www.mamboteam.com
 
STRONA GŁÓWNA
sobota, 06 czerwiec 2020
 
 
Andrzej Raduński - nasz człowiek idzie do Sejmu Drukuj E-mail
niedziela, 30 wrzesień 2007
Jak to człowiek mediów, zwłaszcza tych telewizyjnych - niby jest powszechnie znany, niby każdy mówi – "Aaaaa... Andrzej Raduński... No tak, znam Andrzeja." Niby każdy go gdzieś kiedyś – wczoraj, a może 20 lat temu - tutaj widział z kamerą, rozmawiał z nim, a w gruncie rzeczy co o nim wiemy? Przyznajmy, prawie nic. Jak to o człowieku z mediów (zwłaszcza tych telewizyjnych). Tym bardziej, że Andrzej, człowiek skromny, nigdy się nie pchał "na salony", również te lokalne.






Umawiamy się w końcu, po kilku przymiarkach co do miejsca i czasu, w sobotę w ośrodku na Dobrym Bracie. On jest zabiegany, bo jak to każdy facet z duszą sportowca walczy o głosy do Sejmu, my też jesteśmy zabiegani, bo sporo się dzisiaj w powiecie dzieje i też trzeba zrobić z każdej imprezy materiał. Sympatyczna pani z recepcji gości nas kawą.

Urodziłeś się w...?
- 22 maja 1953 r. w Tczewie.

Chwila konsternacji. W Tczewie. Mamy, widać, jakieś złe informacje. Bo zawsze nam się kojarzył z małą wsią w gminie Skórcz – Mirotkami. Po chwili jednak wszystko się wyjaśnia.

- Ale oczywiście pochodzę z Mirotek. Moja matka, Halina, mieszkała i mieszka do dzisiaj w Mirotkach. W Tczewie się tylko urodziłem. Dzieciństwo i młodość spędziłem w Mirotkach.

Teraz wszystko jest jasne. Widocznie Mirotki podlegały wówczas pod szpital w Tczewie.
- Do szkoły też chodziłem w Mirotkach – ciągnie Andrzej. - Co najbardziej pamiętam z tego okresu? ...Bardzo, bardzo lubiłem chodzić na ryby.

Te ryby wymienia od razu, bez zastanowienia. Widocznie to był jego "numer jeden" dzieciństwa. Chociaż... Po chwili zastanowienia dzieli się innymi, "poważniejszymi" wspomnieniami.



- Te wspomnienia są romantyczne. Na przykład o boisku piłkarskim na leżącym odłogiem polu obok mojego domu. W każdej wolnej chwili graliśmy na nim w piłkę. Teraz rośnie w tym miejscu bujny las.

Intensywnie myślę, gdzie też mogło to boisko leżeć. Kilkanaście domów w centrum, szkoła, boisko szkolne. Jakoś nie mogę sobie dodatkowego boiska wyobrazić.
- Istniało w przysiółku o trochę dziwnej nazwie Gapica.
Ach Gapica! Dlaczego, ładna nazwa "Gapica”. Teraz to tam dochodzi nawet asfalt.

Oczywiście Andrzej wie o tym asfalcie. Ba, trochę się nawet przyczynił do jego położenia.

- To było tuż przed powodzią w Gdańsku. Udało mi się pozyskać dla gminy akurat zdzieraną, wierzchnią warstwę asfaltu. I ona została na tej drodze położona. A już później gmina znalazła środki i na tym "moim" podłożu położyła asfalt z prawdziwego zdarzenia.

Patrzę na tego mężczyznę słusznego wzrostu, którego tak często na szlaku spotykałem z ciężką kamerą na ramieniu. Silny musi być chłop, żeby dźwigać taki sprzęt. Na pewno coś uprawiał. Co się wtedy ćwiczyło? Ależ oczywiście, kulturystykę! Może metodą Sandowa? Więc kulturystyka? Nic z tego..
.

- Do szkoły miałem 2 kilometry. Przeważnie jeździłem rowerem, bo chciałem zostać kolarzem. Byłem fanem Wyścigu Pokoju.

Jak każdy z jego pokolenia. Jak ja też. Wycinałem nawet trasy poszczególnych etapów z "Trybuny Ludu" i wklejałem do zeszytu.

- Wycinałeś trasy?
- Nie. Do świetlicy wiejskiej w Mirotkach, oddalonej od szkoły jakieś 500 metrów, przychodziła jedna "Trybuna Ludu". Biegaliśmy w czasie przerwy na wyścigi. Kupował ją wygrywający... Wtedy "Trybuna Ludu" zamieszczała więcej informacji sportowych niż "Sport" i "Przegląd Sportowy". Czy wygrywałem też wyścig? Było różnie. Dużo zależało od tego, kiedy nauczyciel wypuszczał nas z lekcji, czy równo z dzwonkiem, czy trochę wcześniej albo trochę później. Niecierpliwie czekałem też na wtorki i piątki, na "Świat Młodych", gdzie drukowano przygody Tytusa, Romka i Atomka.

