www.mamboteam.com
 
STRONA GŁÓWNA
piątek, 18 sierpień 2017
 
 
WŁADYSŁAW POPIELARCZYK. O Wielkim Bukowcu piękną prozą poetycką - cz. 2 Drukuj E-mail
wtorek, 10 styczeń 2017
Z wielką przyjemnością wrzucam IV rozdział książki Bernarda Damaszka "Wielki artysta z małego Kociewia" - dziś część 2. Rozdział ten (str. 99 - 125) to "Wspomnienia rodzinne" spisane przez Władysława Popielarczyka latem 1982 r. śliczną prozą poetycką, co nie oznacza, że autor buja sobie w obłokach metafor. Wszystkie językowe zabiegi Popielarczyka są tak samo naturalne, jak jego malarstwo. Wielki Bukowiec ma szczęście - takie dzieło! (tm)


U nas w domu było wesoło, ludzie czuli się dobrze. Matka była bardzo gościnna – ojciec towarzyski. Byczyńskich chłopacy przychodzili codziennie, by tonąć w plotkach. Tylko ja czułem się zawsze pokrzywdzony, gdyż na mnie narzucano najwięcej obowiązków - pamiętasz, jak wycinali las, gdzie miała iść autostrada.

Ojciec zabrał mnie z sobą i rąbałem drzewa prawie jak on, ściągając długie drągi na wielki stos – wtedy wieczorem pochwalił mnie nazywając mnie „SIUREM”. To były czasy, kiedy na chleb musiał każdy pracować bardzo ciężko. Było duże bezrobocie, w powietrzu wisiała wojna z Hitlerem, a rząd sanacji bawił się w hulanki i polowania z Geringem, obiecując, że nie oddadzą ani guzika. W szkołach robiono przysposobienie wojskowe – maszerowaliśmy czwórkami.

Pamiętasz, jak chodziliśmy do Lorbieckiego latem pakować buraki i kartofle, by zarobić sobie na strój. Ty pochylałaś się nad każdą roślinką, łapiąc ją tak delikatnie, jakbyś żałowała każdego zjawiska przyrody – robiłaś to z zadumą. Twoje biedne serduszko kołatało na najwyższych obrotach – wtedy zrobiło mi się żal Ciebie, rządca stojący z tyłu warczał, że robisz zbyt leniwie i niedokładnie. Więc nadrabiałem swoją siłą, abyś wyszła z twarzą – rwałaś się do pracy na miarę swoich sił. Kochałem zapach tych zrywanych zielsk, kiedy rano o rosie stawało się w rzędach, by pleć buraki, albo gdy grabiliśmy koniczynę, ona pachniała prawdziwą herbatą. Ty byłaś na wozie, podawałem Ci całe pęki – o mało Cię nie zwaliłem, miałaś całe ręce pokłute ostami. Rękawiczek wówczas nikt do pracy nie nosił – jak dziś. Bociany skakały po łąkach, by urozmaicić monotonność. Twoje niebieskie oczy były tak zlane z niebem, aż rozpływały się od nadmiaru potu, którym ociekałaś. Pracować trzeba było szybko, a Ty byłaś powolna, to mnie trochę denerwowało. Chciałem, abyś zarobiła, rwałaś się do tego, lecz potem słabo Ci wychodziło. Nie wstydź się, nie wstydź się nigdy pracy, ona człowieka wzbogaca, bądź dumna z niej i z możliwości pokonywania. Z natury jesteś pracowitą, tylko słabą istotą i niezaradną, o bujnych lnianych włosach. Jak Wenus biegałaś boso po łąkach i polach, dając z siebie lot nieskończoności w moją pamięć z czerwonym czepkiem na głowie.

