www.mamboteam.com
 
sobota, 19 styczeń 2019
 
 
Wielki Bukowiec. Uliczkami, śladem wielkiego pożaru Drukuj E-mail
sobota, 21 wrzesień 2013

Sołtysem Wielkiego Bukowca jest Jadwiga Raszeja. Sprawuje tę funkcję już ponad dwie kadencje. Zajeżdżam, jak dwa razy w ciągu pięciu lat, na obszerne podwórze. Po chwili siedzimy w obszernej kuchni i rozmawiamy.


Szkic do reportażu.
(22.06.2011)
















Nie ma ulic, ale je liczymy

- Wieś liczy ponad 600 mieszkańców – mówi pani sołtys. - Istnieje Ochotnicza Straż Pożarna, Koło Gospodyń Wiejskich, szkoła podstawowa… Koło Gospodyń sama założyłam i się wypisałem. Dlaczego, lepiej nie mówić… Historii wsi nikt tu nie rejestruje. Książkę o Wielkim Bukowcu napisał Stefan Raszeja. Ma tytuł „Czapka na gwoździu”. Chyba nie została w ogóle wydana. Pisał i nie zdążył dokończyć. Zmarł. Mieszkał we Wrocławiu, a potem się przeniósł.

- Ile ulic jest w Wielkim Bukowcu?

- Ulic nie ma. Właściwie to jest jedna – główna.

- Oj, zdaje się, że jest więcej! Wielki Bukowiec ma ciekawy układ urbanistyczny. Tu się od ulic aż roi.

- Czy ma ciekawy układ urbanistyczny, tego nie wiem, ale ulica jest jedna, i bez nazwy.

- Więc policzmy. Ta jedna to pewnie asfaltówka przechodząca przez wieś od drogi wojewódzkiej Skórcz – Lubichowo na Czarnylas i Pączewo. Ale przecież jest też ten kawałek drogi wojewódzkiej – to też ulica… No i ulice w Nowym Bukowcu.

- Nowy Bukowiec to nie Wielki Bukowiec. To oddzielna wioska, choć część niej, tak zwana Korytyba, należy do Wielkiego. Mówią Korytyba i Pionki, czyli ta część skupiona. Pionki to jest ten Nowy Bukowiec.

- Dwie wsie w jednym sołectwie?

- Tak. Tak może być.

- Wracając do ulic w Bukowcu… Gdy jedzie się ulicą na Czarnylas, to przy figurze ona się nie tyle rozdwaja, a – powiedzmy - roztraja. Przecież z tamtego miejsca idzie kilka dróg.

- To prawda. Z tamtego miejsca idą drogi w kilku kierunkach. Asfaltowa do Nowego Bukowca (idąca potem do niej równolegle i domy przy niej stojące należą do Wielkiego Bukowca).

- Czyli mamy już, po ulicy głównej i fragmencie szosy wojewódzkiej, ulice numer trzy i cztery. Ale od tej figury idą jeszcze inne drogi.

- Jeszcze idą na Pączewo i na Wolental.

- Czyli już mamy pięć i sześć. Główna idąca przez wieś, trzy od figury i równoległa do asfaltowej na Nowy Bukowiec. I ten kawałek drogi wojewódzkiej ze Skórcza na Lubichowo - Kościerzynę .

- Przy tej wojewódzkiej stoi tylko kilka domów.

- Niemniej są. A ta droga, przy której stoi pani dom? To przecież też ulica.

- To droga wiodąca od tej głównej ulicy, przy której stoi najwięcej domów, do szkoły i od szkoły do szosy wojewódzkiej.

- Czyli ulica numer siedem.

Pani Jadwiga powoli wciąga się w tę wyliczankę.

- Droga do szkoły jeszcze się rozdwaja. Koło remizy idzie kawałek, ale jest ślepa.

- Nie szkodzi, że ślepa. Liczymy – numer osiem.

Po chwili dodajemy jeszcze ze dwie. Trudno bez planu wsi dokładnie policzyć. Układ dróg jest tu fascynujący przez swoją zawiłość.


Zostało pięć zrębówek

- A ile jest tutaj starych, drewnianych domów?

- Zrębówek, czyli starych drewnianych budynków zrębowych jest pięć. Stosunkowo niedawno było więcej, ale się zawaliły. Nikt się nimi nie interesował. W jednym, można powiedzieć - pokazowym, mieszkała sama kobitka i się wyprowadziła. Jeżeli ktoś tutaj buduje nowy budynek, to mu pomagają, interesują się, jak to ma wyglądać, a kogo obchodzą takie stare obiekty, których utrzymanie jest trudne i dużo kosztuje?

- Kilka kroków od pani domu są chyba resztki drewnianej karczmy na ceglanej podmurówce...

- To nie była karczma, a warsztat. W Wielkim Bukowcu były dwie karczmy, ale gdzie indziej. Była też szkoła (nie licząc tej, która jest obecnie) oraz młyn.

- Wiatrak?

