www.mamboteam.com
 
STRONA GŁÓWNA
wtorek, 22 październik 2019
 
 
Legendy Wolentala - z opowieści Juliana Franciszka Dubieli Drukuj E-mail
niedziela, 30 maj 2010
Wyciągamy tę rozmowę z archiwaliów, gdyż młode reporterki z PG Pączewo ostatnio spisały zupełnie nieznaną legendę Horstmannie.

WOLENTAL. W gminie Skórcz i Smętowo widać - niczym wielkie zielone wyspy otoczone polami - wielkie skupiska starych, na ogół liściastych drzew. Znak to, że stoi tam pałac czy pałacyk. Albo stał. Czasami trudno takie wyspy "odczytać", bo otaczają je popegeerowskie zabudowania. Tak jest na przykład w Wolentalu.




Był sobie pałac

W Wolentalu o istnieniu pałacu wiedzą nieliczni, a co dopiero mówić, by ktoś wiedział, jak wyglądał. Idziemy do najstarszego mieszkańca wsi Juliana Franciszka Dubieli. Może on coś opowie.
- Urodziłem się w 1910 roku w Niemczech, w miejscowości Rytgarten - mówi starszy pan. - Mam na imię Julian Franciszek Dubiela. Ale Julian "odepnęli" i wołali na mnie Franciszek. Więc się sam podpisywałem też Franciszek, a nie Julian.
- Urodził się pan w Niemczech. W rodzinie niemieckiej?
- Ale tam! Mama, Waleria z domu Kalinowska, pochodzi z Osowa Leśnego. Urodziła się w 1878 roku. Ojciec, Julain Dubiela, pochodzi z Wielkiego Bukowca. Urodził się w 1872 roku. W Osowie wszyscy mieszkali - dziadek, matki ojciec, cała rodzina. W Lubichowie leżą - matka, babcia, ojciec, siostra. Inna sprawa, że Niemcy w Osowie byli w przewadze - mieszkało ich ze 30 rodzin... Rodzice jeździli do Niemiec do pracy. Robiła się wiosna - wyjeżdżali, w listopadzie, na zimę wracali do Osowa. Tak mnie powiadali.
- No tak, powiadali, bo pan przecież się podczas tej ich sezonowej pracy urodził. I tak co roku jeździli?
- Jaż ojca wzięli do niemieckiego wojska. W 1914 roku, kiedy wybuchła pierwsza wojna. Wrócił po pięciu latach...
- Takie losy. A pan jak się znalazł w Wolentalu?
- 21 stycznia 1941 roku miałem tutaj ślub z Anną Grzoną, córką Anny z domu Makiła, z męża Grzona. Żona pochodziła z Wdy. Poznałem ja w Wolentalu.
Przysłuchująca się rozmowie wnuczka Mariola Smardzewska ma wątpliwości. Uważa, że dziadek poznał babcię na Żuławach.
Może to mniej ważne - nas interesuje, czy pan Julian pamięta pałac. Pamięta.
- Był piękny, z oranżerią, w której rosła roślinność alpejska. Należał do Horstmanna, pochowanego na cmentarzu w Mirotkach.
Z dalszego opowiadania wynika, że obiekt stał jeszcze po wojnie. Ale przez cały czas była jedna wielka grabież. Szkoda, byli nawet kupcy.
Pani Mariola dodaje, że pałac był także na Ryzowiu, tuż za Skórczem. A po chwili opowiada o wypadku - jak to starszy pan, właściciel pałacu, jechał z kochanką Margot z Gdańska powozem. Przed Starogardem zachciało jej się poprowadzić. Przesiedli się. Z naprzeciwka jechała furmanka. Doszło do wypadku. Zginęli oboje.
Trudno jakoś w świecie opanowanym przez konie mechaniczne wyobrazić sobie wypadek, w którym zderzyły się dwa powozy konne.
- Kiedy przychodziłam do babci, to mi o tym opowiadała - mówi pani Mariola. - I o tym, że był farmazonem. Potrafił pojechać do Berlina, a
jednocześnie widziano go i na polu, i w gumnie, wszędzie pilnował swego. Tak ponoć jego niespokojny duch błądził.
Zburzone pałace, ich historie, stare legendy - wszystko to przestaje istnieć w naszej zbiorowej pamięci.
Dorota Skolimowska
Fot. Tadeusz Majewski




 
wstecz   dalej »
REKLAMA



 
Top! Design by Mamboteam.com! Top!