www.mamboteam.com
 
STRONA GŁÓWNA
niedziela, 17 listopad 2019
 
 
LUBICHOW0. W 1905 r. budowniczy Orlikowski rozpoczyna wznosić dwie kamienice Drukuj E-mail
czwartek, 21 lipiec 2016


Maestro Ignacy Orlikowski buduje solidnie. Dopiero dziewięćdziesiąt lat później jeden z maszkaronów wyłamie się z szyku, obluzuje i będzie chciał spaść na głowę pechowego przechodnia. Być może stojąc na rusztowaniu mistrz marzy o Lubichowie - miasteczku. Być może nie marzy wyłącznie on... Przecież we wsi rosną inne pokaźne budowle.

Domowa opowieść

Page 176 - PRZEPLOTNIA - Tadeusz Majewski

Trzy urodziwe córki Jana Góry nie musiały szukać mężów. Znalazły w swoim domu.


A.D. 1900 Lubichowo. Mała wioska z małym kościółkiem z drewnianą wieżą. Dwie szutrowe uliczki - ta na Starogard i ta na Wilcze Błota. W 1905 roku budowniczy Ignacy Orlikowski rozpoczyna wznosić dwie kamienice. Kończy w 1907. Użyte tu słowo „kamienice” to nie pomyłka - powstają typowo mieszczańskie domy z pilastrami, bogatym obramowaniem okien, ciekawymi gzymsami, a nawet z szeregiem maszkaronów pod linijką dachu. Wszystkie zdobienia według najnowszej mody i obowiązujących szablonów dla małych miasteczek prowincji Prus.

Maestro Ignacy Orlikowski buduje solidnie. Dopiero dziewięćdziesiąt lat później jeden z maszkaronów wyłamie się z szyku, obluzuje i będzie chciał spaść na głowę pechowego przechodnia. Być może stojąc na rusztowaniu mistrz marzy o Lubichowie - miasteczku. Być może nie marzy wyłącznie on... Przecież we wsi rosną inne pokaźne budowle.

Powstaje sporych rozmiarów szkoła. Inni, z zazdrością patrząc na piękne dzieło Orlikowskiego, przy tych dwóch ulicach stawiają podobne kamieniczki, choć w porównaniu z jego dziełem już nie tak paradne, a niektóre - powiedzmy szczerze - zupełnie kiepskie. To zrozumiałe - nie wszyscy mają pieniądze i wyobraźnię.

A.D. 1930. Widać już, że pięć minut Lubichowa w historii świata minęło, pięć minut marzeń o miasteczku. W 1930 roku kończy z nimi też maestro Orlikowski i sprzedaje najładniejszą kamieniczkę Grzegorzowi Górskiemu. Ten z kolei odsprzedaje ją Janowi i Marcie Górom, przybyszom z Kaszub. Za całkiem przyzwoite pieniądze, bo też - jak powiedzą pod koniec XX wieku córki Góry - „filary były świeżutkie,


Page 177

żółciutkie, w środku piece zabytkowe, wzory na sufitach i krawężniki”.

Jan Góra wymieni później tylko okna i piec, bo był już „przepalony”.

Jan i Marta Góra (szewska rodzina z pokolenia na pokolenie) mieszkali w Sierakowicach, gdzie prowadzili „szewstwo wielkie”. Jan zatrudnił około dwunastu pomocników, miał też sklep ze skórami i fabrykę obuwia. Ponieważ mieszkał „na dzierżawie” u Augusta Retlera, dorabiał się z myślą o kupnie domu. Na Kaszubach jednak było mu za ciasno, a już zupełnie w Sierakowicach, gdzie szewstwo upodobała sobie nie tylko jego rodzina. Zaczął jeździć ze szwagrem „po ogłoszeniach”. Trafiał tu i tam, oglądał, kiwał głową i jakoś nie mógł podjąć decyzji. Wreszcie przyjechał do Lubichowa. Stanął pod numerem 33 przy ulicy Starogardzkiej i już wiedział - to będzie jego dom. Długo się targował, ale zapłacił aż 22 tysiące złotych.

Gdybyż człowiek miał dar przewidywania, choćby co będzie za miesiąc, dwa... Wkrótce po tym zakupie niejaki Guzowski kupił bardzo przecież podobny dom (wzniesiony też przez mistrza Orlikowskiego), stojący obok numeru 33, już tylko za 8 tysięcy.

