www.mamboteam.com
 
STRONA GŁÓWNA
sobota, 31 październik 2020
 
 
Wspomnienia Eleonory Rocławskiej o szkole w Mirotkach Drukuj E-mail
środa, 06 maj 2009
To były piękne lata...
Wspomnienia Eleonory Rocławskiej
nauczycielki SP w Mirotkach z lat 1956-1960




K. I. Gałczyński
„Pieśń V”

„Chciałbym wszystkie takie chwile
ocalić od zapomnienia”

Jestem Kociewianką i kocham Kociewie, moją małą ojczyznę, krainę lasów, jezior i rzek. Śmiało mogę powiedzieć jak poeta kociewski W. Kirstein „...czuja jano prosta, swojska mowa   z chat”.

Urodziłam się w Zelgoszczy, a więc niedaleko Mirotek. Chociaż od wielu lat mieszkam  w Bydgoszczy, często tu wracam, odwiedzam dom rodzinny, wieś, groby moich bliskich  w Czarnym Lesie, a także urokliwe zakątki w Borach Tucholskich, związane z latami mojego dzieciństwa i wczesnej młodości.
Kiedy odwiedzam rodzinne strony, często przejeżdżam przez Mirotki i wtedy serce bije mi mocniej, tu bowiem przez 4 lata pracowałam jako nauczycielka, tu też zostawiłam cząstkę mojego życia.

Ale zacznijmy od początku i udajmy się w nostalgiczną podróż w krainę mojej młodości.
Po raz pierwszy zawitałam do Mirotek wiosną 1952 roku. Kończyłam właśnie Szkołę Podstawową w Zelgoszczy. Przyjechałam tu na wesele mojego brata Bolesława, który poślubił Sewerynę Wasiek z Mirotek. Już wtedy zwróciłam uwagę na imponujący wielkością i architekturą budynek Szkoły Podstawowej w Mirotkach. Nie mogłam wówczas przewidzieć, że za 4 lata, po ukończeniu Liceum Pedagogicznego w Tczewie, przekroczę progi tej szkoły w charakterze młodej nauczycielki.


Do szkoły w Mirotkach przybyłam 15 sierpnia 1956 r. z tzw. „nakazem pracy”, jaki w owym czasie otrzymywali absolwenci Liceów Pedagogicznych, który zobowiązywał do pracy w zawodzie nauczycielskim co najmniej przez 3 lata (!).

W Inspektoracie Szkolnym w Starogardzie Gdańskim dowiedziałam się, że w Mirotkach działa jedna z bardzo dobrych szkół podstawowych,  a kierownik szkoły p. Kazimierz Górecki jest metodykiem nauczania w kl. I-IV. Trafiłam zatem dobrze, powiem lepiej - wprost pod opiekuńcze skrzydła przedwojennych nauczycieli - pp. Kazimierza i Zofii Góreckich. Wiele im zawdzięczam. Potrafili młodą nauczycielkę właściwie ukierunkować, służyli zawsze mądrą radą i doświadczeniem.

Razem ze mną przyszła do pracy w szkole kol. Emilia Fabian. Od pierwszych dni bardzo się zaprzyjaźniłyśmy. Tak właśnie we wrześniu 1956 r. prezentowało się 4-osobowe Grono Nauczycielskie Szkoły Podstawowej w Mirotkach oraz uczniowie z kl. II-III-IV.  

 
  Grono Nauczycielskie
              w Mirotkach - 1956 r.

              Emilia Fabian
              Zofia Górecka
              kier. szk. Edmund Górecki
              Eleonora Rocławska


   Klasa II i III - 1956 r.
   z wychowawczynią
   Zofią Górecką
   oraz
   Emilia Fabian
   Eleonora Rocławska
   kier. szk. Edmund Górecki


   Klasa IV - 1956 r.
   z wychowawczynią
   Eleonorą Rocławską
   oraz
   kier. szk. Edmund Górecki


    Nie jestem w stanie dokładnie przedstawić przebiegu mojej pracy w poszczególnych miesiącach i latach, gdyż nie prowadziłam osobistego dziennika (a szkoda!), bo teraz taki prowadzę już od wielu lat. Pozwolę sobie jednak przywołać z pamięci pewne znaczące i ciekawe wydarzenia, by przybliżyć obraz życia szkolnego w Mirotkach sprzed półwiecza, z lat 1956-1960.

