Rodzina Dzienniaków. Ciąg życia w jednym miejscu (top gm. Lubichowo, ponad 30 tys.odsłon)
niedziela, 27 wrzesień 2015


Materiał ten się poszarpał z powodu awarii starej wersji portalu w 2005 roku. Do momentu awarii miał ponad 30 tysięcy odwiedzin. Po odszukaniu zdjęć o dobrej rozdzielczości zamieszczam go ponownie. Razem z tekstem pt. "Nazywam się Rook, Andrzej Rook", oraz reportażem zamieszczonym w "Rejsach" pt. Pomnik Juliusza Poniatowskiego" można powiedzieć, że o Bietowie wiemy już bardzo dużo.
Tadeusz Majewski

Państwo Władysława i Lucjan Dzienniakowie obchodzili 24 kwietnia 2005 r. JUBILEUSZ 60-LECIA POŻYCIA MAŁŻEŃSKIEGO. Piszemy to wielkimi literami, bo uroczystość była niezwykła. Na rodzinne spotkanie zjechały dzieci państwa Dzienniaków, których mają 17, i ponad 50 wnuków! Dzisiaj rozmawiamy z Jubilatami o... całym życiu.





Przed wojną było wesoło

- Skąd pochodzę? Ja się tutaj urodziłam w 1923 roku - opowiada pani Władysława (81 l.). Moja mama, Ewa Jędrzejewska z domu Burczyk, też się tu urodziła. W 1891. Zmarła w 1979 w wieku 84 lat. Mamy rodzice też stąd byli... Ciąg życia mam więc w jednym miejscu.

Czyli rodzina mieszkała tu w XIX wieku... Ładnie powiedziane - "ciąg życia w jednym miejscu". To dobrze czy źle, że ma się ciąg życia w jednym miejscu?
- Innego życia nie znam, ale mi się wydaje, że dobrze. Do pracy się chodziło tutaj, a gdy człowiek przyszedł do domu, był wolny, nie miał żadnego kłopotu. I wesoło było. Zabawy w lesie, muzyka, lampiony... W muzyce był utalentowany mój brat Wiktor. Grał na akordeonie i na skrzypcach, i wypożyczał książki ze Starogardu do gry w teatrze. Wiktor w ogóle był wszechstronny. Raz wygrał zawody kolarskie. Starogard, dookoła i do domu - taka trasa. I organizacyjny był. Prawdziwie to prawie wszyscy moi bracia grali, na akordeonie, na skrzypcach, na klarnecie. Przed wojną na Boże Ciało grali w procesji, na zabawach też. I ojciec grał na harmonii. Raz w okupacji tu z Gdańska przyjechali w gościnę, a on zagrał "Jeszcze Polska...". Zaraz mu harmonię wyrwali. Ojciec umiał czytać i pisać. Ze szlacheckiej rodziny tata się wywodził. Lucjan z Carskiej Łąki

Jak się już zorientowałem, pan Lucjan (83 l.) nie ma tutejszego ciągu życia. Przyjechał z rodziną Łódzkiego, z gminy Cesarska Łaska, z miejscowości...
- Przyjechał trzy lata przed wojną, w 1937 roku. Oni mieli w Łódzkiem gospodarstwo - uszczegóławia pani Władysława. - Zabierali im ziemię pod tory kolejowe. Gospodarstwo zmalało i teściowej brat namówił ich, żeby przyjechali na Pomorze. Szukali tu ziemi, nie mogli znaleźć. Osiedlili się w Lipach za Zblewem, ale tam były piachy, życia w tym nie było. I wtedy przyszli do Bietowa na majątek.

Do tego domu, w którym teraz jesteśmy?
- Nie, do innego, który został rozwalony. W tym domu ja się urodziłam i tu jestem.




Rodzina Jędrzejewskich przed wojną w Bietowie. Za tatą pani Władysława.

Praca na majątku

Ilu tu przed wojną miało pracę?
- Przyjechałem tu z rodzicami jako 16-latek. I tu się poznaliśmy - mówi pan Lucjan. - Tu stał piękny pałac, rozszabrowany po wojnie.
- Męża rodzina pracowała na tym majątku, moja rodzina też. Mój ojciec, Edward Jędrzejewski, był na majątku kołodziejem. Pracował w szaluźni. Robił wozy... Co to szaluźnia? Tak to się nazywało. Dwa warsztaty - stolarski i kołodziejski. Z synem i bratem robił. Wtedy nie było nic z fabryki i wszystko trzeba było robić samemu. Te wozy, te koła drewniane, te łby wytoczyć. Maszyna pracowała jedna, na pedały, żeby równo coś wyrzeźbić. Frezarka.

A ilu ludzi pracowało na majątku?