A ja pamiętam, jak mniej więcej w tym samym czasie chodziłem 3 kilometry z Kocborowa do kiosku stojącego naprzeciw Monopolu po "Wieczór Wybrzeża", gdzie drukowano przygody Kajka i Kokosza.

- Szczególnie przeżyłem Olimpiadę w Tokio w 1964 roku. Oglądałem ją, 11-letni chłopak, u sąsiada Wacława Ciesielskiego, który miał telewizor. Na ekranie nie większym niż talerz. To było moje – kibica pierwsze zetknięcie z wielkim sportem. To mnie zaczarowało. Już wtedy wiedziałem, że będę dziennikarzem sportowym... Ulubiona dyscyplina sportowa? Kolarstwo. Rower, rower, rower. Do szkoły jeździłem na "Ukrainie". Kiedyś mi ją ukradli. To było coś strasznego. "Ukraina" kosztowała coś koło 700 złotych, sporo pieniędzy. Ale matka sprzedała kilka prosiąt i kupiła nowy. Wyczynowego "jaguara" miałem dopiero na studiach...

Mówię, żeby przeskoczyć w opowieści trochę w czasie. Jedno zdanie o szkole średniej, a potem już właśnie o tych studiach. Andrzej jednak tu chce trochę więcej.

- Bo to jest ciekawe. Uczyłem się w LO w Starogardzie, ale nie od razu. Po prostu tam od razu po podstawówce nie poszedłem. W VII klasie dłuższy czas chorowałem i miałem pewne braki z matematyki. Sądziłem, że nie zdam. Poza tym pani Maria Pątek – nauczycielka matematyki w szkole w Miortkach, też była fanką kolarstwa, co było dziwne. Zawsze imponowałem jej wiedzą o kolarstwie, więc byłą w stosunku do mnie jako ucznia matematyki zbyt pobłażliwa... jak to była wiedza? Wygrywałem konkursy wiedzy o sporcie. Wygrałem nawet w Starogardezie (dostałem w nagrodę pastę do zębów i szczoteczkę).... Więc poszedłem najpierw do szkoły zawodowej, planując, że się przez rok podciągnę z matematyki i jednak do tego LO pójdę. I tak się stało. Po roku nauki w zawodówce ze świadectwem w ręku w ostatniej chwili wpadłem na egzamin do ogólniaka i go zdałem. Potem nadal byłem słaby z matematyki, ale wszystkie klasy zaliczałem bez problemów.
Stare dzieje. Chwilę myślę, czy znam kogoś, kto z zawodówki przeszedł do ogólniaka, zwłaszcza do takiego elitarnego, jak ten nasz – "czerwonego". Nie, nie znałem nikogo takiego.
- Wyobrażasz sobie szok wśród moich kolegów i koleżanek, z którymi dojeżdżałem z Mirotek pociągiem 6.42 Starogardu? Nie mogli zrozumieć, jak to możliwe, że ktoś, kto przez rok chodził do zawodówki, nagle stał się uczniem LO. Dotychczas były znane przypadki w odwrotną stronę. Ja byłem chyba ewenementem. Wtedy droga nauki była oczywista: zawodówka – technikum wieczorowe albo dzienne. Albo krócej – od razu zawód i do pracy... W LO nic się co do moich życiowych celów nie zmieniło: nadal chciałem być dziennikarzem sportowym.

- Hmm.... Dziennikarz musi być dobry z języków, i musi mieć dobry – jak to mówią – bajer. Byłeś dobry z polskiego? I co z językami obcymi?

- Po ukończeniu LO miałem na Uniwersytecie Gdańskim do wyboru: albo filologię polską, albo rosyjską. Wybrałem rosyjską. Zaraz powiem, dlaczego. Z polskiego byłem bardzo dobry. Uczył mnie świętej pamięci profesor Zbigniew Waśkowski. O wyborze filologii rosyjskiej zadecydował dziwny przypadek, jaki mi się zdarzył jeszcze w drugiej klasie LO. Byłem wtedy z rosyjskiego bardzo słabym uczniem, podobnie zresztą jak w podstawówce. Moja wychowawczyni, Elżbieta Waśkowska, spowodowała, że postanowiłem uczyć się więcej francuskiego niż tego, co trzeba było opanować w szkole. Zacząłem kupować "Małe Mozaiki Francuskie". A tam były podane adresy młodzieży z całego świata. Wysłałem kilka listów i dostałem tylko jedną odpowiedź - od Rosjanki Leny z Duszanbe. I pod wpływem jej zdjęcia, na którym mi się bardzo podobała, i późniejszej intensywnej z nią korespondencji zacząłem, zrobiłem w języku rosyjskim niesłychany postęp. Czytałem nawet rosyjskie gazety. Słaby uczeń zrobił się prymusem... Co było dalej z tą Leną? Rozmawiałem z nią tylko telefonicznie. Nigdy jej nie widziałem.

