Koziacy ze Skórzenna
niedziela, 31 grudzień 2006
Skórzenno. „...Mam tu miejsca dużo. Czy z trumną wychodzić, czy jak, a w tych nowych często nieboszczyka przez okno wynoszą”.




Wykupuje się całe siedliska 
Ładnie usytuowana wieś na skraju lasu nad jeziorem Słone powoli staje się wsią letniskową. Nie tyle, że buduje się tu coraz więcej domów wczasowych, np. duże osiedle u Władysława Trzoski, ale wykupuje się całe siedliska. Już teraz w lecie jest dużo więcej mieszczuchów niż tubylców.
Spróbowaliśmy razem z sołtysem policzyć, w ilu zabudowaniach mieszkają jeszcze mieszkańcy Skórzenna, a ile zostało wykupionych przez mieszczuchów. Okazało się, że 13 zostało sprzedane ludziom z miasta, a  tylko w 21 mieszkają koziacy. I tu obserwacja doprowadza nas do refleksji. W tych 21 gospodarstewkach tylko 6 jest w wieku produktywnym, reszta to emeryci i renciści. Mieszkają albo w pojedynkę, albo we dwoje.  Stąd w najbliższej przyszłości najprawdopodobniej większość tych gospodarstw zmieni właściciela na mieszczucha.





Pierwsza wzmianka o Skórzennie Kozi Piec
Pozwoliliśmy sobie nazwać mieszkańców tej uroczej wioski koziakami. I to nie bez przyczyny. Jak mówi nam anonimowy rozmówca, wieś ta nazywała się wcześniej Kozie. Otrzymała taką nazwę, bo hodowano w niej duże ilości kóz. Kiedy po latach zaczęto wybijać kozy, mieszkańcy wsi zaczęli handlować skórami i zmieniono nazwę na Skórzenno. Pani sołtysowa podaje nam wiadomość książkową, niestety, skserowany fragment, bez autora, w której czytamy: „Pierwsza wzmianka o Skórzennie, pod pierwotną nazwą Kozi Piec jako osadzie smolarskiej, własności królewskiej w starostwie osieckim, pochodzi z 1664 roku. Osada ta, jak to było udziałem wielu odsad smolarskich, po wyeksponowaniu okolicznych karczów przekształciła się w osiedle rolnicze. Ze względu na lokalizację na bardzo słabych glebach (piaski sandrowe z lasami sosnowymi) osada nie stała się większym osiedlem rolniczym. Nazwa wsi zmieniała parokrotnie na przestrzeni ponad stu lat. Według źródeł, poprzednia nazwa brzmiała Kozie (zapewne w związku z nazwą Kozi Piec. Wspomniane wyżej źródła cytują nazwę wsi w różnych okresach jako Skórzyn, Skorzy, Skorschenno, Skorzenno, Skarschenno.”







Ale mam tu miejsca dużo
Odwiedzamy najstarszą mieszkankę wioski, 85-letnią Klarę Kreft, która mieszka w ponad 140–letnim, ale bardzo dobrze utrzymanym domku. Prosimy, aby porównała wieś z lat jej młodości do dzisiejszej. -  Teraz to wszystkie te domy są murowane. Jak się wejdzie do takiego domu, to inaczej, a stary jest stary. Ale mam tu miejsca dużo. Czy z trumną wychodzić, czy jak, a w tych nowych często nieboszczyka przez okno wynoszą.
Pani Kreftowa podkreśla, że w młodości miała dużo więcej pracy, bo to i dzieci i hodowla, ale nie było źle. – Były dwie, trzy krowy, konie, to była robota. Mój mąż wywoził drewno z lasu, potem pracował przy budowie szosy do Kasparusa, zarobił, ja odstawiałam kany mleka do mleczarni. Było wszystko swoje, jajka, masło, kartofle, świnie ze dwie do roku się zabiło… Jednak dzieciom na mieszkania uszporowałam, było dobrze. Dzieci są w mieście, mają robotę, ale dbają o mnie, często przyjeżdżają. Teraz mam wygody. Łazienkę mam. Czy w nocy trzeba wstać, czy jak… Kiedyś chałupy były pod słomą, dziś wszędzie twarde dachy. Jest inaczej, ale czy lepiej? Kury jeszcze trzymam, pieska, kotka… Zawsze tak inaczej na podwórku…





