www.mamboteam.com
 
poniedziałek, 14 październik 2019
 
 
WŁADYSŁAW POPIELARCZYK. O Wielkim Bukowcu piękną prozą poetycką - cz. 1 Drukuj E-mail
piątek, 06 styczeń 2017

ROZDZIAŁ IV książki Bernarda Damaszka pt. Wielki artysta z małego Kociewia

(książka jest dostępna w Muzeum Ziemi Kociewskiej w Starogardzie, w Autorskiej Galerii Sztuki 24 w Starogardzie - ul. Kopernika 24b i z sklepie Radex w Zblewie)

Wspomnienia rodzinne


Siostrze mojej Zosieńce poświęcam


Czasy, którymi nasycał się mój organizm w wypukłość, minęły czy nie…?

Łąka kocących rumianków wisi nad powiekami, płacz uciska przestrzeń. Stodoła moich marzeń budzi się na twardym klepisku opukiwania zboża. Złociste płoty jak żyły promieniste – prosto w nasze oczy…

Pamiętasz, Zosiu – krzak kapusty, liściasty parasol dla twej delikatnej rączki dotyk. Pełen strzał naszych uczuć nigdy nie opadnie poniżej naszego białka. Pamiętasz wozy drabiniaste pełne zboża, naręcza traw dla kóz, pobekiwanie niemowląt zwierzęcych w chlewie. Ciepły wywar obornika na podwórku albo zapach zoranej ziemi. Ulatniające się tętno z niej jakby placka zapach opadający w głód.

Pamiętasz, Zosiu, nasze wariacje z kłosami, zbierane jak złoto w oblanym słońcu. Twoje policzki były dojrzałym owocem. Na kolanach twoich biednych cierń sterczała. Uginałaś się jak stokrotka po każdy kęs chleba, niosąc ciepło w sobie. Ogrzewałem swoje zwietrzałe dłonie o ciebie.

Pamiętasz rowy pełne śniegu na wiosnę, w kłującym słońcu, spod którego wyrastały pierwsze zapasy traw. Śnieg był tak pulchny jak twoje serce i iskrzący jak ono w tobie diamentami. Pamiętasz nasze sceny rodzinne. Śpiew muchy nad lampą naftową. Smród machorki skręconego przez ojca papierosa, a spodnie wytarte taty, welwetowe. Kiedy szedłem za jego plecami w pole, to ocierały nogawkami o siebie, a ja myślałem, że ze mną granie idzie. Wydawały dźwięk niższych tonów harfy. Zawsze podziwiałem JEGO chód, siłę, wytrwałość i czułość. Podziwiałem stada ptaków w naszej łące, kiedy trawa padała pokosem w martwe rzędy. Zawsze wtedy kroiło mi się serce, żal ściskał gardło. Ptaszki oblatywały nas jak śmierć z kosą chcąc ratować swoje gniazda od rozgniecenia. Te okropne czynności niszczenia życia wlazły mi we wzrok na zawsze.

Pamiętasz nasze gościny, jeździłaś na rowerze z tyłu na bagażniku jak zawiniątko. Ja zostawałem pilnować domu, jak wierny pies warowałem dobytku w sieni i na podwórzu. Gdy się noc zbliżała, a wy nie przybywaliście, wychodziłem na drogę czekając powrotu – miałem pełne jezioro łez z tęsknoty.

Były to dni chude dla naszej gospodarki półhektarowej. Susza wypaliła zboże. Dlatego zbieraliśmy kłosy u obszarnika. Mam ten obraz żywych pamiątek w sobie, wyświetlam filmy w chwilach załamania, osamotnienia. Kiedy sam na sam stawiam czoła niepotrzebnej czerni nocy. Nie poddaję się strachom, które podchodzą pod skórę jak pijawki.