Jan wrócił do Sierakowic i zamówił samochód - duży, bo było co zabrać. Zmieściły się i dzieci - trzy córki: Helena (dziś 76 l.), Wanda (dziś 75 l.) i Stanisława (dziś 74 l.). „Po roku byliśmy” - powie nam pod koniec XX wieku pani Helena, co oznacza, że bocian przynosił je w Sierakowicach rok po roku.

W Lubichowie panienki wyskoczyły z samochodu. Taaak... Ładnie, ładnie. Kamieniczka, chodniki, co prawda nieutwardzone, ale zawsze, uliczka - drobny kamień i kocie łby. Za plecami domów

pola. „Bokami się Lubichowo teraz rozbudowało, ale środek już był” - powie o minionych latach pani Helena.

A.D. 1996. Pukamy do drzwi na parterze. Otwiera pan Nadolski.

- „Gazeta Kociewska”? A co ma być? Musita z kobietami porozmawiać. Idziemy na piętro. Przyjmuje nas pani Helena Okonek, z dołu dochodzi pani Stanisława Nadolska. Nie ma Wandy Śliwińskiej, która nie mieszka w tym domu.

Okonek, Nadolska, Śliwińska to te trzy panienki, które sześćdziesiąt lat temu jechały z Sierakowic samochodem. Pani Helena i pani Wanda są wdowami. Statystyki nie kłamią - kobiety żyją dłużej od mężczyzn.


Page 178

Helena Okonek jest przyzwyczajona do prasy. O historii domu pisał między innymi kociewski dziejopis Eugeniusz Cherek.

- Muszę teraz dokładnie wszystko powiedzieć, żeby już to grało - przerywa nam na wstępie, skupia się, analizuje, sięga pamięcią w głąb czasu. Opowiada najpierw o lokatorach.

- Po przyjeździe do Lubichowa zamieszkaliśmy w wolnym mieszkaniu w tym naszym domu. W innych mieszkali lokatorzy. Zacni byli ludzie. W kamienicy mieli też sklepy. Na dole mieściła się drogeria. Prowadził ją Jan Kłos z żoną. Jedno z mieszkań zajmował z rodziną Jan Reszczyński - fryzjer (potem wyprowadził się do Gdyni). Na górze w dwóch mieszkaniach siedzieli Derkowscy - dwie rodziny, każda po małym pokoiku. Zacni byli... Zacni byli ci lokatorzy, ale wyprowadzili się z domostwa dopiero „po wielkim staraniu” właściciela. Wówczas Jan Góra założył na dole warsztat - z zapleczem, produkcją, sklepem. Ściągnął czeladników. Z Sierakowic dobrał sobie dwóch pomocników, Stanisława Gdańca i Stefana Gafke.

- Stefan był fajnym chłopakiem - wspomina, rozrzewnia się pani Helena. - Miał osiemnaście lat, ja dziesięć. „Ja bym za nią czekał...” - mówił o mnie.

Uprzedźmy... Nie czekał (o, niewierności męska) - wyjechał do Sierakowic, gdzie został szewskim cechmistrzem.

Poza nimi pozostali pracownicy pochodzili stąd, z Lubichowa i okolic. Pani Helena wymienia: - Pierwszy był Franciszek Ryngwelski z Pieców („Fhanek” - tak o nim mówili), Jan Machajewski...

Garść wspomnień chce dorzucić pani Stanisława, ale siostra kategorycznie jej przerywa.

- ...Nie, po kolei. Teraz nie mówkaj. Był Bernard Wołoszyk. Ten sobie dobrał dwóch uczniów - Albina Okonka i Józefa Kotowskiego. Albin Okonek został później moim mężem. Pochodził z Mościsk. Był bardzo przystojny i zdolny, ale początkowo wcale mi się nie spodobał. Może dlatego, że poznałam go tutaj, jako ucznia. Należał do lubichowskiego towarzystwa. Dziewczyny się za nim kręciły, więc się na niego uchciwiłam i postawiłam na swoim.

Tak to pierwsza córka Jana Góry poznała przyszłego męża w warsztacie taty.


Page 179

Mistrz szewski Jan Góra był bardzo oczytany. Abonował prasę. Książki czytał nawet w pracy, ale kiedy przychodzili klienci, chował je pod ladę. Przez te książki wyrobił sobie język polski.