- Sporo. Było sześć domów mieszkalnych. Pałac liczę osobno. Pracowali w szaluźni, w kuźni, która się rozsypała, w dużej gorzelni, która też już nie istnieje. Komin i kocioł zbombardowali przez wojnę, a potem ludzie się budowali i chodzili po cegły. Po wszystkim została resztówka pałacu... Jaką jeszcze mieli tu pracę? Sadzili kartofle. Tyle hektarów (mama mówiła, że ponad 3000) z koszykiem trzeba było posadzić. Bliżej wojny tych hektarów było mniej. W 1937 roku część rozparcelowano. Tu pozostało Bietowo majątek, a tam, gdzie parcele, Bietowo Kaliska. Ile mogło pracować? 18 tutejszych rodzin, po 3 osoby liczyć na rodzinę. Do tego na sezon przyjeżdżali ludzie z Polski, mówili - z Kongresówki. Dla nich stał specjalny dom. Gospodarz jeździł gdzieś do Polski, organizował tych ludzi. Zimową porą ten dom służył nam - robiliśmy tam potańcówki, zabawy, graliśmy przedstawienia... Pracy tu było pełno. Trzeba było powiązać tyle hektarów pola. A zboże przecież kosami kosili. Pięknie wyglądało - dziewięć chłopa, jeden za drugim szedł i kosił.

A pan, panie Lucjanie, co pan robił na majątku?

- W konie pracowałem. Cztery konie każdy miał.
- Mówili fornal, ale był furmanem... - znowu wtrąca, dodaje szczegóły, rozwija pani Władysława. - Koni chyba było 6 cugów, po cztery w cugu. Musiał dbać, czyścić, rano oprzątać. Konie były robocze. A paradne były w stajnie dla dziedziców do wyjazdu. Tam pracował kuczer. To była osobna stajnia - dla tych paradnych. Jeden człowiek się nimi opiekował, zaprzęgał do bryczki... Dobrze mieli pany. Stefan Suryn, właściciel, mieszkał w Warszawie, a tu przyjeżdżał na wakacje. Kort tenisowy był, z gośćmi sobie grali... A dyrektorem majątku był Jan Susin. On potem w tych Kaliskach też wziął sobie dużą działkę. Po pewnym czasie wyjechał i już nie wrócił, i tę jego działkę z kolei ludzie rozparcelowali.

Mąż pracował już jako nastolatek. A pani?
- Gdy tylko wyszłam ze szkoły, w wieku 14 lat, od razu poszłam źrebaki paść.

Wcześnie. A mówiła pani, że było tyle radości. Potańcówki, przedstawienia. Grała pani?
- Moje starsze siostry grały co zimę, a ja tylko jedną scenę zagrałam. Nazywała się "Walkowe kochanie".

Ile pani miała rodzeństwa?
- Według starszeństwa wymieniam braci: Boleś, Wiktor, Antek, Bernard, Władek, Stefan, Edward, Henryk i Jerzy. I siostry: Marta, Anna, Helena, Weronika Zofia i ja.





Dzieci, wnuki i prawnuki państwa Dzienniaków















































































Pani pasła źrebaki, pan opiekował się cugiem koni. Poznaliście się przez te konie? Przez te konie miłość przyszła? Miłość? Ogląda pani "M jak miłość"? Była między wami - romantyczna, taka jak z tego filmu?
- Kiedyś to tak nie było. Znaliśmy się... A potem pomału, pomaluśku doszlim do swoich lat... Ślub wzięliśmy w 1945 roku...


Okupacja

W okupacji tu byliście?
- Przed samą wojną mieli tu swoje zawody żołnierze. Biegali po tych łąkach, ćwiczyli. Przed dworem nieraz grała wojskowa orkiestra. Jak zagrali, to aż Bietowo drżało. Przyszedł czas uciekać, to mąż musiał wywozić konie i wieźć paszę. (do męża) Ty żeś jechał z końmi aż pod Osie i tam dalej przejazdu nie było, i musiałeś wrócić... Majątkowe konie miał. Jeden mu zasłabł i został. Kiedy wrócił z końmi, to już w Bietowie był Niemiec. Zainteresował się, gdzie on był. Jak doszedł, że jednego konia nie ma, to napisał mu kartkę po niemiecku i powiedział, żeby pojechał przywieźć. I pojechał, i tego konia mu wydali.
- Tata przyjechał na tym koniu - dodaje synowa Anna - bo koń już doszedł do siebie.
- Naprawdę trzeba pochwalić tego Niemca. To był bardzo dobry człowiek - Eugeniusz Szyk, miał żonę stąd. On tu w okupacji administrował... Męża do wojska nie wzięli, bo był Polen. Tylko nie dostawał, tak jak my, angedojcze, kartek - na chusteczki, na spodnie, na żywność też. Zostawili go, bo był wartościowym pracownikiem. Dostawał wszystkiego mniej... Niemiec dobry był, nie miał nic przeciwko temu, że między sobą mówiliśmy po polsku. Albo to. W okupacji nawet nie było wolno się spotykać. Ale spotykaliśmy się. Ja umiałam grać na bronzie.