Każdy każdemu idzie z pomocą
- Jest was coraz mniej, czy dlatego jesteście tak zintegrowaną wioską, którą w gminie podaje się za przykład? – prowokujemy sołtysa i jego żonę.
– Tak jest już od dawna. Jak tylko w Kozim się coś dzieje, to wszyscy o tym wiedzą i doradzają. Każdy każdemu idzie z pomocą. Przykłady? Wspólnie odmawiamy pod krzyżem majowy różaniec, organizujemy jubileusze, imprezy w remizie. Mamy taki zwyczaj, że każdy 80-latek otrzymuje od wsi życzenia i prezent. Cała wioska odmawia w domu zmarłego różaniec, żegna zmarłego. Kiedyś wszyscy szli 5 kilometrów pieszo za wozem konnym, który wiózł trumnę ze zwłokami. Teraz, kiedy jest samochód, każdy dojeżdża pod kościół na własną rękę – mówi Stefania Dubiela.
Czym może się pochwalić OSP? Strażaków jest  dwudziestu. Ostatnio założyli wodę, zbudowali kominek. Nowy naczelnik Władysław Brzóska dba nie tylko o remizę, ale o całą wieś. Na przykład 3, 4 razy do roku wyrównuje wiejską drogę, zimą ją odśnieża itd.
Dlaczego Kozie tak się wyludnia? Odpowiedź jest prosta, a Skórzenno nie jest w tym odosobnione. -  Ludzie nie mają pracy. Kiedyś aż 20 mężczyzn pracowało w lesie, dziś zaledwie dwaj. Część ludzi dojeżdżała do firmy „Las” i do Polfy, a teraz nic – mówi z żalem sołtys.

Przede wszystkim okolica
Zainteresowała nas sprawa kontaktu mieszkańców Skórzenna z ludźmi napływowymi. W tym celu udaliśmy się pod sklep. Pierwszą osobą chętną do rozmowy był Jan Kozak, marynarz, który co prawda kupił sobie domek w sąsiednie wsi, w Łubach, ale do Skórzenna przyjeżdża do sklepu, tu płaci podatki u sołtysa, z wieloma mieszkańcami jest na „ty”. – Przebywam tu tak często, jak tylko mogę. Nie tak często jak moja rodzina, bo ja pracuję jeszcze zawodowo. Oni natomiast są tu od wczesnej wiosny do późnej jesieni. Co mnie urzeka? Przede wszystkim okolica. Tam gdzie mam swój domek, nie ma sklepu, żadnych pól biwakowych, jest cisza, aż w uszach dzwoni. Jesteśmy tu już 12 rok i jesteśmy bardzo zadowoleni. Ludzie? Otwarci i szczerzy. Zostaliśmy przez miejscowych przyjęci bardzo życzliwie. W Urzędzie Gminy też nie miałem żadnych trudności, jeśli chodzi o załatwienie spraw dotyczących budowy. Nie wiem, może ja jestem wyjątkowym szczęściarzem? – pyta sam siebie.

Przyjęto jak swojego
Okazuje się, że takich szczęściarzy jest dużo więcej. Stanisława Gilisa, który wprowadził się do Skórzenna przed 30 laty, przyjęto jak swojego. Pan Stanisław wżenił się w posiadłość swojej żony. – Prowadziłem budowę, regulację rzeki Wdy. Moja obecna żona przyszła do mnie na staż i tak się poznaliśmy, a po pewnym czasie pobrali. Oboje pracowaliśmy przez szereg lat w Przedsiębiorstwie Konserwacji Urządzeń Wodnych i Melioracyjnych w Pruszczu Gdańskim, zamieszkaliśmy w domu po dziadkach żony. Pochodzę z Wilna, młodzieńczy okres spędziłem w Gdańsku. Od początku dorosłego życia pracowałem w terenie, tak że za miastem nigdy nie tęskniłem. Zawsze podobała mi się wieś, szczególnie pokochałem Kozie i jego mieszkańców. Miałem przebywać tylko 2 miesiące, a zrobiło się z tego 30 lat. Minęło jak biczem strzelił. Czuję  się prawdziwym koziakiem. Młode pokolenie pamięta mnie już tylko jako koziaka –mówi z dumą p. Stanisław.
- A ja wróciłem na swoje. Spędzałem w Kozim i we Wierzbinach wakacje.  Kupiłem chałupę, która liczy 220 lat. Jesteśmy z żoną rodowitymi Kociewiakami i nie wyobrażaliśmy sobie gdzie indziej spędzać wieku emerytalnego, może wśród obcych ludzi. Tutaj znamy wszystkich, część z tych ludzi to moja rodzina – relacjonuje Zenon Rezmer.
Zapytaliśmy panią sołtysową, dlaczego ludzie napływowi tak dobrze się tu czują. – Bo jesteśmy otwarci, życzliwi im. Po latach traktujemy ich jak swoich. Oni nam pomagają, my im. Relacje są dobre.
Tekst i foto Teresa Wódkowska
Za magazynem Kociewiak  - magazynowy dodatek do piątkowego wydania "Dziennika Bałtyckiego"

Foto: .1. Dom Strażaka, gdzie toczy się życie towarzyskie wsi, 2. Dawny budynek szkolny w prywatnych rękach, 3.Najstarsza mieszkanka Skórzenna Klara Kreft, 4.Takich domów jak Klary Kreft jest już mało, 5.Sołtys Skórzenna Tadeusz Dubiela chwali mieszkańców wsi, 6.Kiedy miałem 12 lat przyjechałem do Gdańska z Wilna, a przed trzydziestoma laty do Koziego - mówi Stanisław Gilis, 7.  Powróciłem na swoje pielesze – Zenon Rezmer