Pamiętam, niebo zaciągnęło się cieniem, z chmur wypadały pioruny rozrywając je na strzępy. Raz po raz iskra zapalała powietrze – myślałem, że spłonę. Stałem ze swoimi biednymi kozami pod wiaduktem kolejowym mokry, bosy i głodny. Wiatr ogałacał drzewa, rwał korzenie i moje włosy szarpał bezlitośnie, i bałem się tak mocno tych piorunów. Kozy też chodziły po prostu beze mnie. Byłem świadkiem kilku pożarów w okolicy – przewiew pod tym wiaduktem ziębił do szpiku. Czułem jak zapadam w grypę i w takim stanie postanowiłem pędzić kozy do domu 2 kilometry. Droga była gliniana, nasze nogi wciskały się po kolana w błocie - jedną wierzbę ściął piorun – leżała na wznak grobem, szliśmy pod wiatr. Strumienie wody jak z wiadra oblewały i tak mokre nasze ciała. Kozy szły za mną z przymkniętymi oczyma, szukając tylko we mnie ratunku jak dzieci w matce. Zbliżała się noc, gdyż burza ją przyspieszyła, na polach nie było nikogo prócz mnie. Młodsza koza złamała nogę, musiałem ją obwiązać, jak niemowlę na swoich mokrych dłoniach niosłem ofiarę. Przytuliła się do piersi dygocząc z zimna. Byłem cały oklejony gliną jak kukła z rzeźby. Płonął stóg siana, który rozwidniał horyzont, gdyż niebo zlało się zupełnie z ziemią. Istniała tylko mokrość, ogień. Doszedłem do wsi padając z nóg. W domu niepokoiliście się, że trafi mnie awaria. Po tym dniu naszła mnie tygodniowa grypa a kozy przeziębione leżały w chlewie.

Całą młodość chodziło się boso, może dlatego mam dziś platfusy. Na wsi robił korki Wróblewski – raz na rok dostało się drewniaki. Buty były tylko do uroczystych chwil, do kościoła, na wesele i na pogrzeb. Pamiętam, jaką przeżyłem radość otrzymując pierwsze robocze buty z grubej świńskiej skóry. Stukałem o nie patykiem, by wydawały dźwięk. Gumowe buty do pracy były bardzo duże, rzadkością, na rękach miałem odciski, gdyż z Zosią chodziliśmy robić torf do Lucjana Brzóski, późniejszego mojego ojczyma po wojnie. Kopaliśmy ten torf z dużych bagiennych łąk. Potem maszyna rozgniatała to błoto i z jej pupy wychodziły sprasowane cegiełki. To była najcięższa praca, jaką wykonałem w młodości. W upale słońca nosiło się cały dzień torfowe cegły po całej łące, tysiące sztuk. Zosia też pomagała składać. Szliśmy tam, bo Polusia dawała bardzo dobrze upieczone jaja na prawdziwym boczku i dobrze płacili za pracę. Robota to jest podobna do pracy w piekle, tyle, że dobrowolnie się ją wykonuje, a torf rozgrzewa zimą ludzkie ciało, też dobrowolnie poddające się. Potem się ten torf układa, przekłada, sortuje, suszy i zwozi pod szopę. Całe szczęście, że krajobraz tych łąk tak cudny – same pastwiska, rozwijające się wierzby płaczące, bociany i niekończący się horyzont kwiatów polnych – z jednej strony był las. Brzózka był z nas zadowolony i chwalił, dlatego zalecał do tej pracy. Dziś łąki te zarosły chwastami, krzakami. Brzózka z Polusią umarł, a ziemie wydzierżawił obcy człowiek.

