www.mamboteam.com
 
STRONA GŁÓWNA
sobota, 26 wrzesień 2020
 
 
STEFAN KACZMAREK. Zmarł w 2011 roku. Ależ on widział świat! Drukuj E-mail
piątek, 06 czerwiec 2014
Stefan Kaczmarek (87 l.): - Jeda roweram na ryby, na grzyby, więcej za Głuche. Zgłosił żem się po kartę wędkarską. Nie chcą dać. Mówią, że się utopię. A na rower też nie. Bo teraz trzeba mieć kask i na sobie pełno odblasków. To jest prawo?



Materiał z marca 2007 roku







Przed wojną

Stary, świetnie utrzymany dom w centrum Wielkiego Bukowca. Stefan Kaczmarek ogląda skoki Małysza. Siadamy, rozkładamy sprzęt. Pan Stefan z grzeczności gasi telewizor.

Małysz może być, panie Stefanie. Obejrzymy sobie ten skok na złoty medal, zanim pani Genowefa
(83 l.) sparzy kawkę... A pan tak niuch tabakę...
- Ona daje mu zdrowie.
Telewizor znowu włączony. Małysz frunie po złoto.
Genowefa Kaczmarek, z domu Rudnik, przynosi kawę i, jak to kobieta w takich sytuacjach, chce sie wycofywać do kuchni. Stamtąd łatwiej strofować męża, żeby za dużo nie gadał, bo pójdzie w świat.

Genowefa z domu Rudnik... No niechże pani opowie o tych Rudnikach. Skąd się wzięli.
- Oni tu mieli gospodarstwo. Tyle co wiem, to to że mój ojciec wprowadzał się do tego domu tuż po budowie. Postawił go Landowski z Kasp(e)rusa i sprzedał. Syn Landowskiego chodził po wsiach z koszami.

A kiedy postawił?
- Mój ojciec urodził się w 1882 r., miał 7 lat, jak się rodzina Runików wyprowadziła się z Wolentala i wprowadziła tutaj. Można więc obliczyć. Ale ma ze 130 parę lat. W Buk(ó)wcu jest jeszcze starszy, w kutlu (bocznej uliczce), jak się jedzie na Czarnylas.
Liczymy. 1882 plus 7 równa się 1889 r. W tymże więc roku rodzina Rudników wprowadziła się do domostwa. W tym też zapewne powstał. Ma ze 120 lat.
- Oni się wyprowadzili z Wolentala, a my się sprowadzili do Wolentala z Lubichowa – mówi pan Stefan. - Kupili gospodarka po Wiśniewskim. Ja miałem wtenczas 14 lat, a więc sprowadzili się do Wolentala w 1934 r. Chodziłem do szkoły w Lubichowie, a potem w Skórczu.

A w Lubichowie gdzie mieszkała pana rodzina?
- Mieszkelim koło dworca. Mielim dwóch lokatorów. Nie było łatwo, bo piach. Ojciec z rodziną jeździł na niziny, na Żuławy, a mnie posyłeli do dziadków na Kranku. Trzy lata ja tam u babci siedział. Babka, ze strony ojca, goniła mnie do roboty. Mieli prawie 17 hektarów. Rodzice przeprowadzili się do Wolentala, bo matka chciała mieć hektary, chciała być gburka. Bo dopiero gbur, a już całkiem duży bamber, co miał 100 hektarów, mógł dzieci kształcić.

I została w Wolentalu gburką?
- Nie. Mieliśmy 10 hektarów.

W Wolentalu był podobno przepyszny pałac z oranżerią. Ale właściciel, Niemiec, opowiadali mi, zabił się jadąc z kochanką bryczką z Gdańska.

- Pamiętam Orstmana. On się nie zabił, jego sparaliżowało. Jego córka, Elza, zaczęła sprzedawać ziemię. Nam sprzedała 3 hektary. Przedtem Orstman jeździł po polach na koniu i gonił, bo mu kredli kartofle. Ziemie miał aż pod Buk(ó)wiec.