Ty, Zosiu, byłaś zawsze fundamentem mojej budowy. Zawsze ocierałaś łzy moich naiwnych marzeń, wietrząc je z kurzu. Dawałaś swoje ciepło jak piec kaflowy, falowało w mojej krwi radością. Ty byłaś moim krwiobiegiem od zarania walk o byt, o naukę, o utrzymanie dziąseł w paszczy, bym stał się człowiekiem. Zawsze zazdrościłem mieszczuchom ich wygód, górnolotności umysłu. Mój umysł był głęboko zaorany w skibie ciężkiej polskiej ziemi, która kochałem i kocham nade wszystko…

Mijały lata. Twoje skromne biodra nabrały cech kobiecych. Ty, niosąca w sobie źródło polskiego śpiewu ludu, nucąc melodie na co dzień godne ptaka i czuło rozwartych ramion nad swoim gniazdem, istniejesz w starciu z czasem ciągle w moich zmysłach tym podgrodziem trudu dla mojej romantyki wiejskiej, bez której stałbym się tylko opakowaniem człowieka. Wieś polska – wieś baśń z tysiąca nocy brzęczy mi w uchu jak złota podkowa z zaczarowanej dorożki.

Pamiętasz – leżałem chory z zimna, matka pojechała odbierać poród. Nagły napad gorączki odebrał mi zmysły. Wybiegłem na podwórko, krzycząc: ,,Zooooosiu!”, a ty złapałaś moją upadłą głowę czułością matki, ratując od zniszczenia, osadzając mnie jak złamany kwiat w wazon swej czułości. Zawsze wytrawna mądrość kierowała twoim ruchem. Kiedy ja, porywany wstrząsami przyrody leżałem na wznak w zbożu, widząc nad sobą niezmierzoną dal. Chmury jak zimne latawce osiadały na moją twarz łechocząc. Trawki kołysały się wokół mnie – królewicza przyrody, nie zdmuchując pyłku zaradczego ze mnie. Tak mogłem godzinami oblekać się niebem i płynąć na inne planety do spokoju bytu.

Kiedy żyła babka w Bukowcu, zbierała komosę dla świń, kołysząc moją kołyskę śpiewała: ,,a-a-a-a-aha-ha”. Jej dźwięk jak dzwon utkwił w moje skronie.

Kiedy w niedzielę musiałem paść kozy, które zjadły moje nerwy, budowałem zamki pod darnią, słuchając w pogodny czas rozhuśtania się dźwięków dzwonów kościelnych, które zawsze zapadały głęboko w mój słuch jak bomby. Ludzie biegli do Czarnegolasu do kościoła jak żywy wąż rozciągnięty w kolanach drogi. Podziwiałem jezioro pełne spokoju i blasku niekończącego się lustra.

Pamiętasz, kiedy wracaliśmy z nauki, kruki krążyły nad czarnoleskim lasem, budując gniazda. Wchodziliśmy na drzewo, by łapać młode ptaki. Podarłem sobie spodnie świecąc gołym tyłkiem na patrzących z dołu. Należałem zawsze do tych niezaspokojonych urwisów czasu, którzy chcą wejść w opatrzność chwili. Potem ojciec wyciągał długi skórzany pas i okładał moje chude żebra razami bolesnymi. Krzyczałem: ,,Jezus Maryja”, wtedy matka wołała: ,,No już dosyć” i zabierała ojcu pas z ręki. Ja sam, ubity na siność, śledź katolicki leżałem, jęcząc. Zawsze symulowałem wielki ból, wtedy szybciej litość dojrzewała u rodziców. Czasy były srogie, dyscyplina rodzinna bardzo surowa. Rozkaz trzeba było wypełnić. Dlatego pragnąłem na gwałt być dojrzałym i zazdrościłem starszym wyrostkom. Ojciec narąbał drewna – musiałem ponosić do szopy na moich szczupłym ramieniu i wyzbierać każdy odprysk wióra. Ty Zosiu zawsze mi współczułaś, dawałaś z siebie maść łagodną na wrzody mojej młodości.