Ukończyłam laickie Liceum Pedagogiczne w Tczewie, w którym wyraźnie definiowano zadania przyszłych pedagogów, a mianowicie: „kształcenie i wychowanie młodego pokolenia na świadomych obywateli Polski Ludowej”. Mój start w szkole zbiegł się z wydarzeniami tzw. „polskiego października”. Akurat 24 października 1956 r. stałam przejęta na Rynku w Starogardzie Gdańskim i słuchałam przemówienia W. Gomułki, kończącego się wezwaniem: „Dosyć wiecowania i manifestacji. Czas pójść do codziennej pracy”.

Wówczas w całej Polsce nastała tzw. „odwilż gomułkowska”. Do klas wróciły krzyże, lekcje rozpoczynaliśmy i kończyliśmy modlitwą.


Duch odnowy politycznej zaczął przejawiać się w różnych dziedzinach życia. Do szkoły powracało przedwojenne harcerstwo, wywodzące się z pięknych tradycji ruchu skautowego. Jeszcze w październiku 1956 r. uczestniczyłam w 3-dniowym kursie harcerskim dla drużynowych, organizowanym przez Komendę Hufca Starogard Gdański. Po powrocie założyłam 17 DH im. Marii Konopnickiej w Mirotkach. Powstały 2 zastępy harcerskie: „Sarenki” (dziewczęta) i „Chytre Lisy” (chłopcy). Zaprowadziliśmy kronikę harcerską, która przetrwała w szkole do dnia dzisiejszego.


I tak to się zaczęło. Odtąd pochłaniała nas wielka harcerska przygoda: harcerskie „czuwaj”, mundury, odznaki, piosenki, sprawności, wycieczki, podchody, biwaki, gawędy przy ognisku. Bawiąc się, harcerze odkrywali tajemnice przyrody, uczyli się pionierki obozowej, spotykali ciekawych ludzi, pomagali sobie i innym. Ulubioną piosenką zastępu „Sarenek” była oczywiście piosenka pt. „Sarenki”, nadająca się świetnie do marszu i tak bardzo wpisująca się w otaczający nas leśny krajobraz. Oto jej fragment:

„W zielonym lesie tam gdzie drozdów śpiew

I tam, gdzie miły wiatru wiew,
Gdzie sosny, dęby dają miły cień,
Spędziłam swej młodości życia sen.”

Do dziś „słyszę” tamten nasz wspólny śpiew i wydaje mi się, że znów jestem pośród moich harcerzy.

Oto jedna z harcerek ofiarowała mi swoje zdjęcie z dedykacją.              


Swą podobiznę druhnie
Eleonorze Rocławskiej
ofiaruje druhna
Jasia Jakubaszek
Miryce, 26.02.57 r.

                                Zastęp „Sarenek” z gośćmi
                                z elbląskiej drużyny harcerskiej
                                9.05.1959 r.

Moje wspomnienia jednak muszą biec równolegle i dotyczyć kilku wzajemnie splatających się dziedzin życia, a więc pracy dydaktycznej, działalności harcerskiej i codziennego bytowania.

    Na początku kierownik szkoły przydzielił mi wychowawstwo klasy pierwszej i czwartej oraz wychowanie fizyczne w klasach V-VII. Niektórzy moi uczniowie byli ode mnie zaledwie 3-4 lata młodsi. Pamiętam ucznia, który na lekcji wychowania fizycznego kopnął piłkę tak wysoko, aż (celnie!) poszybowała w kierunku szczytowego okna na II piętrze. Uczniowie szkoły w Mirotkach byli zawsze sprawni fizycznie i uzyskiwali dobre wyniki w zawodach sportowych. Dziś też zdobywają tytuły mistrzowskie w różnych konkurencjach.