W czasie wojny

Niechże pani nie ucieka do kuchni... A w okupacji gdzie pani była?.

- Urodziłam się w 1924 r., a więc w okupacji byłam już panną. Niemcy wzięli mnie pod Barłożno, na przedwojenne gospodarstwo Raduńskiego. W okupacji przyszedł Arab (mówili – Araby, Besaraby), Niemiec ze Wschodu. Ona była estdojcz, a on półrusek. Raduńskim ziemie zgarnęli, wywieźli do lasu, a Araba wsadzili. Ja u nich pracowałam... Rodzice podpisali trzecią grupę, żeby uratować to, co mieli w Buk(ó)wcu. Inaczej by poszli na bruk. Już był jakiś Niemiec chętny na ten dom.

A pan – w okupacji?
- Urodziłem się w 1920 r., miałem w 1929 r. 19 lat. 19. rocznik był w poborze, a 20. jeszcze nie. Rodzice też musieli listę podpisać, bo mieli 13 ha, a jak ktoś miał 13 ha, to już dawali Niemca albo Araba, co trocha mówił po niemiecku... O tym Arabie (do żony) – to był twój pan. Musiałaś mu „her” mówić – „her Schreiber”). W 1945, kiedy przyszedł był Rusek, powiedział do Araba tak: „Nie chce mi się ciebie zastrzelić. Sobie idź. Ja ciebie znajdę w Berlinie”... 4 lata siedziałem u bambra w Bob(ó)wcu, gdzie było najwięcej Niemców spośród tych wszystkich wiosek. Co drugi był Niemiec. Musiałem obdoić 11 krów. Musiałem śrutować, wykarmić. I świń miałem ponad 50. Od 5 do 20 robota.
- O Jezus, ale Polska się naczyta – wzdycha Genowefa.
- Niech czytają, bo prawdę mówię... W 1943 wzięli mnie do Wehrmachtu. Brali kto chciał czy nie chciał. Jak się nie godził, to na drzewo albo do lasu. Nauczyciel Knasiak z Wolentala nie chciał, to go wzięli do lasu. Potem z Buk(ó)wca Popielarczyka. Też go wzięli do lasa. Po wojnie ich wykopeli. W Skórczu z Ruskami leżą. Co w Buk(ó)wcu byli wybite i w Wolentalu... Oni się tego nie spodziewali. Myśleli, że ich zamkną w obozie, a nie kulka w łeb.

Pana wzięli na Wschód?
- Na Zachód, do Normandii. Brali stąd na front zachodni, bo bali się, że by do Ruska uciekli. Walczyłem 6 tygodni. Potem zmówiłem się z Feliksem Walaszewskim z Pelplina, żeby uciec. To była 7 rano. Wróciłem ze zwiadu. Była przerwa w nalotach i cicho. Niemcy speli. Rozkaz żem dał 16-letniemu Niemiaszkowi, żeby spał dalej (przy każdym karabinie maszynowym było dwóch - ja miałem Niemiaszka, Felek - Ruska). Poszliśmy z tymi dwoma karabinami, najlepszymi w całej kompanii.

A jak pana przyjęli? Przecież nie znał pan angielskiego.
- Na palcach my się domówili. Tak mnie przyjęli z drugiej strony frontu, jakbym był na weselu. Wpakowali nas na statek i do Anglii. Wzięli mnie do polskiego wojska, do spadochroniarzy. Oddałem 9 skoków, 8 dziennych – z 800 m, jeden nocny – z kilometra. Brygadę wysłali pod Arnhem, gdzie Niemcy ich kłedli. A myśleli, że lecą pod Warszawę pomóc powstańcom. Mnie nie wysłali, bo nie miałem jeszcze kursu sanitarnego.


Po wojnie

- W 1946 r. wróciłem do domu.