A cóż to takiego?
- Na harmonijce. Ustnej. Sama z siebie się nauczyłam.

Niesamowite, dziewczyna grająca na harmonijce...
- Ja grałam, a inni tańczyli. Na podwórku, tam gdzie mieszkał pan Władysław. Gdy było cicho, cicho, to nic nie mieli, ale jak było głośniej, to krzyczał... Raz w tym domu dla sezonowych zrobiliśmy sobie zabawę. Pan Szyk był w Borzechowie. Wzięliśmy koce, okna zakryliśmy kocami i ja grałam na tej harmonce. Jakaś starsza dziewczyna się zdenerwowała, bo nie chciał z nią nikt tańczyć i zerwała koc z okna. I akurat ten nasz Szyk jechał z Borzechowa, i to światło widział. I wszedł do góry! Jak zaczął krzyczeć, to my po tych schodach na dół, w śnieg, a zaspy były po kolana. Zakluczylim drzwi i niby nas tam nie było.

A charaktery... Pani grała na bronzie, a przyszły mąż się bawił?
- Mąż nie tańczy wcale. No nie umiał tańczyć. W dzień ślubu zatańczył i potem całe życie nic. Szedł ze mną na zabawę, ja się bawiłam, a on stał.
- Obstawa - śmieje się synowa.

Jak to tak? Pani temperamentna, a on - jeżeli nie tańczył, to flegmatyk. Takie różne charaktery i dało się wytrzymać tyle lat?
- Jakoś się pobraliśmy. I żeśmy się zgodzili. U nas nie było żadnego hałasu, żadnych kłótni.

A zazdrość?
- On nie był zazdrosny, a ja wiedziałam, jaki on jest i o niego nie byłam zazdrosna... Tak, ja byłam temperamentna. Kiedy słyszę muzykę, to mnie łzy z oczu lecą... Co do tych charakterów. Ja jestem bardzo spokojna, mąż trochę nerwowy. Ale jak swoje nerwy miał, to krzyczał, krzyczał, a ja się nie odezwałam i było cicho.

A pieniądze? Kto rządził?
- Kasę mąż mnie zawsze oddał, ale ja musiałam tak liczyć, bo zawsze było za mało.

Trochę sobie brał?
- Pan nie zrozumiał. On mnie wszystkie pieniądze oddał. Trzeba było myśleć i myśleć, żeby wyjść z tego wszystkiego. Mąż ani wódeczki sobie nie kupił.






Dzieci


Dzieci mieliście siedemnaścioro...
- Osiemnaścioro... Osiemnaste zmarło po miesiącu. Wychowaliśmy siedemnaścioro. Córek siedem, synów dziesięciu. Wszyscy się porozjeżdżali po świecie. Po świecie... Tak się to mówi. Najdalej to do Gdańska. Prawie wszyscy są tutaj, w miejscowościach dookoła. Każdy czegoś się dorobił, ma swoje mieszkanie. Ponad stu ludzi przyjechało na diamentowe gody.

Siedemnaścioro dzieci wychować...
- I jeszcze w pole szłam robić... Mieliśmy gospodarstwo z tego majątku, 17 hektarów. Mąż od rana do wieczora tyrał...

Tyle dzieci, to państwo pomagało.
- Jak pomagało... Raz mnie w szkole dali jakiś papier. Musiałam podpisać, że odebrałam pieniądze na artykuły szkolne. Wstyd mnie było iść podpisać. A oni przecież wiedzieli, że tyle dzieci, to po co ten podpis?

Ale za PRL-u szło o to, żeby dzieci było więcej, by kraj rósł w siłę. Teraz też chcą więcej dzieci. Dają nawet becikowe. Dawali wam za tyle dzieci jakieś pieniądze, nagrody, medale? A może fundnęli wczasy?
- Mieliśmy 13 arów za dużo, żeby dostać zapomogę. Wczasy? Panie. Ja musiałam biegiem latać, żeby wszystko zrobić. Kartofle trzeba było haczką, rękoma w stogi zboże składać, tedy te stogi młócić. A przy kolacji zasypiałam.... Teraz się cieszę. Wszyscy mnie szanują i rodzina się zgodzi. Odwiedzają się. Kłótni, zazdrości - tego w naszej rodzinie nie ma.

A jaka jest największa różnica wiekowa?
- 21 lat. Jadwiga ma 61 lat, a Janka - 40.

A tych wnuków to na zdjęciu armia... Pani ich zna?
- Rozpoznaję każdego. Ja też znam wszystkich, nawet większość datę urodzin - śmieje się synowa.


Na odchodnym

- Wie pan - zamyśla się, waha, wreszcie mówi pani Władysława. - Kiedyś to było mi wstyd, że miałam taką rodzinę, a teraz to nie. Teraz to się cieszę - powtarza.


Za tygodnikiem Kociewiak - dodatek do piątkowego wydania Dziennika Bałtyckiego, 2005 r.