- Tak, wiatrak. Stał koło nieruchomości świętej pamięci Teresy Deptulskiej. Tam jest najwyższy punkt.

- Czy wie pani, że te już tylko pięć zrębowych domów to jeszcze wielka wartość wsi?

- Wiem. I one są znane na zewnątrz. Gdy pojechaliśmy na przykład do Stężycy, do panów co robią piece, to oni wiedzieli, że tutaj się znajduje pięć domów drewnianych. Czyli wiedzą nawet Kaszubi. Ale tutaj nikt się nimi specjalnie nie interesuje.

- Wieś wyglądała też uroczo dzięki temu, że przy ulicy, jak ją pani określiła, głównej, stały piękne lipy.

- Wszędzie je powycinali, ale czemu…?

- Nie wie pani? Podobno rozwalała piwnice korzeniami… No i był stary bruk. Został pokryty asfaltem. Dzisiaj niektórzy dochodzą do wniosku, że bruk ma wartość zabytkową.

- Nie został przykryty porządnie asfaltem. Ledwie został położony cienki dywanik. Kawałek bruku pozostał koło sklepu. Miedzy kamieniami siedzą pszczoły.

- Że co?! Pszczoły miedzy kamieniami?!

- Jakiś taki gatunek, co w ziemi siedzi. Pszczołopodobne.

- Siedzimy w tej obszernej, myślałem że stosunkowo nowej kuchni, a teraz dopiero spostrzegłem te belki nad nami. Wyglądają, choć to stara się ukryć farba, na z grubsza ociosane. Też chyba stare.

- To stara część domu.

- Czy na tych belkach leżą dechy tworzące sufit?

- Nie, są jakieś żerdzie, a przerwy między nimi wypełniono pakułami i jakąś zaprawą.

- Hmm… Czyli to musiał być też stary dom… Czy mogę zostawić samochód na podwórzu i przejść się po wsi porobić zdjęcia?



Dziewczyna – pani przyszła inspektor nadzoru?

Pani sołtys oczywiście się zgadza. Zostawiam więc auto przez roztargnienie z niezamkniętym oknem i ruszam drogą w kierunku szkoły. Robię zdjęcia tej malowniczej, choć pełnej kontrastujących obiektów uliczce. Zaczyna padać deszcz. Wchodzę na wąskie podwórze, na którym stoi starannie utrzymany drewniany zrębowy dom. Nikogo wydaje się nie ma, więc robie zdjęcia i idę w głąb podwórza, gdzie stoi budynek nowszy, wyraźnie zamieszkały. Drzwi otwiera dziewczyna. Po wyjaśnieniu, że robię fotoreportaż o architekturze Wielkiego Bukowca zaprasza do środka i proponuje kawę. Deszcz na dworze już pada serio, więc dlaczego nie.

- Chodziłam tu do szkoły podstawowej, potem do gimnazjum w Paczewie… - mówi dziewczyna, do której zwracam się per pani.

- A teraz? – za chwilę będę wiedział, czy pani, czy dziewczyna.

- Teraz uczę się zawodówce w Starogardzie. W technikum budowlanym.

- To zaskakujące. Pani w technikum budowlanym? A co pani tam robi?

- Wiem, że to zaskakujące. Jestem jedyną dziewczyną w klasie. Interesuję się architekturą. Po ukończeniu technikum chcę iść na studia, na architekturę. A potem chce być inspektorem nadzoru.

- Ależ trafiłem!

Deszcze przestał padać, więc wychodzę. O strony drewnianego domu żwawym krokiem idzie barczysty mężczyzna.

- To mój tata – wyjaśnia pani dziewczyna.

Po chwili zwiedzamy z Bogusławem Sójką pokoje zrębowca. Są w bardzo dobrym stanie. Ściany i sufity odmalowane, tu i tam stoją lub wiszą różne starocie. Robię fotki kapliczkom narożnym i oleodrukom.

- Korniki w tym drewnie jeszcze pracują. Słychać je.

Nie bardzo chce mi się w to wierzyć. Kiedyś w Kasparusie mówili mi, że w takich domach korników już dawno nie ma, bo zeżarły co trzeba, a zostawiły tylko biel.

- Co do wieku tego domu, da się ustalić – mówi pan Bogusław. – W tamtym domu mam starą niemiecką mapę z podziałem gruntu. Pokaże panu też inne starocie, jakie zebrałem.

I z powrotem wracamy do domu, gdzie przed trzydziestoma minutami piłem kawę. Nagle powietrze rozdziera ryk alarmu z remizy OSP. Pan Bogusław czujnie się wyprostowuje i po kilku sekundach już prędko idzie w stronę remisy. Musi być strażakiem. Dziewczyna na kartce zapisuje imię i nazwisko taty, zapominając o sobie. Ale i tak ją znajdę w technikum w przyszłym roku szkolnym. Wychodzę. Widzę, jak drogą do remizy zdążają strażacy – motorynkami, golfami, czym się da.