Jakie to dziwne. Leżę w łóżku po 49 latach dojrzewania i namaszczam się tymi chwilami jak balsamem, nie wypuszczając z siebie zardzewiałych filarów dzieciństwa – oskrobuję je tylko z ziarna zatrutego czasem, by ożyły, by puls, który ziemia odebrała wówczas – odbił się wulkanicznym echem w nas.

Oczekuję cudu w swoich rzekach krwistych, gdzie ty Zosiu umyjesz swoje sfatygowane, pełne bolących żył nogi, w które wstąpi nowa siła tańca – jak tańczyłaś na deskach remizy strażackiej w Bukowcu, a nasza mamusia była reżyserem przedstawienia wiejskiego. Zbych Czubków był aniołem – ja diabłem, ty Matką Boską ze swoją lalką Dzieciątkiem Jezus. Cała sala świdrowała nas, oczekując wydarzenia na skalę „światową”. Tymczasem kur przeszył salę i wybuchł pożar.

Pamiętasz nasze schadzki przy ciepłym kaflowym piecu. Zimą każdy okładał ten piec swoim ciałem jakby mu zimno było, a lampa knotowa zakopciła się, że ledwie widziałem was w ciemnym kącie. Wtedy powietrze przeszyło chórowe odezwanie waszych młodych warg – razem z Lusią Raszejową. Matka moja nadawała wam rozpędu. Ona zawsze była promotorem piękna, sztuki i życia w naszym skromnym pokoiku. Takie chwile jak złociste ptaki długo trwały w moich oczodołach. Niekończące się biesiady piękna przewijały się w mojej wyobraźni. Kiedy Suwalski przychodził z brudnym szalem, śpiewając „huka-puka”, przy naszym piecu robiło się bardzo gorąco, a Byczyńskich Stach był już duży, do firany sięgał – tak zazdrościłem mu jego wzrostu. U nas zaczynało tętnić humorem aż do zasypiania przy gasnącej lampie, musiałem zawsze spać w młodości z tobą, kopiąc się i pamiętam, że się kiedyś posiusiałem, mocząc siennik na wylot z lenistwa. Śniło mi się, że byłem w wychodku i dawaj lać… Wtedy matka budziła mnie w nocy – hej, wstawaj „szczać”. Leżałem od ściany. Ten kąt był najwilgotniejszy. Dom był z białej cegły i „pacy”, która trzyma wilgoć, dlatego może kości były nigdy niedogrzane i niedopieszczone.

Zawsze obrywałem tłuszcz z siebie, batami unosząc czar przyrody ponad wszystko. Byłem w roli Chrystusa, biczując się zagadkami skończoności i nieskończoności. Godzinami obserwowałem jaskółki, jak unoszą w swych skromnych dziobkach błoto i lokują pod moim oknem, aby potem z tego gniazda wypadło niemowlę „pisklę”. Obserwowałem gwiazdy jak astrolog, nie mogąc się nasycić wizerunkiem przestrzeni, ona zawsze zrywa mi sen z oczu. Chodziłem jak pijany zaglądając przestrzeni w gardło, czy nie ma tam śladów moich przodków, lecz nikt z umarłych trupów nie dawał śladów życia, tylko straszliwe legendy strachu krążyły w ustach wieśniaków, że Lorbieckiego ojciec jeździł o 12 w nocy karocą w 12 koni i na koniach siedzą burżuje z cygarami w ustach, że w nocy na cmentarzu chodzą kochankowie, że matce krowa zaszła drogę i później rozpłynęła się we mgle. Moje uszy były pełne niepokoju, najeżone strachem odśrodkowym jak bagnetami wojska. Czułem kłucie pod żebrami na widok nocy.