    Pamiętam też moje lekcje w klasie pierwszej. Klasa była dość liczna (24 dzieci z rocznika 1949). Do nauki służył nam wówczas kolorowy „Elementarz” Falskiego. Pewnego dnia, kiedy na lekcji wprowadzałam kolejną literkę alfabetu, przybył na hospitację kier. Górecki. Usiadł               w ostatniej ławce i uważnie obserwował tok lekcji. Najpierw (zgodnie z konspektem) powtarzałam   i utrwalałam z dziećmi już  poznane literki. Za pomocą dużego alfabetu ruchomego dzieci układały i czytały wyrazy: kot, tok, tak, kto ... i inne. Nie wiadomo, kiedy padło słowo „kat”, które ułożono  z liter. Zamierzałam dzieciom wyjaśnić znaczenie tego słowa, lecz pan kierownik dał mi sygnał ręką, bym zanadto nie wgłębiała się w jego treść. Jakoś dyskretnie wybrnęłam z tej sytuacji i lekcja potoczyła się dalej.




Moja klasa I                    Dziewczynki z kl. IV na wycieczce
na boisku szkolnym                nad Jeziorem Czarnem
1956 r.                        czerwiec 1957 r.

Utkwiła mi w pamięci także lekcja przyrody w klasie IV. Temat lekcji prawdopodobnie brzmiał: „Jak zbudowana jest gleba ?”. Dzień wcześniej pojechałam rowerem do lasu dokonać próbnej odkrywki warstw gleby, by już na drugi dzień uczynić z uczniami to samo ... i zrealizować temat. Okazało się, że niespodziewanie w tym dniu przybył do szkoły na wizytację inspektor Edmund Falkowski. Wybrał się więc z nami na wycieczkę, a było to w maju 1957 r.
   
Szliśmy polną drogą do lasu, w kierunku Czarnego i na życzenie inspektora zatrzymaliśmy się na chwilę, by podziwiać roztaczający się piękny krajobraz - ukwiecone łąki i falujące łany zbóż. I wtedy wysoko, pod czystym błękitnym niebem zawisł skowronek i urzekał nas swoim ślicznym śpiewem. Dzieci w ciszy wsłuchiwały się w jego dźwięczny głos. One z łatwością rozpoznawały odgłosy ptaków, potrafiły także odróżnić gatunki drzew, zbóż, umiały nazwać polne i leśne kwiaty. Te dzieci z przyrodą obcowały bezpośrednio i na co dzień (niestety, ich rówieśnikom z miasta daleko było do takiej wiedzy).



    Jedną z ówczesnych form doskonalenia zawodowego nauczycieli były tzw. konferencje rejonowe, na których prowadzono lekcje pokazowe, wygłaszano referaty i przeprowadzano merytoryczne dyskusje. Taka konferencja w roku szk. 1957/58 odbyła się w szkole w Mirotkach. Mnie przypadło wówczas w udziale przeprowadzenie lekcji języka polskiego w klasie V na temat: „Zaprowadzenie dzienniczka osobistego” (na podst. przeżyć z wycieczki).

    No cóż, „ten temat” przewija się często i w moim życiu. Prowadzę dzienniki podróży, wycieczek, a także dziennik rodziny. Ciekawa jestem, czy moi uczniowie takie dzienniki też kiedyś prowadzili.


    Od spraw szkolnych przejdę do prozy życia codziennego młodych nauczycieli  w Mirotkach. Przecież trzeba było mieszkać, jeść i spotykać się z ludźmi. Początkowo z kol. Emilią mieszkałyśmy w szkole na II piętrze, tam gdzie dziś mieści się pracownia komputerowa, a za rok w dawnej starej szkole. Ja zajmowałam narożny pokój z oknami wychodzącymi na ulicę. W 1956 r. w Mirotkach nie było jeszcze elektryczności i do lekcji przygotowywałyśmy się przy lampie naftowej. Musiałyśmy więc, od czasu do czasu, wyprawiać się pociągiem do Smętowa ... po naftę.

Rzeczywiście, widok był dość zabawny, kiedy dwie młode nauczycielki, ubrane - jak na owe czasy - w miarę modnie (buty na szpilkach, nylonowe pończochy ze szwem, kapelusz na głowie), wracały ze Smętowa ... taszcząc szczelnie owinięte papierem bańki z naftą (!). Nie wiem, dlaczego  w Mirotkach wówczas nie było można kupić nafty. Do dziś wspominamy z koleżanką Emilką (mieszka w Szczecinie) tamte wyprawy i śmiejemy się serdecznie. Światło elektryczne zabłysło w szkole dopiero w maju 1958 r.