W mundurze?
- A tak. W WKR-ze spadochronowa gapa mi urweli, orzełka z czapki też, bo był z koroną i mnie wypędzili. Robił to taki gówniarz... Jak ja bym go maznął w pysk, to by się nogami nakrył. On miał ze 140 cm, a ja 170. Pytał, jakim cudem się tam znalazłem. Nic nie mówiłem. Najlepiej było nic nie mówić.

Pracował pan na tych hektarach w Wolentalu?
- Nie. Pojechałem do Wałcza i robiłem na kolei. Robiłem też 9 lat na lotniskach, w Pruszczu, Goleniowie, w Cewicach.

A poznaliście się państwo kiedy i gdzie?
- Poznalim się, jak przyjechałem z Anglii. W lesie, tutaj, na tancplacu. Nastek Klin grał. Dobry muzykant był. Do dziś dnia pamiętam ten moment... Ile ja miał bab w Anglii i Francji. Co dzień byłem na zabawie. Mógłbym być sto razy żonaty i miałbym połowa tej roboty, co tutaj. Ale żeby tam miód był to też nie. Tam nie ma łazienków, ustępów, a drogi piaszczyste jak i u nas.
- Ale to było 60 lat temu – zauważa żona. - Się pozmieniało.

Inne kobiety jak Polki?
- Jak przez te wioski szlim, kobieta w cztery konie w jednym szeregu orała, a chłop siedział w domu. I o 4 rano wstawał, i rano po rosie zbierał czarne i zielone ślimaki. I oni to połykeli. Kobiety były zdolne do pracy... Inna sprawa, że umalują się, a jak już 40 lat, to mają dziury na twarzy – każda jedna Francuzka.
- Nie lubią matkować – dodaje Genowefa. - Ty o tym, jak żeśmy się poznali, nie opowiadaj.
- Dlaczego. Niech ludzi widzą, jakaś ty jest dobra dla mnie... W 1947 r. żeśmy się żenili... 15 lat bylim w rozłące. Ja byłem monterem. Remonty robiliśmy, co Ruski rozwalili. Co dwa - trzy tygodnie przyjeżdżałem do domu.

To chyba niedobrze w małżeństwie...
- Tego drugi raz bym nie chciał przeżywać. Ja sobie musiał sam kucharzyć.

60 lat razem... Kłótni nie było?
- Teraz trochę się pokłócim, wcześniej bardzo rzadko.

To chyba powinno być odwrotnie?
- Nie. Stare ludzie się kłócą, bo jedno źle coś położy, dziura wysiedzi itd... W rozłące bylim, ale mamy dziewięcioro dzieci, 5 córek, 4 synów. Najdalej w Gdańsku – córka i syn. Jedna córka mieszka w Bok(ó)wcu, jedna w Lubichowie. I dwadzieścioro wnuków, i 11 prawnuków. Wszystko w naszym województwie się pozasiadało. I nikt na roli nie pracuje.

No właśnie. A pan, po powrocie z tamtej pracy na kolei i lotniskach, wrócił na gospodarkę?
- Wróciłem na 2 hektary, 4 dokupiliśmy. Przez 15 lat mieliśmy 6,26 ha, III klasa. Rzuciłem, kiedy Bakalarz wygrał w Totolotka. Ziemię kupował, traktory kupował, a ja miałem w osła robić? Sprzedaliśmy. Szłager też zrezygnował.





Uwagi


Małysza obejrzeliśmy. Jest złoto. A politykę pan ogląda?