- A angielski? Dziennikarz powinien znać perfekt angielski.

- W naszej szkole pan Kubiszewski uczył francuskiego, pani Chmielecka – francuskiego, pani Waśkowka – francuskiego. Trzy klasy z francuskim, a tylko jedna, A", z angielskim... Nie chodziłem do "A"... Wybrałem na studiach filologię rosyjską, bo ten język znałem najlepiej, a studia miały mi pomóc w opanowaniu tego języka biegle, co jest potrzebne – tak sądziłem - dziennikarzowi. Obawiałem się też, że nie pogodzę polonistyki, gdzie jednak jest dużo więcej lektur niż na filologii rosyjskiej (zrobiłem rozpoznanie), z wyczynowym uprawianiem kolarstwa w Lechii Gdańsk.

- jednak zostałeś kolarzem!

- Dopiero w wieku 20 lat. Chciałem być wcześniej, ale – jak wspomniałem - nie miałem nigdy wyścigówki. Kupiłem dopiero, kiedy poszedłem na studia. Najpierw starego "jaguara" od Mariana Ramczykowskiego, zresztą kolegi z klasy, później, już w klubie, lepszego. Uprawiałem kolarstwo przez cztery lata studiów.

Ja też przez chwilę wspominam. Pamiętam nawet ceny rowerów wyścigowych i półwyścigowych. "Jaguar" to było marzenie za ponad 2000 złotych... Nie, jednak tak dobrze nie pamiętam. Chyba ponad 3000. Tańszy był "huragan", też rower marzenie.

- Uczyłeś się, trenowałeś kolarstwo, a co z dziennikarstwem? Pytam, bo dzisiaj dziennikarz musi się pokazać już w okresie studiów...

- Wtedy też tak było. Zacząłem bardzo intensywnie współpracować z działami sportowymi "Dziennika Bałtyckiego" i "Głosu Wybrzeża". Szczególnie "udzielałem" się w soboty i niedziele. Latałem wtedy samolotami do wszystkich miast, gdzie były lotniska i pierwszoligowe kluby.
- Jaki to ma związek – lotniska i kluby?
- W samolocie były zawsze dwa miejsca dla posłów. Ale w weekendy posłowie nie latali i te miejsca były wolne. W ostatniej chwili kupowałem jedno z tych miejsc. Mając legitymację studencką płaciłem połowę ceny biletu. Była to mniej więcej równowartość tego, co mi zwracano za przejazd PKP na Śląsk, do Warszawy, do Poznania. Jedyny mój problem polegał na tym, że z tego samego meczu musiałem w krótkim czasie zrobić dwa różniące się nieco sprawozdania. Jedno podpisywałem jako "Rad", drugie "A.R". (przy tym zaznaczali "obsługa własna"). To nauczyło mnie szybkiej pracy, która później procentowała przy robieniu newsów telewizyjnych.



Przerywamy rozmowę. Andrzej spieszy się na jakieś spotkanie, mi też to pasuje – szkoda z takiego "lajfu" robić bryk. Ten życiorys jest na kilka odcinków. Trudno się dziwić – to życiorys telewizyjnego reportera, który jutro (30 września 2007 r.) ukończy 25. rok pracy i zakończy pracę. Jego żona, Małgosia, wyliczyła, że w ciągu ostatnich 10 lat zrobił około 10 tysięcy telewizyjnych newsów, z czego część szła do Gdańska, część do Warszawy, a część w świat – w ramach wymiany zagranicznej.
- W sumie na pewno było tych newsów ponad 20 tysięcy – zamyśla się Andrzej. - Czy jestem jedynym takim dziennikarzem telewizyjnym z Kociewia? Na pewno tak.

Śpieszymy się. Trzeba zrobić jeszcze zdjęcia. Robimy je na pomoście ośrodka Dobry Brat.

Andrzej startuje do Sejmu jako kandydat bezpartyjny z Koalicyjnego Komitetu Wyborczego Lewica i Demokraci z Okręgu 25, obejmującego powiaty: starogardzki, tczewski, gdański, kwidzyński, sztumski, malborski, nowodworski oraz miasta: Gdańsk i Sopot.
CDN.

 
wstecz   dalej »
REKLAMA



 
Top! Design by Mamboteam.com! Top!