Gdzieś więdną nasze ślady wydeptane bosymi stopami, gdzieś odbity obraz krąży w komicznej mgle i nasza postać wrosła w inną rzeczywistość. To, co opisuję, jest filmem nagranym z własnych przeżyć młodych lat i kogo to może obchodzić, że zwichnąłem nogę skacząc przez rowy. Wiesz, Zosiu, przez kapuśniaki płynęła woda szerokim rowem – na wiosnę prawdziwa rzeka – tam próbowałem swoje skoki w dal. Woda ta spływała z całych bagien do jeziora. Chodziłem razem do kolan w wodzie, łapiąc szczupaki ręką i zawsze wzierała mi się pijawka w nogę, jakby moja święta była – tak leciały do niej. Obok rowu z darni i patyków budowałem szałas, w który czułem się nad wyraz szczęśliwym, chroniąc się od wiatru i deszczu. Tam strugałem swoje pierwsze rzeźbki z gałęzi topolowych i piszczałki z wierzby. To był mój pierwszy dom własny z zapachem prawdziwej ziemi. Gdy pod jesień gwizdał wiatr nad kapuśniakami – zrywając pierwsze żółte liście – czułem się jak pies w budzie, podziwiając pejzaż w przytulnym schronieniu. Dni były szare jak stal, niebo skrapiało się w moich oczach w zimną rosę, patrzyłem w dal. Nad schnącymi trawami unosiła się mgiełka jak dymek z papierosa. Wtedy coś śliskiego łapało mnie za gardło, wydawało się, że świat się kończy, że tam, za horyzontem, nie ma nic, tylko dzika pustka, skórę nóg pokrywała gęsta skóra, broda nabrała sinych plam, głowa znieruchomiała, siedziałem w tajności, patrząc przez wycięte okienko na ten mierny świat, jak on się kurczy, nic nie zapada w krew i gdzieś rozpływa po kościach. Czułem opadanie na głowie w sobie, jakby istniała na świecie nieskończoność i tylko ja, ja z tym nieprzebranym obrazem w buzi, która z zachwytu otwierała buzię, chłonąc jak gąbka – skoro rozwinęła swój rozum – rzucam psim instynktem w ciemną dal. Do czego to prowadzi - do pojedynku z wytrzymałością, by się zahartowało na kamień i nie gubi sił. Wtedy czułem, jak drzazgi zachodzą mi za paznokcie, jak na torturach ja – chłopiec niewinny – cierpię tylko dlatego, że te obszary zwyciężą mnie i moją budę, że jestem osamotniony jak Robinson Crusoe. Ja na wyspie sam na sam z doznaniem strachu przestrzeni i obumierania przez tą mokrą taflę kosmicznego okna. Źrenice oczu piekły mnie, jakby rozpalone świdry ktoś wkręcał we mnie. Niebo wolno zapadało się stając się coraz bardziej ciemne. Ziemia, na której ciągle siedziałem, stawała się coraz bardziej wilgotna. Coraz większy strach ogarnia moje wnętrzności. Bałem się, że coś musi się wydarzyć. Jakiś obrót sumienia zakorzeni się w mojej zimnej dłoni. Może wyrośnie mi kapusta, morze orzech, może grzech pierworodny, może moje łzy ściągną burzę, może niebo pęknie i runie na mnie, może słońce spali wodę i susza skruszy moją dłoń. Może jestem tylko zjawą w tym układzie czasu. Może moja sina twarz jest globusem ziemskim, na którym ja, Władek, wykopałem sobie rów schronienia. Tak myślę, aż nagle nadjechał Byczyński na łąkę – zajrzał do mego wnętrza:

- Ty nygusie, siedzisz i dumasz, a kozy moje żyto obrabiają.

Wyciągnął kij i już się zamierzył. Wtedy ja się skuliłem odruchowo w zawiniątko, wciskając się w kąt jamy i chyba zrobiło mu się żal, gdyż nagle kij opuścił.

- Co tak siedzisz – czyś chory? - pytał. - Nie. To wychodź z tej nory, bo się przeziębisz. Siedzisz jak pewnie pies w budzie, a tam matka pewnie czeka na mleko. Gnaj kozy do domu, bo jest późno.

Jeszcze coś chrząknął i zaczął kosić trawę, wyrzucając na wóz zielonkę. Odgłos ostrzonej stali przeszył mi zęby. Z opuszczonymi uszami jak syn marnotrawny moje stopy ustawiłem w kierunku wsi, ruszając wolno z miejsca. Na polach było pusto. Ludzie tego dnia jak wymarli gdzieś utknęli. Wierzby, które mijałem, miały tak nisko ziemi swoje wyblakłe listki, iż całowały mnie. W połowie drogi leżała sucha gałąź zerwana przez wiatr. Złapałem dźwigając ją do domu na opał. Czułem, że nigdy nie dojdę, że moje ciasne skronie są z betonu, gdzie nie dochodzi ani ciepło, ani radość, ani sytość, ani ulga zrozumienia spraw filozofii życia, że jestem tylko lichy pionek w tej grze przesuwany od rąk matki – ojca, do Twoich, Zosiu, że muszę sam wypielęgnować swoją sierść, by wytrwać w tym nawale sił działających przeciw mnie. Że wszystkie złudy są opium dla słabości ludzkiej, że liczy się tylko działanie, walka o kawałek chleba, że wolno zapadać w melancholię, by później tracić grunt pod nogami, aż przyjdzie chłop z wozem i obudzi cię batem i w podskokach jak pajac, zejdziesz na świat rzeczywisty. Co za męka być człowiekiem.

Następnego dnia na pole przyszedł Maks Suwalski. Roznieciliśmy duże ognisko. Lubiłem godzinami patrzeć w ogień, jak spala się materia czerwonymi językami od zagłady.