Nauczycielka
Emilia Fabian
Mirotki
1956-1958


                                                    Szkolny sad w Mirotkach
                            Rodzinne zdjęcie p. Góreckich
                                      1958 r.

Czasem nasi uczniowie dzielili się z nami darami lasu. Jeden z nich przyniósł nam  w kwietniu kobiałkę grzybów, zapewniając, że są jadalne, sprawdzone i bardzo smaczne. Były to piestrzenice kasztanowate. Gotowałyśmy je bardzo długo, kilkakrotnie zmieniając wodę, potem usmażyłyśmy i ze smakiem zjadłyśmy. Na drugi dzień nasz uczeń nie przyszedł do szkoły, gdyż wraz z rodziną zatruł się tymi samymi grzybami i przebywał na leczeniu w szpitalu. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Ja natomiast zaopatrzyłam się w „Atlas grzybów”.
   
Co tydzień wracałam do rodzinnego domu w odwiedziny i po prowiant. Obiadów sama nie gotowałam, a korzystałam z życzliwości p. Zofii Góreckiej, u której (wraz z Emilią) stołowałam się przez cały rok. Pani Górecka wspaniale gotowała i wypiekała różne ciasta. Chciałabym jej za to podziękować (niestety, już nie uczynię tego osobiście). W kolejnych latach (z Edytą) stołowałam się u p. Prill i p. Kośmider. Tym paniom także po latach jestem wdzięczna i składam podziękowania.


W sierpniu 1958 r. kol. Emilia Fabian wyszła za mąż i przeprowadziła się do Szczecina, gdzie mieszka do dziś. Nasza przyjaźń przetrwała lata i ciągle utrzymujemy ze sobą serdeczny kontakt.

W tymże roku przybyła do pracy w szkole nowa nauczycielka, koleżanka Edyta Kolaska. Między nami również nawiązała się serdeczna przyjaźń, której nigdy nie zatarł czas. Pani Edyta   m. in. prowadziła zajęcia plastyczne, sama posiadała w tym kierunku duże uzdolnienia. Kiedyś jej własna wydzieranka - kolorowy kogut - wzbudziła w nas szczery podziw.


Nauczycielka
Edyta Kolaska
1958-1960


                                    Chłopcy z kl. V
                                    z wychowawczynią
                                    Edytą Kolaską
            1958 r.



Dziewczynki z kl. V
z wychowawczynią
Edytą Kolaską
        1958 r.


Ponownie wrócę wspomnieniami do mojej drużyny harcerskiej. Ja sama też uczyłam się harcerstwa, najpierw na obozie letnim w Gołuniu, nad jeziorem Wdzydze w 1957 r. Tam przeszłam chrzest bojowy w zakresie pionierki obozowej. Sami rozkładaliśmy 12-osobowe namioty, budowaliśmy prycze, kopaliśmy latryny; sami też prowadziliśmy obozową kuchnię i pełniliśmy całonocne warty. Pamiętam apele, kończące obozowy dzień i śpiewany w kręgu hejnał wieczorny:

„Idzie noc, słońce już

Zeszło z gór, zeszło z pól, zeszło z mórz.
W cichym śnie spocznij już
Bóg jest tuż, Bóg jest tuż.”

Swoje przyrzeczenie harcerskie składałam w niezwykłej scenerii, nad jeziorem Gołuń, przy wieczornym ognisku, którego blask odbijał się w wodzie. Miałam wtedy 19 lat. Z tamtych czasów zachowałam zeszyt z tekstami 150 harcerskich pieśni i pląsów. Potem kilkakrotnie wyjeżdżałam na zimowiska i kursy, m. in. do Muszyny-Zdroju, Jagniątkowa k. Cieplic, Kamiennego Potoku           k. Gdyni. Zdobytą tam wiedzę, umiejętności i ciekawe materiały programowe wykorzystywałam    w pracy z moimi harcerzami. Oni także latem (dh.dh. E. Górecki, I. Buniek, E. Bieliński,   W. Gapska) uczestniczyli w kursach i obozach dla zastępowych w Skórczu i Jelitkowie k. Sopotu. Najciekawsze wydarzenia z życia naszej drużyny zostały odnotowane w prowadzonej kronice harcerskiej  (z lat 1956-1960), której fragmenty umieszczono na str. 271-285 monografii „Sto lat dziejów naszej szkoły”. Nie będę więc powielała tamtych zapisów.