Pamiętasz, Zosiu, opowiadania ojca o strachach, aż ciarki ociekały z rąk. Ty też miałaś lękliwe serce. Kiedy Giełdon – kierownik szkoły zapytał, ja zawsze miałem palec u góry i gadałem jak najęty. Nigdy nie umiałaś rozplątać ust – gdzie trzeba. Byłaś mądra, lepiej pisałaś ode mnie. Ja robię do dziś błędy ortograficzne w pisowni. Jestem tak górnolotny, że nigdy się nie wczuję w pewne nawyki dyscypliny – to jest mój najsłabszy punkt.

Szukam ciągle nowych prądów w przyrodzie, oplatając to sztukami pięknymi. Jestem tak często samotny i osamotniony, jak jedyna ostatnia kropelka rosy na trawie, na którą czyha wielkie SŁOŃCE.

Czuje niedobór dóbr w swoim ciele. Jak w polu susza, tak mnie zwija czas w popękaną taflę skorupy ziemskiej – gdyż czuję się tylko cząstką ziemi, w którą zrosłem się od zarania. Kiedy nasze kopce ust zasną snem wiecznym, niech te słowa odkryją cząstkę kurzu, która pokryje je.

Nigdy nie wiem, kiedy i gdzie nas rozstawi pęknięcie ziemi między nogami. Ty Zosiu ze swoim pępkiem podzielnym dałaś z siebie narzecze 5 cząstek nowego życia dzieląc swoje komórki na cząstki podzielne. Obok ciebie kwitną sady z kwiatami oczu twych dzieci. Jesteś pełną matką utkaną, zawsze utkaną w dobroć i czułość. Mieszkasz w Zblewie obok starej kuźni Gillów. Twoje serce rozpływa się nad potokami rwistych rzek kaszubskich i kociewskich, gdzie polski folklor płynie od dziadów pradziadów, obok stoi moja kołyska – pomnik tamtych dni, w których rozpływała się moja dziecinność tak niepowrotna jak śmierć – tam moja matka łezkę gubi nad wyblakłym synem, który daleko odfrunął od stron rodzinnych zakładając gniazdo nowych roi ludzkich. Mam też żonę Wandę i córki Hankę i Barbarę, którym poświęcam swoje wiersze – słowa martwe i żywe – obrazy miłości i zgrzytu na chwałę chwil wielkich, które w nas drzemią – które kiełkują nowym zbożem dla naszych pokoleń.

Niech myśl piękna nigdy nie ginie, zataczając orbity miedzyoczne od sióstr ojców, braci, matek, żon, dzieci do skib polskiej ziemi, która tyle mąk wytrzymała i tyle wytrzyma naszych spięć nie uginając się pod ciężarem trudu, jaki lud pokonuje w walce o lepszy chleb z hektara. W podskokach naszych stóp całuję każdą piędź ziemi jako dar dany nam w smak rozkoszy świadomej.

Droga Zosiu – do ciebie ślę kartki żywych słów z pamiętnika rodzinnego. Kiedy twoje młode serduszko kołatało, gdy zbliżały się święta Bożego Narodzenia, kładliśmy talerze pod choinkę, by św. Mikołaj nie pomylił się, komu co dać. Rzadko otrzymałem to, co sobie życzyłem. Wtedy szło się wcześniej spać. Nocą matka chrobocząc jak szczur zaczęła znosić i układać prezenty w talerze. Po północy nas rzekomo budziła i wyganiała na pasterkę 3 kilometry do Czarnego Lasu.

Zimy były srogie. Szłaś otulona w duży kołnierz kożucha, jak pieczarka w cieplarni niosąc swoje delikatne dłonie w „mufce”. Tylko nosek ci się czerwienił jak marchew. Radość z prezentów dopiero rano triumfowała. Dziś sama rozdzielasz prezenty swoim maluchom mając łezkę w oku ze wzruszeń. Pamiętasz, jak chodziliśmy za przebierańców? Ty zawsze wstydziłaś się brać pieniądze za śpiew kolęd, które ja fałszowałem. Nieraz wyszczuto nas psami. Ludzie dawali różne dary. Robiłem szopkę z pudełka, wyklejając ją aniołami kokieteryjnie, w środku paliła się świeczka i chodziłem solo, udając śpiewaka jąkającego się. Chodziłem po wsiach aż do zmęczenia.