- Słuchaj Maks, nazbieraj kartofli – upieczemy”.

- Chyba z Byczyńskich pola.

- Mogą być.

Za chwilę Maks w brudnej bluzie przyniósł zdobyczne kartofle – wsunęliśmy w popiół. Ogień jeszcze szalał, dym unosił się nad całymi łąkami, zakrywając nędzę pól, które jesienią dają uczucie głodu.

- Chyba już się upiekły - szepnął Maks, wyskrobując zwęglone cząstki ziemniaka, wsunął apetycznie cały kartofel nagle do buzi.

- Psia krew – wyplunął.

- Przecież są pieczone.

Maks pasł krowy też na kapuśniakach jesienią. Więcej osób wypasało na pańskich i bezpańskich zagonach bydło. Zawsze zazdrościłem im, że mają krowy, które koszą trawę raz przy razie, a nie jak koza, która skacze i po łebkach obżera tylko kwiatki. Przed wojną w końcu rodzice sprzedali kozy i kupiliśmy pierwsza krowę. Co za radość – pamiętasz Zosiu?

Wtedy chodziłem dumnie, trzymając ją na łańcuchu. Razem ze starym Bielińskim wypasaliśmy krowy w rowach. Moja była Maryśka, w łaty czarno-białe i mruczała na mój widok. Kiedy wracaliśmy z pola, szła ze sztywnymi sutkami, aż mleko ciekło jej między nogami.

By stało się tradycji wiejskiej zadość, wybudowałem gołębnik nad chlewikiem, wycinając dziurę w deskach, kiedy nie było ojca w domu. Z siatki zrobiłem klatkę. Janek Czecholiński dał mi parę gołębi. Zamknąłem je. Rano, gdy się obudziłem, słyszę Ojca mruczenie: - Jeszcze mu się tego zachciało, niszczy mi chlew, wycina dziury i to ptactwo będzie ostatnie ziarno zjadało .

Tak pomrukiwał. Zadrżało mi w gardle, oby tylko nie wypuścił gołębi, lecz Matka:

- Daj mu spokój, jest młody, musi czymś się bawić

- Na wsi nie ma zabawy. Jest pasienie krów i robota w polu – odburknął.

Ojciec nie był za nowościami, jeśli to, tylko Matka cały rej wodziła. Miała zawsze pełno pomysłów, a każdego ojciec bał się jak ognia.

Dzięki uzbieranemu groszowi Matki wybudowaliśmy parterowy dom z białej cegły w 1931 roku, na którym wyryłem datę. Przedtem mieszkaliśmy u Suwalskich, gdzie to Ojciec karmił nas, wpychając kartofle z dużymi „oczami” - raz jeden Tobie, Zosiu, raz mnie – tak jak gęsi tuczył. Kiedy zobaczyłem to „oko”, to zawsze rzygać mi się chciało, wtedy Ojciec: - No, co się tak zielenisz? Mielesz i mielesz jęzorem i nie połykasz, może ci nie smakuje – co?.

Ojciec był srogi i o mówieniu „nie smakuje” nie mogło być mowy, więc krztusiłem się, naprężałem, wymyślałem, aby tylko tych „oczu’ jak najmniej zjeść. Tobie jakoś szło, Zosiu.

Tam, u Suwalskich, topiłem się w gnojówce, aż musieli mnie z niej wyciągać. Byłem wtedy bardzo mały, a obornik z dołem na gnojówkę stał na środku podwórka, wybetonowany ukosem i tak z poślizgiem wpadłem w tę zupę. Podobno śmierdziałem cały tydzień.

Matka krzyczała: - Ty urwisie mały, gdzie ty pływasz w łajnie krowim.

Wycierali mnie słomą, sianem jak prosiaka. Tylko ty, Zosiu, broniłaś mnie zawsze, dając swój łagodzący wkład do sprzeczki – działałaś jak plaster miodu na moje zatargi z otoczeniem – chociaż pamiętam, że zawsze ciągnąłem ciebie za nosek i przez to może go wydłużyłem – gdyż masz dłuższy od mego. Przepraszam cię, mówiłaś, zostaw Władeczku mój nos w spokoju, to nie zabawka ani piszczałka, abyś igrał sobie z nim. Lecz mnie zawsze swędziły palce, musiałem coś zbroić lub ciebie podszczypać, lub pociągnąć za nos jak za instrument muzyczny. W zasadzie miałaś nos zbudowany, który przypominał mi albo rozpłaszczona rybkę w ruchu, albo kijankę – był to nos szlachecki – mówiłaś – podobny do nosa Ojca – mój do nosa matki.