Przedstawię jedynie niektóre, szczególnie zapamiętane zdarzenia. W 1957 r. zaczęliśmy urządzać własną izbę harcerską. Pan kierownik przydzielił nam pomieszczenie na II piętrze (dziś mieści się tam biblioteka). Poszły więc w ruch młotki i gwoździe. Harcerze bez niczyjej pomocy zbijali z nieheblowanych desek niskie proste ławki (a przecież do siedzenia można było wykorzystać pnie drzew !).

Potem zbudowano kominek i przyozdobiono ściany emblematami harcerskimi. 25 listopada tegoż roku (tak zapisano w kronice) harcerze w pełni umundurowani   z napięciem oczekiwali ważnego gościa. O godz. 16.30 do naszej drużyny przybył sam Komendant Chorągwi Gdańskiej - druh Grzesiak. Po harcerskim powitaniu i raporcie druh Komendant usiadł na chwiejącej się i skrzypiącej ławce i z zainteresowaniem przysłuchiwał się naszym zajęciom, po czym wygłosił krótką gawędę, zachęcał do dalszej pracy, a na koniec z uśmiechem „pocieszał” harcerzy, że w przyszłości na pewno posiądą taką wiedzę, że zbudowane przez nich ławki będą stabilne. Gościliśmy także Komendanta Hufca Starogard Gdański - druha Fr. Piechowskiego. Odwiedzający nas goście zawsze podkreślali zapał do pracy naszej gromadki harcerskiej oraz to, że byliśmy tacy radośni i rozśpiewani.


Zastęp „Sarenek” i „Chytrych Lisów” z harcerzami z Elbląga, maj 1959 r.

Oto harcerki i harcerze
17 DH im. M. Konopnickiej w Mirotkach
Sarenki                        Chytre Lisy
1. Bielińska Danuta                      1. Balcerzak Kazimierz
2. Błaszczyk Ewa                      2. Bieliński Edmund
3. Buniek Irena                      3. Eliasz Bronisław
4. Buniek Reanata                      4. Górecki Edmund
5. Buniek Zyta                      5. Jaśkowski Marian
6. Eliasz Bernadeta                      6. Jaśkowski Stanisław
7. Gapska Wanda                      7. Kłopocki Ryszard
8. Hejn Julita                          8. Kłopocki Wiesław
9. Jakubaszek Janina                      9. Knopf Edmund
10. Lipowska Stefania                10. Krzyżanowski Paweł
11. Radka Maria                    11. Laskowski Joachim
12. Radka Renata                    12. Prill Tadeusz
                            13. Szmergalski Jan

Na początku 1959 r. zastęp „Sarenek” postanowił zdobyć „Smaczną sprawność”. Zbliżał się Dzień Kobiet. Przez 3 dni poprzedzające tę uroczystość w moim mieszkaniu harcerki wypiekały różne ciasta, ciasteczka i przyrządzały inne smakołyki z produktów dostarczonych przez całą drużynę. Pani Z. Górecka - jak zawsze - służyła nam pomocą. To właśnie pod jej kierunkiem harcerki zdobywały wówczas umiejętności kulinarne (ja również). Do dziś posiadam sprawdzony przepis na dobre ciasto drożdżowe pomysłu p. Zofii - i dziękuję Jej za to.