Wędruję tą niby ślepą uliczką. Robię zdjęcia wybebeszonym od tyłu podwórcom. Są w swym bałaganie, niezwykle rozmaitej kompozycji przedmiotów i brył bardzo malownicze. I rzeczywiście – uliczka się kończy. Znalazłem się na obszernym dziedzińcu gospodarstwa – o czym się dowiem nieco później - Stefanii i Andrzeja Czubków. Co mówią cegły domostwa i chlewa, poczerniałe od spalonego oleju drewno stodoły, stare lipy i klon o czasie powstania tego bogatego niegdyś obejścia – nic. Na schodach siedzi ni to pies, ni lis. Ma kaprawe oczy, więc daję sobie spokój. Idę dalej. Znowu dom z czerwonej cegły, ornamentowane, drewniane stare drzwi. Wychodzi mężczyzna – nie wie, z jakiego to czasu, ale – mówi – kawałek dalej jest stary drewniany dom zrębowy. Faktycznie, jest blisko. Zachodzę, jest zamieszkały, pukam.

U Suwlaskich robimy z Jackiem pomiar wysokości

Po chwili jesteśmy w środku – Suwalska Małgorzata i jej dzieci, Natalia i Jacek, i ja. Jacek przynosi miarę, Natalia trzyma jej początek przy podłodze, Jacek mierzy wysokość i mówi:

- Metr i 68 centymetrów.

Tak nisko ciągną się przez szerokość pomieszczeń potężne belki.

Pani Małgosia i jej syn są wyżsi niż wiszą te belki. Nie uderzyli się jeszcze w głowę. Przyzwyczaili się schylać.

Na zewnątrz robię zdjęcia ścian – domu i równie starego chlewu. Jakaż niezwykła rozmaitość tworzącego ściany drewna!


Jan Czubek miał 4 lata, gdy wybuchł pożar

Psa - lisa na schodach Czubków nie ma, więc się ośmielam zapukać. Otwiera pani Stefania, która mnie rozpoznaje – kiedyś tu byłem. Odrywa od pracy w ogródku pana Andrzeja. Po chwili rozmawiamy przy stole. Wyjaśniam, że szukam dat i że jest rozbieżność co do wielkiego pożaru, który rzekomo gruntownie zniszczył Wielki Bukowiec. Ku mojemu zaskoczeniu, pan Andrzej stwierdza, że to się da ustalić – w którym roku był pożar i kiedy zostały wybudowane te czerwone domostwa.

Pani Stefania wyjmuje dokument. Z gapą. Ze zdjęcia przygląda się nam dziadek pana Andrzeja Jan.

- Niech pan popatrzy na datę urodzenia…

Patrzę. 1867 rok.

- No i?

- Dziadek opowiadał, że doskonale pamięta pożar. Miał wtedy na pewno cztery lata. Pożar wybuchł, gdy w Lubichowie był odpust. Ogień szedł w tę stronę, mówili, że jakby kroczył za jakąś kobietą, która pomyliła kierunek drogi. Dzieci wyprowadzono na łąkę w kierunku na Czarnylas, ale brat dziadka – też dzieciaczek schował się w tym domu, a raczej w domu, który przed nim stał, pod łóżko i ogień go spalił.

- Wynika z tego, że pożar wybuchł w 1871 roku. Daty się zgadzają. A dom?

- Gdy kładliśmy eternit i zdejmowaliśmy dachówkę, na jednej z nich był napis: Pinker 1872 Skórcz. Czyli mniej być może w tym roku lub rok później dom był wybudowany.

No tak, bo ile czasu mogła leżeć na składzie dachówka? Rok, nie dłużej. Słuszne założenie.

Ciąg dalszy nastąpi

Wędruję jeszcze tak dalej – kolejnymi uliczkami, pstrykam fotki. Ciąg dalszy jeszcze nastąpi, bo ten spacer to taka wędrówka po drogach Wielkiego Bukowca, które za każdym razem, gdy się jedną już przejdzie, na zakończeniu otwiera dwie następne. Ciąg dalszy więc musi nastąpić, ale na razie robi się już późno. Wkraczam na podwórze pani sołtys. Otwieram drzwi auta i prawie krzyczę kompletnie zaskoczony. W samochodzie jest aż czarno od much. Jadąc do Pączawa otwieram wszystkie okna, by wyrzucił je na zewnątrz przewiew. Nie zauważyłem u pani Jadwigi za siatką kur. A gdzie kury, te hodowane w sposób naturalny, zawsze jest pełno much. Ale dlaczego wleciały do samochodu? Przechodzi mnie dreszcz. Zupełnie jakby to było ostrzeżenie: nie szukaj odpowiedzi na pytania o ten dziwny pożar, który szedł podobno jakby świadomie za jakąś kobietą, bo chciał ją ukarać za to, że zgubiła drogę.

Tadeusz Majewski

 
wstecz   dalej »
REKLAMA



 
Top! Design by Mamboteam.com! Top!