Ty byłaś zawsze diamentowym klejnotem w mojej wyobraźni obecna. Zimą odbywały się zabawy u Komorowskiego na starych deskach w mgławicach kurzu przy dętej orkiestrze strażackiej wirowały pary taneczne, a my pod oknami podglądając zazdrościliśmy zabaw dorosłym. Później się popili i pobili. Z naszego płotu zawsze oddzierali kraty ogrodzeniowe i jeden drugiego gonił po wsi. Przewodził w tym Jaś Osowski.

Bukowiec był małą wsią. Do stacji kolejowej w Zelgoszczy było 2 kilometry. Pamiętam, jak pierwszy raz jechałem pociągiem. Stały obok wagony towarowe oblane słońcem tak mocno, że ich kolor pamiętam do dziś – były to płomienie rdzy. Słońce kładło się do snu liżąc resztkami sił malowane pudła. Po bruku skakały cienie jak ścięte łby żmij. Moje stopy boso rozgniatały je idąc krokiem pełnego niepokoju. Wzdłuż drogi stały młode klony uginające się pod ciężarem złotych promieni. Myślałem, jak piękny jest świat pełen niepokoju, pełen ludzkich serc, pełen oklejonych roślin, jak najpiękniejsza zabawka. Gdy wchodziłem do pociągu, drżały mi nogi tak mocno, że myślałem, że chwyci mnie paraliż – pociąg ruszył, a ja ciągle dygotałem – ty stałaś obok i trzymałaś mnie kurczowo za obie ręce, aż dojechaliśmy do Skórcza (7 km) i wysiedliśmy. Wtedy uspokoiły się moje nerwy i wstąpił spokój ciała. Wtedy to matka kupiła mi pierwszy raz garnitur chłopięcy na miarę. Skórcz był miastem gminnym, gdzie można wszystko kupić. Chodziłem ulicami pełen wypieków, jak burak oskrobany przed ugotowaniem. Oczy moje biegały po witrynach sklepowych, przywłaszczając sobie różne cuda. Matka kazała zdjąć podartą czapkę z udartym daszkiem, gdyż zawsze szamotałem się z chłopcami i zawsze byłem poszkodowany. Wgniatała mi na moja zniekształconą głowę jakieś cuda – i w końcu rzekła – w tym ci dobrze. Czułem się prawdziwym manekinem na patelni obcych spojrzeń. Głowę miałem ostrzyżoną, gdyż taki był porządek. Każdy chłopak mógł tylko maleńką grzywkę nosić – nie jak dziś, kiedy chłopcy chodzą jak dziewczyny z długimi włosami.

Tobie matka kupiła sukienkę w groszki, byłaś jak muchomor w niej – leciuteńka, przezroczysta, lekka z małymi piegami pod oczyma, z kolorową wstążką we włosach. Obracałaś się na paluszkach jak prawdziwy motyl.

Byłaś rok starsza ode mnie, a ja w tobie widziałem prawdziwą matkę, topiąc w momentach strachu kurczowo twoje dłonie z okrzykiem: ,,Zosiu, Zosiu!”. Wróciliśmy ze Skórca późnym wieczorem – nad Bukowcem wisiało sine niebo pełne otworów w sobie, z których dygotały z zimna samotne gwiazdy. Wtedy czułem się jak pies w budzie, spuszczając ze szczęścia swój leniwy łeb, by zasnąć beztrosko.