Wcześniej wysłano ozdobne zaproszenia do Mam harcerzy. 8 marca - o godz. 16.00 w szkolnej sali czekały na gości świątecznie nakryte stoły a na nich poustawiane słodkości. Panował nastrój podniecenia. Zastępowi „Chytrych Lisów” przypadła rola gospodarzy przyjęcia, więc bawili rozmową i przygotowanym programem wszystkie kobiety - mamy i harcerki. Mamy chwaliły niespodziewaną uroczystość, jaką zgotowała im drużyna i żartowały, że harcerki mogą już konkurować z najlepszymi kucharkami wsi. „Smaczna sprawność” została harcerkom przyznana. Należy dodać, że na tym spotkaniu zawiązano Koło Przyjaciół Harcerzy. Opis tej imprezy został wysłany na konkurs „Akcja Roku 1958/59”, organizowany przez czasopismo „Drużyna”. Nasza drużyna w tym konkursie uzyskała    I miejsce i w nagrodę otrzymała rower.




Opis zdobywania przez harcerzy
17 DH im. Marii Konopnickiej
w Mirotkach
„Smacznej sprawności”
z programu „Białej Zimy”.


Trzeba podkreślić, że harcerzom w ich akcjach często pomagali mieszkańcy wsi. Wymienię tu przede wszystkim panów - Józefa Chmielewskiego i Bernarda Karwasza. W maju 1959 r. powstał zastęp „Strażaków”, których szkolił właśnie druh Bernard Karwasz. Nasi młodzi strażacy, przysposabiając się do walki z „Czerwonym Kurem”, wykonali makietę wzorowego gospodarstwa wiejskiego i przesłali ją na konkurs organizowany przez Wojewódzką Komendę Straży Pożarnej.  W nagrodę otrzymali składany kajak z żaglem marki „Pelikan”.

Mając taki sprzęt, harcerze mogli teraz zdobywać sprawność „Wodnej żyłki”. Okazja wkrótce się nadarzyła. Pod koniec sierpnia tegoż roku drużyna wyjechała na 3-dniowy biwak do Wdeckiego Młyna. Zaopatrzeni w sprzęt biwakowy, z plecakami pełnymi prowiantu najpierw pojechaliśmy pociągiem do Zelgoszczy. Stamtąd mój ojciec Jan Rocławski zawiózł nas i cały sprzęt wozem do Wdeckiego Młyna. Jazda była niezwykle wesoła, a mój ojciec śmiał się serdecznie, kiedy dowcipni harcerze przywiązali mu do wozu rzemień od bata, by nie popędzał koni. Harcerze nie mogli się już doczekać chwili, kiedy wypłyną nowym kajakiem na Jezioro Kochanka.


Na drugi dzień przyjechał druh Bernard. Wtedy harcerze pod jego opieką 2-osobowymi grupkami wypływali na jezioro. Pozostali na brzegu łowili ryby. Zabawa była przednia, jednak      (z perspektywy czasu dziś zdaję sobie z tego sprawę) niebezpieczna. Przecież my w większości nie umieliśmy pływać. Na szczęście kajak „spisał się dobrze”, druh Bernard - znakomicie, a my bezpiecznie dobijaliśmy do brzegu - widocznie KTOŚ nad nami czuwał. Mój ojciec także odwiedził naszą harcerską gromadkę, by opowiedzieć o pracy dawnych smolarzy i pokazać miejsca, gdzie     w głębokich dołach wyprażali oni z drewna smołę. Z biwaku tą samą drogą przez Zelgoszcz powracaliśmy do Mirotek.


       

Harcerze na biwaku
we Wdeckim Młynie
sierpień 1959 r.

Jeszcze wcześniej, bo na początku 1959 roku, uczniowie przygotowali przedstawienie dla dzieci i społeczności Mirotek. Była to sztuka w 3 aktach Marii Kann pt. „Baśń o zaklętym kaczorze”. Harcerze pod kierunkiem nauczycielki plastyki p. Edyty Kolaski wykonali dekoracje,   a p. Górecki uczył młodych aktorów piosenek. Wreszcie 7 lutego nowo otwarta świetlica zapełniła się mieszkańcami wsi, głownie rodzicami dzieci, którzy z dumą obserwowali swoje pociechy na scenie. Czy tamci „aktorzy”, dziś już poważni wiekiem 60-latkowie, pamiętają jeszcze to przedstawienie, a może przypominają sobie graną wówczas rolę?