- Nie, bo mi się nie podoba. Oni tak robią, że w każdej wsi będą kamery, w Buk(ó)wcu pewnie dwie (tak, tak – do żony - w telewizji mówili). Wszystko będą wiedzieli na posterunku. Będą wiedzieli, co ja w domu robię. Jeździł żem po całej Polsce i nikt mnie nie zaczepiał, i czegoś takiego nie było. A teraz kobieta kameruje, jak jej mąż pije piwo przy sklepie. A potem, kiedy on wróci do domu, z pyskam na niego, żeby nie kłamał, bo go nagrała. Co się wyprawia.
- Niech pan nie pisze. On przegalopował – już z kuchni mówi Genowefa.
- Nie przegalopował. To jest fakt. Duszno jest w miastach. Duszno się robi i u nas. Jeda roweram na ryby, na grzyby, więcej za Głuche. Zgłosił żem się po kartę, nie chcą dać karty wędkarskiej, bo mówią, że się utopię. Jeżdżę rowerem. A teraz trzeba mieć kaski i pełno odblasków na siebie ubrać. To jest prawo? Zawsze coś wymyślą, żeby podatek brać. Nie masz kasków, to 100 złotych. Tak teraz jest w Polsce... Dość mam tej polityki. Ja wójtowi nawet powiedział... 2,5 godziny tu był. Chciałem, żeby posiedział więcej, chciałem wypić połówka, bał się zostać - pewnie się boi, że ktoś mu krzesło podwandzi.

A pani co w telewizji ogląda?
- „M jak miłość”.

Ale oni tam się kłócą...
- Oni się wszyscy zgodzą, tylko mają problemy. Ja wiem, że dziś małżeństwo jest niemodne, ale jak ma być, to najlepszą receptą jest pobłażliwość.

Inaczej wyrozumiałość.
- Ja matkowałam całe życie. Przynieść, podać, pozamiatać. A on miał przynieść pieniądze.
- Dlatego miałem gospodarstwo i musiałem jeszcze iść na tartak pracować. Trzeba było pracować dla dzieci. A teraz jak mają jedno dziecko, to już od państwa chcą.

Na wycieczki gdzieś was zabierają?
Ona: - Zakupy – to jest moja stała wycieczka.
On: - Bylim na wycieczkach w pracy. Pewnie że byśmy pojechali, ale kto ją by sponsorował?
Nasza wycieczka to jest z łóżka w łóżko. A niektórzy to by chcieli, żeby tacy jak my to pojechali na wycieczkę najlepiej do hospicjum. Tak jest teraz w Polsce. Tego dotąd nie było, chociaż bieda piszczała. I ludzie dla ludzi byli inni. Zaraz po wojnie chodziłem od chałupy do chałupy, z wszystkimi się zgodziłem, a teraz nie wiem, kto gdzie mieszka, nikogo nie znam. Wszyscy za czymś ganiają. Jeda na rowerze, mówię „dzień dobry”, wszystko je obce. Nie ma do kogo iść. Te babki w moim roku leżą w łóżkach, wszystkie na wykończeniu są. To jest obcy świat. Tu dookoła też. Niedaleko stąd torf kopali i łąki zalewało – co tam rybów było. Teraz ani ptaka nie ma. A wtedy, jak człowiek szedł w lutym, co to tych czajków się podrywało.

A na diamentowe gody jaki medal dają?
- Na złote gody tylko dają... Na diamentowe nic. Kowali nie ma. Państwo je już złe, że do tego wieku się żyje. Taki to nie jest wcale liczony. Może jeszcze jak jest od koryta, to go pokażą w telewizji. Jak takiego Breżniewa. Miał 3 tony medali. Dla takich jak my nie ma kowali.
Tadeusz Majewski

Uwaga: Kaczmarkowie zdecydowanie mówili „Kasperusie” i „Bukówcu”, a nie w Kasparusie i Bukowcu, stad „e” i „ó” w nawiasach.

Fot. Tadeusz Majewski
Niuch tabaki. - Sam pan przygotowuje tabakę? - Sam. - Według własnej receptury? - Według własnej. - Jak długo pan zażywa? - 40 lat. Trzyma mnie przy zdrowiu. Nie chodzę do lekarza, nie biorę tabletów.
Za panem Stefanem stoi Genowefa.

Fot. Tadeusz Majewski



Urocza uliczka w Wielkim Bukowcu
 
wstecz   dalej »
REKLAMA



 
Top! Design by Mamboteam.com! Top!