Beztroskość młodości ma największy smak. Jest to poczucie lekkości, oddania się niezmąconym wibracjom tętna z poczuciem nieodpowiedzialnych wybryków – jest to podskórny lament obrotu wyzwolenia się z wszelkich obowiązków, oddając się całkowitej kontemplacji zjawisk, które w danej chwili człowieka nachodzą… tych chwil młodości, które przeszły z wiatrem jak bezpowrotne burze – najbardziej żałuję, staram się wracać do tych skojarzeń, kiedy człowiek odczuwa najbardziej dziewiczo naturę i wszechświat, łamiąc łzy wzruszenia, które ciekną strumieniem pod gołym niebem piękna, gdyż piękno jest wszechobecne. Natura, z której powstał człowiek, jest w nas równie piękna, łachocząca podgardle, kąpiąca się w naszych ustach jak najdroższa kochanka. Wychodziłem często nocą na podwórko, by zlać się z otoczeniem – wtedy drzewa stoją we śnie mimo ich podskórnego szelestu, ciemność zawsze pasjonowała moje doznania. Chciałem wchłonąć połacie czarnej przestrzeni w swoje usta, by się z nią uporać, by zawsze panowała jasność wśród bliźnich. Wtedy czułem się najbardziej osamotniony, gdyż czarna noc jest bezwzględna, wkracza w twoje żyły i dusi z nich odblask słońca. Czujesz się silniejszy – jak sen jest dla mnie końcem życia, zasypiając zawsze marzę o cudach, by nasycić się przed zejściem w puste obszary nicy – i zasypiam w marzeniach. Tego dnia, kiedy byłem sam w domu, a ty, Zosiu, na gościnie z rodzicami, siedziałem cały czas na dworze, by ani na chwilę nie rozstać się z tajemniczą przestrzenią, patrząc w gwiazdy wydawało mi się, że fruwam w otchłań obcych ciał niebieskich głęboko pod skórę, by się nasycić ciekawością, która zawsze wypełniała mój głód wiedzy – a tak prymitywnie zabierałem się do rzeczy, mając do dyspozycji szerokie chęci. Pytałaś mnie nieraz, Zosiu – co ci jest, czego się lękasz – otóż odczuwałem bardzo dużo – dużo, co sławami nie da się określić – stojąc nad strumykiem, który płynął obok naszego pola – godzinami patrzyłem na wir wody, na przezroczystość jej masy, na mokrość, lepkość, na beztroski pęd tej wody – na piasek, który płukał się w nieskończoność – brałem do ust i całowałem jak ciebie, w tej materii rozpływały się uczucia do ciebie – a obok rozśpiewany świat. Skowronki, żaby, kłosy – krowy, świerszcze tak ocierały się, że zwariować można. Kiedy dojrzewały zboża, pamiętam, leżałem obok kóz, gdzie stał stary cmentarz, rosła komosa z tak różowymi łebkami, że serce ściskało mi się, kiedy koza obgryzała te piękne łebki i niszczyła ład przyrody – obok rosły kartofle, morze bieli rozciągało się w ich kwiatach o niespotykanym zapachu, dalej rósł łubin, ten kolor żółci cytrynowej utknął mi w oczach tak mocno, że do dziś nie mogę go wydostać z nich. Na górce był piasek, ziemia lekka, gdzie mieszkał Głódek, rozciągnąłem się na wznak płasko jak deska, wchłaniając w siebie kropelki gorącej pary, powietrze stało w miejscu jak martwy sztylet - wtedy usłyszałem pierwszy głos kosy. Raszeja kosił żyto, ostrze srebrnej stali błyszczało tęczą, on w miarę oddechu posuwał się krok po kroku, kładąc trupem, teraz rżysko jak drzazgi bolesne sterczą – to dokoła zboże w milczącej pozycji konało. Lato było upalne, nigdy tego nie zapomnę, tego skojarzenia, sklejania się z ruchem ciepła i moich głodnych ust z otoczeniem. Kozy leżały w cieniu z rozwartymi nozdrzami i ustami żując dzięgiel. Nasza babcia naginała się sprężyście, układając do dużego fartucha zieleń, by z naręczem ciężaru dojść do domu, nikt jej na pomoc nie wyszedł – matka jeździła do porodów, gdyż była akuszerką. Ojciec w polu, ja z kozami i tak nam czas uciekał spod naszych czułych rąk, tylko ty, Zosiu, pilnowałaś domu, gotowałaś potrawę, by dać nam siłę. Ty byłaś tym ponętnym pokarmem dla naszego apetytu.