Lubiłem godzinami się bawić w chowanego, pamiętasz w stodole – każdy miał 5 minut czasu do schowania się, potem jeden szukał wszystkich kolejno. Zagrzebałem się w żyto tak głęboko, że chodziliście po mnie i nikt nie mógł mnie znaleźć. Wtedy ten zapach świeżego zboża przesiąkał we mnie jak perfumy wiejskie – kłosy jak drzazgi wchodziły w oczy – w palce ostre szpile ostu - w pupę wbiła się słoma, aż cicho pojękiwałem, cierpiąc, pocąc się lecz dźwięku nie wydawałem tak długo, aż zabrakło mi tchu, wtedy jak spod ziemi dało się słyszeć głuche jęczenie: - Hej, hej – pomóżcie - hej – hej… Chłopcy chodzicie, a on tu zagrzebał się jak kornik – pomóżcie go odgrzebać – wołałaś, skubiąc poszczególne łodygi zboża, aż nabrałem oddechu i wyciągnęliście mnie.

Za szopą Raszei graliśmy w palanta - przeważnie na wiosnę, wbijało się kij w ziemię i zza granicy celowało się w ten pionowo stojący kij. Kto go przewrócił, ten musiał służyć, czyli czatować wokół kija i dotknąć kogoś z graczy – którzy rzucali niecelnie – lecz tylko przed polem granicznym. Później grałem w piłkę nożną na placu, gdzie wydobywano piasek.

Najwięcej zabawy i radości było, kiedy do Bukowca przyjechała karuzela. Rozbito namioty wokół stawu w środku wsi, obita różnymi obrazami buda, w środku jakieś drągi żelazne, na łańcuchach przyczepione siedzenia prymitywne – jakaś muzyka z zardzewiałego gramofonu i karuzela gotowa. Ja, ponieważ rosłem szybko, więc nadawałem się do pchania jej, gdyż kręciła się , w środku po deskach szło do 6 chłopa i pchało za żebra tę karuzelę i kręciła się jak głupia wokół swej osi. Za trzy razy pchania, jeden raz można było jechać. Ty ,Zosiu, nie byłaś odporna na wirowanie – pamiętam, jak jechałaś pierwszy raz, to zrobiłaś się biała jak mąka – zsiniały wargi, oczy przymknęłaś i skulona w nietoperza ledwo wisiałaś za tym łańcuchem - myślałem, że lada moment umrzesz ze strachu – moje nerwy biegły za tobą jak za kłębkiem nitka – owijająca się czule – włosy miałaś rozczesane przez wiatr, który chłodził twoje kurczowo smutne lica – kolana ściśnięte – ręce kurczowo wbite w zimne żelazo – jakbyś chciała spoić je z nim – patrzyłem jak na ofiarę na ten widok, na ciebie. Rzekłaś: ,, ja więcej w życiu nie wsiądę”. ,,Zosiu – nie gniewaj się – to potrzebne i ruch głowy i ruch ciała – krwi – zmysłów” – rzekłem, ,,to jest uczucie wirowania kosmicznego, któremu powinien się każdy poddać za życia”- oświadczyłem - siadając dumnie za łańcuchami.

Kiedyś przed Wielkanocą poszedłem do lasu – ukradkiem – by naciąć gałązek brzozy, którą ustawiało się na piecu, by puściła listki na święta. Wdrapałem się wysoko na drzewo , gdzie były najładniejsze gałązki . Ścinam, rzucając na dół i przy ostatniej nóż ześlizgnął się niespodziewanie i utknął mi w lewej ręce tak głęboko. Zobaczyłem gwiazdy w oczach z bólu – krew tryskała jak z fontanny woda. Bałem się patrzeć na ten widok , czułem jak opadam z sił , lecz kurczowo trzymam się masztu brzozy jak podstrzelony jastrząb na tle nieba z raną w ręku. Pot lał się strumieniem, czułem jak moje białka oczu zachodzą pod darnie .Czy mam umrzeć na tym drzewie? Co czynić? Prawej ręki puścić nie mogę, bo spadnę na łeb, z lewej sterczy długi nóż jak sztylet .Co robić ? Myśli kotłują się w sobie, jak się spuścić z tej wysokości. Czas upływa , siły topnieją , czuję, jak maleje mój zapas krwi, jak z przebitego baku oliwa. Już zachodziłem mgłą, gdy z dołu przeszyło coś powietrze:

- Co ty tam robisz łobuzie – dopadło mych uszu, złaź natychmiast albo ci skórę wygarbuję.

