www.mamboteam.com
 
STRONA GŁÓWNA
poniedziałek, 20 listopad 2017
 
 
Wiersze Stanisława Sierki Drukuj E-mail
sobota, 30 czerwiec 2007
Stanisław  Sierko (poeta i dziennikarz z Mirotek)  nadesłał w kilku e-mailach sporo wierszy, nazywając je "Na brudno" (te, niżej zamieszczone, zdaje się - zostały opatrzone literką "d").  Początkowo chciałem opublikować je wszystkie razem, ale... stop, stop - powiedziałem sobie. No bo jak masz przed sobą kilkaset wierszy, to Ciebie zniechęca ich ilość. Kilkaset wierszy - co najmniej kilkaset refleksji, za duża dawka na raz. Nie mówiąc o co najmniej kilkuset narysowanych w wierszach obrazach. Będę więc te wiersze zamieszczał po kilkanaście na raz co pewien czas, żebycie mogli się nimi delektować. Teraz sprawa tytułu, jakim wiersze zostały opatrzone...




Hmmm... "Na brudno...", Rzecz w tym, że to wcale nie są wiersze na brudno. Są zdecydowanie na czysto - świetne, dopracowane, kapitalnie oszczędne w słowach i precyzyjne w środkach wyrazu,  z - tak bym to nazwał - trochę kobiecą, delikatną metaforą (na tle której od czasu do czasu pjawia się jednak mocniejsza, jak choćby takie porównanie: (...)  jak drżąca dłoń żebraka / i ślepe / jak akordeonista / któremu w dzieciństwie / nasypaliśmy piasku do kapelusza / aby sprawdzić / czy ślepy potrafi płakać (...).  Pojawia się i tym mocniej brzmi, że z rzadka...Co jeszcze. albo przede wszystkim... Są to wiersze nieraz zaskakujące mądrością i dobrym przesłaniem.  Mądrością wyrażoną w lapidarny i  wydawałoby się jak najprostszy sposób - ot, tak po prostu (...) "Tylko we własnym doimu mogę spokojnie umierać (...). To jest mistrzowska prostota Tu wszystko jest przemyślane - tzw. treść i forma połączone w taki sposób, żeby po prostu trafić w serce normalnego człowieka, który  już od dawna nie zagląda do poezji, bo myśli sobie, że to dzisiaj to jest jakiś język z innego świata. Piękne  wiersze. Odzywa się we mnie dusza wydawcy. Spróbuję wydać w formie ksiąźki. na razie polecam w formie elektronicznej.
Tadeusz Majewski




Śnieg



nareszcie spadł
a był tak wysoko
tak blisko słońca
wiedzieliśmy
że spadnie
czekaliśmy cierpliwie
patrząc w górę
aby
gdy tylko spadnie
deptać go
rzucać nim
i mieszać z błotem

dobrze mu tak

     styczeń 1986 r.




Topole


przystanęły
jakby na chwilę
w przydrożnym rowie
smukłe
nagie
zziębnięte
podparte długim cieniem
zimowego zachodu
nagarniają resztki ciepła
wspomnieniem
rozwichrzonych koron
nadzieją wiosny
ptak je omija
i człowiek

    luty 1990 r.



Wiatr w jesionie


wiatr w jesionie
jak smyczek na wioli
cicho piska
trylem swawoli
w tylne koło roweru
się wkręca
wstęgą glisu
crescendem od serca

     sierpień 1995 r.




Wszystko jest inne



wszystko jest inne
zimne
odcieplone
odprzytulone
i suche
jak szelest
szopenowskich banknotów
i puste
jak drżąca dłoń żebraka
i ślepe
jak akordeonista
któremu w dzieciństwie
nasypaliśmy piasku do kapelusza
aby sprawdzić
czy ślepy potrafi płakać
dzisiaj
wszystko jest inne

wcale nie gorsze

styczeń 1987 r.




Zawieszenie


jestem
zawieszony pomiędzy
tajemnicami
obiecanego nieba
i pewnością ziemi
pomiędzy
mieczem rajskiego anioła
a mieczem brata Kaina
mój cień
dynda się proroczo
przed
Bramą Garncarzy

     styczeń 1990 r.



Tak było tam


tam była łąka
tak zielona
a niebo było
tak niebieskie
kaczeńce żółte
chmury białe
tam latem ciepło
zimą zimno było
a teraz
tylko
w wierszach

     styczeń 1990 r.




Tylko we własnym domu


tylko we własnym domu
mogę
lękać się bez obaw
mogę
bać się bez lęku
mogę
codziennie
spokojnie umierać

     styczeń 1990 r.


