idącej na Wdę. Kolumna przeszła przez szosę na drugą stronę. Już niedaleka była ich droga, bo tylko do tych schodów, co dzisiaj wiodą do kościoła. Zatrzymano ich zaledwie kilkadziesiąt metrów za stodółką rybaka Aszyka, gdzie stał płot z żerdzi. Tam zostali przywiązani do tego płotu. Ciszę, która trwała co dnia przez cały czas od aresztowania, przerwały strzały, huk karabinów, a zaraz po tym straszny krzyk i jęki, i pojedyncze strzały. I powoli wszystko ucichło. A po kilkunastu minutach zaczęły dochodzić coraz głośniejsze rozmowy „szupów”. Jakby gromada wracała z karczmy – byli na gazie. Po chwili słychać było jadące po bruku wozy – z górki w dół, w stronę, gdzie przed chwilą popełniono tę zbrodnię. Wozy podjechały do miejsca, gdzie zwisały i leżały jeszcze powiązane linkami ciała zabitych. Wrzucano te ciała jak snopy... Nie, nie jak snopy – przecież snopy się kładzie. Pojechali w lewo, w stronę Wdy, do lasu. Na szosie pogonili konie. Kilometr za wioską przy majowej drodze w niewielkim lesie był już wykonany duży dół, do którego powrzucano ciała i zarzucono je ziemia.”


To wszystko ma historyczne umocowanie. Rozstrzelanie widziała Marynka Bobkowska z ulicy Lubichowskiej. Wszystko co tutaj, w tych książkach, napisałem, to są relacje tych, co widzieli to naocznie i co widziałem ja. Są nawet relacje takich, co widzieli, jak do Ocypla przyjechał Konstanty Rokossowski. Chciał zobaczyć, co to za Ocypel, że zginęło tu tylu Rosjan. Jeden wielki cmentarz był na środku wioski, drugi przy dworcu.

Hm... Naocznie widzieli... Ile pan ma lat?
- W tym roku mam 79.

Trzeba te pana książki wydać. To jest ostatni moment, bo żyją jeszcze ostatnie pokolenia, które się tym zainteresują. Potem – obawiam się – nikogo to nie będzie obchodzić.

1. Stanisław Guz skończył trylogię o borowiackich miejscowościach w gminie lubichowo. Fot. Tadeusz Majewski

2. Dwa zeszyty – książki nr 3 i 4 pełne rozdziałów o Ocyplu. Fot. Tadeusz Majewski

3. Ocypel przed I wojną. Wielki świerk przy domu w pobliżu dworca kolejowego. O podobnym pisze Guz w swoim pamiętniku. Repr. Tadeusz Majewski

Piątkowe wydanie Dziennika Bałtyckiego - magazynowe strony Kociewiaka - luty, 2007 r.

STRONY PAMIĘTNIKA STNISŁAWA GUZA DOTYCZĄCE OCYPLA


STANISŁAW GUZ O SMOLNIKACH

WDECKI MŁYN WE WSPOMNIENIACH STANISŁAWA GUZA



Wdecki Młyn - bajkowa kraina - we wspomnieniach Stanisława Guza

 
wstecz   dalej »
 
Top! Design by Mamboteam.com! Top!