Przepraszam Cię, że moje wspomnienia nie idą chronologicznie – są urywkami różnych okresów naszej młodości – wybacz – lecz ponosi mnie jak zwykle niepokój, jak sama wiesz, uporządkować swoje myśli zawsze było mi trudno, więc dziś do Ciebie mówię urywkami, by Zblewo, które wisi też w moich pamiątkach, nie wygasło ani z Ciebie, ani ze mnie, by Twój kochany mąż kowal Maks Gilla wrósł swoją ciężką pracą w ten pamiętnik również. Kiedy jeszcze przed II wojną światową jeździł z moim kuzynem Frankiem Szadowym do Bukowca w zaloty do Ciebie, pamiętasz jak szłaś ze szkoły, wstydząc się tornistra, gdyż należałaś do największych razem Genią Rudnikową, a tu w domu Twój kawaler Maks, gdyż wyglądałaś na dojrzałą panienkę – wtedy burak czerwony obsypywał Twoje lica – nosiłaś na sobie ten wstyd wewnętrzny, bojąc się ujawnić swoje uczucia.

Cdn.

1935 r. - uroczystość przyjęcia I Komunii Św. Władka w Wielkim Bukowcu. Od lewej siedzą: Ciocia Władka Matylda ze swoim najmłodszym synem Józkiem, rodzice Władka, wujek Bernard Gołyński z córką Anną i synem Franka. Od lewej stoją: kuzyn Władka - Zygmunt Schade, ciocia i wujek Orzechowscy i siostra Zosia

WŁADYSŁAW POPIELARCZYK. Godnie reprezentował polską sztukę współczesną nie tylko w kraju, ale również za granica. Ze swoimi występami autorskimi i wystawami objechał niemal cały świat. Był w Anglii, Szwecji, Finlandii, Japonii, Francji, Danii, Italii, Monako, Jugosławii, ZSRR i USA (udzielając się tam w kręgach polonijnych). Miał ponad 40 wystaw indywidualnych w muzeach i galeriach w Polsce i za granicą oraz liczny udział w wystawach zbiorowych. Jego prace znajdują się m.in. w Muzeum Historycznym i Muzeum Narodowym w Warszawie, Częstochowie, Poznaniu, Gdańsku, w Modern Muzeum w Sztokholmie, Taides Museum Oulu w Finlandii, Miami Museum of Modern Art. na Florydzie, Indianapolis Museum, Palm Spring Deser Museum California w USA, oraz licznych kolekcjach prywatnych, m.in. u znanych osobistości, byłych prezydentów USA – Eisenhowera, Urho Kekkonena w Finlandii, Sukarno w Indonezji, De Gaullea we Francji, premiera Belgii – Spaaka, u królowej Belgii – Elżbiety, I sekretarza ZSRR N. Chruszczowa.

Popielarczyka wymieniają współczesne encyklopedie:

- Dictionery of International Biography – Cambridge England 1980.

- International Who`s Who of Internationals volume two/ three – Cabrydge, England 1981

- Who`s Who in the World – 8 th edition Chicago USA

- Men of Achievement 1980

- The International Register of Profiles sixth edition – England 1982

- Who`s Who in the World 7 th edition Chicago (usa) 1984

- Who`s Who in the Catholic World Montreal Canada

- The First Five Hunderd – Cambridge England 1985

- oraz w języku niemieckim “Kto jest kim w Polsce” Interpress 1985



 
wstecz   dalej »
REKLAMA



 
Top! Design by Mamboteam.com! Top!