\

Wiosenny deszczyk


dzień dobry deszczu
srebrna płodna pszczoło
na gorzkie wargi redlin
czarne dróg  jęzory
i nasze smutne ręce
wysoko nad głową
jakby
popsute druty parasoli

   styczeń 1990 r.



Za obola

przyjdą mi zabrać
wątrobę
i kamień
co go codziennie
pod górę zataczam
i ciepły sweter
ze złotego runa
zabiorą nawet
mały kłębek nici
abym
nie wrócił

    styczeń 1990 r.




Zimowe zaśnięcie

jesion
tak biały
jak dym z komina
zziębnięte purpurowo
słońce
zima

biały otok
horyzont
kompania sztachet
w mufkach
księżyc
rtęciowy termometr
szarówka

ciepłe kafle
białego pieca
i gorąca herbata
z cytryną
jesion
bajkę śniegową strąca
na cieplutkie
zaśnięcie zimą

     styczeń 1996 r.




To nie odwaga


to nie odwaga
każe
wstawać rano
wyskakiwać
z cieplutkiego łóżka
pod zimną wodę

to nie odwaga
każe dzieci puszczać
do państwowego
smutnego przedszkola
i szkół
gdzie puste miejsce
nad tablicą czarną

to nie odwaga
każe stać na mrozie
po kawał mięsa
tańszego
i chleb

to nie odwaga

   styczeń 1990 r.



Wędkowanie


pochylam się
jak wędka
nad Bobrówkiem
i bierze
bierze mnie ochota
wejścia
wpluśnięcia
w sam środek
  a bagno latoś
  aż do lipca kwitło
  biało
  niczym adamowa gryka
  oj, skutecznie przepędzi
   mole i prusaki
w to lustrzane
zdwojenie pokuszenia
a może tam
jest inaczej
niekoniecznie lepiej
i tak dyndam się
uczepiony robakiem
na haczyku codzienności
skubany i potrącany
a tu już
jagody wyschły
niewyzbierane
bo mi się
wędkować zachciało

    lipiec 1995 r.



Wizyta do rana


czarne buty
białe skarpetki
garnitury
szare jak szczury
przezroczyste kielichy
i oczy
tort wczorajszy
uśmiechy zwiędłe
lepkie słowa
gorzkie jak kawa
stół kanciasty
niebieska zastawa
i bujany fotel
pod ścianą

kończmy proszę
patrzcie
już rano

    styczeń 1990 r.



Zamiast manifestu


ciepłe papcie
kawa i koniak
mroczny kącik
z fotelem bujanym
papier
pióro
i cisza przed wierszem
i niepewność
czy będę czytany
rewolucje
odezwy
wyzwania
słów łamanie
powroty
odpływy
nie potrafię
nie umiem
nie muszę
być Rejtanem poezji
na niby

ciepłe papcie
kawa i koniak
czasem sąsiad
z przeciwka wpadnie
pogadamy
o tym co piszę
i choć chwilę
jest milej i ładniej

    październik 1986r.



Zupełnie nowy pejzaż


tylu się nowych poetów zrodziło
tylu pomarło
a tylu nic nie wie
że poetami są tak mimowolnie
aż słów nie staje
by je wplatać w wiersze
coraz piękniejsze

tyle się w kraju zmieniło
barw nowych tyle
i dźwięków
i smaków
że wszystkim starczy
nie zbraknie nikomu
tylko gdzieś w polu
a czasem pod lasem
coś rzewnie załka
jakby pisklę ptasie
tęskniące matki
co w niebo ulata
i taki nagły smutek
smuteczek
oplecie to całe piękno
jeszcze nienazwane
i powykrzywia
patrzenia
w pejzaż zamglony
rachityczny szary
drzewa przemieni
w pokraczne maszkary
zielony dywan
wonnych ziół przemieni
w cherlawe rżysko
słomy i kamieni
rumiane twarze
uśmiechniętych panien
karminem zmieni
w przepite
zaspane
jakby chciał ostrzec mnie
przed wierszem
kłamcą
lecz chwilę tylko
chwileczkę malutką
jest dziwnie smutno
bo zaraz matka
do gniazda powraca
i pisklę milknie
wtulone w puch ciepły
i znowu
znowu normalnie dokoła

tylu się nowych poetów zrodziło
tyle się w kraju zmieniło

     maj 1992 r.
 
wstecz   dalej »
REKLAMA



 
Top! Design by Mamboteam.com! Top!