Nie sposób pominąć przedstawienia wyreżyserowanego w tymże roku przez kier. szkoły    p. Góreckiego, tj. komedii A. Fredry pt. „Gwałtu, rety, co się dzieje.” Pan Górecki ściśle współpracował z młodzieżą wiejską, swoimi wychowankami. To właśnie oni wystawili tę sztukę. Dobrze pamiętam, jak poszczególne kwestie wypowiadane na scenie przez młodych aktorów wywoływały salwy śmiechu - po prostu ta młodzież wczuwała się w swoje role i świetnie grała.     O tym wydarzeniu nie wspomina kronika szkolna, a szkoda! Takie przedstawienia cieszyły się wówczas dużym zainteresowaniem całej wsi, bo przecież telewizji wówczas jeszcze nie było.

Równie ważną dziedziną harcerskich działań była praca dla dobra szkoły i drużyny, wszak 7. punkt „Prawa harcerskiego” głosił: „Harcerz jest pożyteczny i gospodarny, dba o dobro społeczne”. Aby zdobyć środki finansowe na potrzeby drużyny, wykopywaliśmy chrzan, czyściliśmy go i odstawialiśmy do punktu skupu w Skórczu. Zbieraliśmy również i sprzedawaliśmy złom, także ten pozostawiony w lesie z czasów wojny. Chociaż okoliczne tereny były rozminowane, jednak pewne niebezpieczeństwo zawsze czyhało. Założyliśmy też plantację topól i prowadziliśmy ją przez 2 lata, po czym wyrośnięte sadzonki sprzedaliśmy, uzyskując pokaźną sumę pieniędzy - 1718 zł, które przeznaczyliśmy na zakup odbiornika radiowego „Etiuda” dla szkoły.


Pod koniec roku szkolnego wyjeżdżaliśmy z dziatwą pociągiem na wycieczkę do Trójmiasta - w 1957 r. z p. Emilią Fabian, a w 1959 r. z p. Edytą Kolaską. Grupy wycieczkowe liczyły zazwyczaj ok. 20 uczniów z klas starszych. Oto zdjęcia.



Wycieczka do Gdańska i Gdyni.            Wycieczka uczniów z klas IV-V
Na pokładzie statku „Zofia”                z wychowawczyniami
uczniowie z klas V-VI                E. Kolaską i E. Rocławską
z wychowawczyniami                do Trójmiasta
E. Paszek i E. Rocławską                rok 1959
rok 1958

Kończąc wspomnienia, pragnęłabym serdecznie pozdrowić byłych Uczniów Szkoły Podstawowej w Mirotkach, których miałam szczęście spotkać w czasie swojej pierwszej nauczycielskiej pracy w latach 1956-1960. Nie będę wymieniać ich nazwisk, bo widnieją one         w wykazach absolwentów umieszczonych w monografii „Sto lat dziejów naszej szkoły”. W mojej pamięci jawicie się jako wspaniali Uczniowie, Harcerze i Wychowankowie. Gdzie jesteście teraz, co robicie, jak ułożyło się Wam życie ? Wspominam Was z ogromnym sentymentem.

Z Mirotek odeszłam pod koniec sierpnia 1960 roku. Przeprowadziłam się do szkoły            w Żołędowie k. Bydgoszczy, a potem do Bydgoszczy. Pragnęłam dalej nie tylko pracować, ale jeszcze się kształcić. Swoje zamierzenia w pełni zrealizowałam. Pracując, ukończyłam studia na UMK w Toruniu, na wydziale filologii polskiej. W zawodzie nauczycielskim przepracowałam      35 lat.

Tak więc moje wspomnienia dobiegły końca. Niech ich dopełnieniem będą słowa nostalgicznej
piosenki z repertuaru M. Rodowicz:

    „Ale to już było,
znikło gdzieś za nami,
choć w papierach lat przybyło,
to naprawdę wciąż jesteśmy tacy sami.”

Eleonora
Rocławska-Kacprowicz
Bydgoszcz, listopad 2008 r.






POSTSCRIPTUM
Spotkanie po latach









Dyrektor SP w Mirotkach
Grażyna Kościelna
oraz Eleonora Rocławska-Kacprowicz
w bibliotece szkoły

27.10.2008 r.


 
wstecz   dalej »
REKLAMA



 
Top! Design by Mamboteam.com! Top!