Zebrałem resztkę sił, by spojrzeć w dół. Na dole stał w myśliwskiej czapce pan leśniczy – myślę - to już koniec. Ja w lesie na rabunku i jeszcze ranny

– No złaź.

– Ja , ja – jestem ranny - rzekłem.

- Co?

-Ranny…

- Ja ci dam ranny – tylko zejdź – krzyczał wdrapując się po mnie na drzewo…

- Ojej – ile tu krwi – podaj mi rękę.

Złapał za nogi i jak martwego stracha na wróble ściągnął na ziemię.

- Po coś tam właził – jak twoje nazwisko?

Bałem się przyznać, więc skłamałem – Osowski – zapisał w notesie.

- Teraz owinę ci rękę chusteczką i jazda do domu.

Wyciągnął najpierw ten bolesny sztylet i schował w kieszeni. Przy tej operacji zwiodłem znowu z sił, przy zatamowaniu krwi ocknąłem się, pot ustał ze mnie . Rękę założyłem za pas od spodni i leniwym krokiem wytyczyłem sobie kierunek powrotu, nie zabierając żadnych gałązek z sobą. Najgorsze co powie Ojciec , co Matka , jak się pokazać? Cały oblany krwią, jak wejść do domu ? Po drodze nabrałem sił. Tętno przyspieszyło bieg , stopy parzyły ,kamyki wzierały się między palce, tak człapałem w stronę domu.

Na szczęście w domu nie było rodziców tylko Zosia.

- O Jezus Maria! Co z tobą, Władku? – wykrzyknęła na cały głos, łapiąc mnie pod ramię, pomogła wejść do pokoju.

– Jesteś ranny, co się stało, cały dygoczesz – no powiedz.

- Ja – ja – ja…

- No co?

- Ja się sam zraniłem nożem kuchennym.

- Co?

- Zraniłem się jak bagnetem żołnierz.

- Gdzie?

- Byłem w lesie po gałęzie brzozy.

- No i...?

- Naciąłem się.

- O, jak głęboko – krzyczałaś – twoje usta nabrały purpury, ręce poczęły ci dygotać jak w febrze, ale wiedziałem co robić.

- Daj jodyny i bandaże.

- Zaraz – zaraz.

Szukałaś jak ślepa po szafie.

- Tam w maminej torbie akuszerskiej jest wszystko – wykrztusiłem.

Wzięła w ręce watę, przyłożyła jodyny, wtedy gorąc przeszła moje ciało jak język płomieni – tak szczypała rana.

- Wolni – wolno – krzyczałem.

Wzięłaś w delikatne swoje dłonie bandaż, by zacisnąć mocno ranę, zawijałaś z trzęsącą się brodą.

- Boże, coś ty narobił – co powiedzą rodzice.

- Wiesz co?

- Co?

- Powiemy, że mnie napadł zbój i zażądał ode mnie pieniędzy w lesie.

- Co ty pleciesz? Kto w to uwierzy?

- Lepiej, żeś się przewrócił i na taczkę od hakowania kartofli nadział. Tak zostało. Najpierw wróciła Matka. Zosia od razu wybiegła.

- Stał się wypadek.

- Jaki wypadek?

- Władek jest ranny!

- Co?

- Ranny!

- Biliście się?

- Ależ, on się przewrócił i upadł na taczkę i ma ranę w reku.

- Co, ranę?

- Tak.

Podbiegła do mnie z pewną litością.

- Co, syneczku – rzekła, dotykając czule mojej reki.

- Już w porządku, Zosia wszystko zrobiła, to nic, głupstwo, tylko zabrudziłem okropnie spodnie i koszulę. Nie mówcie nic Ojcu, a to się wypierze – oświadczyła.

I tak moja rana z dnia na dzień nabierała rumieńców, lecz znak pozostał do dziś na lewej ręce.

Cdn.

PRZEJDŹ DO CZĘŚCI 1

 
wstecz   dalej »
REKLAMA



 
Top! Design by Mamboteam.com! Top!