- Ojciec był przystojnym człowiekiem. Miał 178 centymetrów wzrostu - uzupełnia pani Stanisława.

Panienki Helena, Stanisława i Wanda uczyły się bardzo dobrze. Pierwsza miała wiele talentów. Szyła, haftowała, szydełkowała, kochała literaturę. Często po kryjomu, pod pierzyną, czytała książki, za co, zdarzało się, dostawała wykrzykańca.

- Te talenty dostrzegł kierownik szkoły Jan Krauze (jednocześnie wójt Lubichowa) - wspomina pani Helena. - Chciał od razu przenieść mnie z siódmej klasy naszej szkoły do trzeciej klasy gimnazjalnej w Starogardzie.

I być może przeniósłby, ale w 1935 roku Jan Góra zachorował. Dopadł go wylew i sparaliżował cały bok. Musiał zlikwidować warsztat. Dla panienek skończyła się sielanka, skończyły się też marzenia o gimnazjum, bo ojciec był jedynym żywicielem rodziny. Nagle trzeba było się po prostu ratować. Helena zaczęła pomagać mamie w prowadzeniu domu.

- W Lubichowie młodzież była towarzysko bardzo rozbawiona, również i z tego powodu, że nie miała możliwości kształcenia się dalej - dzieli się ciekawą uwagą pani Helena. - Robiłyśmy wieczorki humoru i śmiechu, przeróżne sztuki. Kiedy Ochotnicza Straż Pożarna czy Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół” coś organizowały, wzywały nas. Należałyśmy do KSM, Chóru św. Cecylii, grałyśmy w siatkówkę, a raz w tygodniu z księdzem wikarym - patronem czytałyśmy w organistówce „Co panna wiedzieć powinna”. Była równość. Młodzież wyjeżdżała na odpusty, śpiewała w Borzechowie, Zblewie... Taka idylla. Same urządzałyśmy sobie turystykę. Jeździłyśmy do Ocypla, nad Jezioro Borzechowskie. Chodziłyśmy na kurs hafciarski - kaszubski. Malowałyśmy. W dowód uznania dla naszej działalności w „małym lasku” w 1935 roku odbył się okręgowy zjazd KSM. W samym Lubichowie plaży nie było. Ludzie z zewnątrz? Czasami przejeżdżali bryczkami w stronę Ocypla. Samochód pojawiał się od czasu do czasu, przeważnie ten sam. I stawał pod naszym domem. Zajeżdżała piękna Stefania Gusmann, żona Franciszka - potentata w branży skórzanej, pierwsza starogardzka automobilistka.


Page 180

W samym Lubichowie samochodów nie było. Wielkie co, jak lekarz i jego żona posiadali rower. Po tym, jak Jan zachorował, w domu wszystko się zmieniło.

Od 1935 roku mieli tu sklepy inni.

- Mieszkał u nas Żyd Trachternberg, właściciel sklepu bławatnego. Był bardzo przystojny i wszyscy go szanowali - wspomina pani Helena. - Miał żonę Niemkę, Ernę. W 1939 roku zamordowali go hitlerowcy. Ona mieszkała tu jeszcze po wojnie... Brunon i Antonina Klin prowadzili sklep spożywczy i tapicerski. Dorobili się u nas i wybudowali dom po drugiej stronie ulicy. Po ich wyprowadzce sklep bławatny założył Leon Preuss. Miał tu też warsztat Antoni Śliwiński, mistrz krawiecki.

- Panie to musiały niejednemu w głowie zakręcić - zauważamy (żal, że nie ma zdjęć).

- Byłyśmy równo ładne i równo brzydkie - dyplomatycznie stwierdza pani Helena.

Stanisława wyszła za mąż za Brunona Nadolskiego.

- Nadolski też sobie tu siostrę poznał. Jak ja miałam trzynaście lat, on tu się uczył. Brunon i Stanisława spotykali się po cichu w korytarzu. A Wanda wyszła za wspomnianego Antoniego Śliwińskiego. Czyli też poznała przyszłego męża w naszym domu. Wszystkie poznałyśmy tu mężów. Potem rodzina się rozgałęzia. Ale to już inna historia - kończy pani Helena.

Ten sam materiał w "Przeplotni" (wersja elektroniczna)





 
wstecz   dalej »
 
Top! Design by Mamboteam.com! Top!