www.mamboteam.com
 
STRONA GŁÓWNA
wtorek, 17 październik 2017
 
 
WŁADYSŁAW POPIELARCZYK. O Wielkim Bukowcu piękną prozą poetycką - cz. 3 Drukuj E-mail
niedziela, 22 styczeń 2017
Wiem, niektórzy z Wielkiego Bukowca uważali mnie za idiotę, sądząc, że jestem lekkoduchem, że fruwam ponad rzeczywistością lub, jak mawiał ojczym Brzózka: ,,Takich darmozjadów ja nie cierpię, którzy nauczyli się żyć na czyjś koszt. Poszli do miasta i czekają, że im chłop da za darmo, a jak chłop nie wyprodukuje chleba, to miasto zdechnie z głodu” – tak mówił.....

Dalszy ciąg wspomnień wielkiego malarz z Wielkiego Bukowca Władysława Popielarczyka
 

Szkoła szła mi dobrze. Rodzice nie mieli ze mną żadnych kłopotów, ani z Zosią również. Najlepiej lubiłem geografię. Kiedy się przerabiało np. Afrykę, to ja od razu czułem, że jestem inżynierem. Palcem po mapie objechałem cały świat. Widziałem, jak Murzyni mnie wąchali, macając, jakby chcieli obgryźć mnie z ciała. Nawet lęki naszły mnie. Widziałem stada wielbłądów, słoni, hipopotamów, czułem upał południa – nawet pot tropikalny wystąpił na czole. Chyba najbardziej kocham Afrykę. Imponują mi tubylcy w ich maskach, tańcach, ich chaty podobne do moich bud na pałąkach. Kocham ten upał afrykański, piasek Sahary.
Tak przenosiłem swoje przeżycia nieraz w ciągu minuty z równika na biegun północny albo na Syberię. Kocham tajgi, te bezkresne lasy poszyte gąszczem zarośli, gdzie stopa ludzka nie skosiła ich. Podróżowałbym w nieskończoność, gdyby tak nic innego robić nie potrzeba.
Drugi przedmiot to rysunki – rysowałem najlepiej w klasie konie, lecz zawsze miały drewniane nogi. Ruch nóg to jak przystojnej panienki paradującej w mini spódniczce – nogi, zresztą klacz i kobieta podobnie chodzą po bruku z paradną grzywą, z piękną szyją uniesioną do góry – aż dech odbiera taki widok, myślę, rysując taką paradę.

Lubiłem zapach nowych książek – każdej, cieszyłem się, aż czerwieniały mi uszy z zachwytu. W czasie wakacji nie mogłem się doczekać roku szkolnego i z dumą siadałem w nowym oddziale. Gdyż były tylko 4 klasy i siedem oddziałów.

Latem pojechaliśmy na wycieczkę, pamiętasz Zosiu, do Ocypla nad jezioro. Chłopi zaprzęgli drabiniaste wozy, które ozdobiliśmy zieleniną i ze śpiewem w ustach przeszywaliśmy leśne drogi – ty brałaś smaczne kanapki ze sobą – ja tylko zeszyt do rysowania. Pamiętam piękną zieleń dębów, buków, jodeł, brzóz. Brzozy ze swoimi plamkami na brzuszku wyglądały jak żyrafy ustawione do defilady. Całowałem w myślach listki – światło przedzierało się przez konary drzew, wpadając prostopadle na polanę, na której zrobiliśmy krótką przerwę. Wtedy z krzaków wyszła młoda sarenka, bez lęku podeszła, dając się głaskać jak jagnię. Nawet mówiłaś, żeby ją zabrać i oswoić w oborze, lecz Giełdon zabronił. Powiedział: ,,Puśćcie tę sarenkę, niech oddycha wolnością, macie dosyć inwentarza wiejskiego w oborze”. Kazał im wypędzić ją. Tyś nabrała jagód i całą buzię sobie wysmarowałaś, nawet biały fartuszek. Jechaliśmy polnymi drogami aż konie parskały, ciągnąc nas po miałkim piachu. Wyginały się do przodu jak łabędzie, w końcu dojechaliśmy.

W Osieku nad jeziorem stoją ruiny zamku krzyżackiego. Giełdon opowiadał nam historię Krzyżaków, jak najeżdżali na Polskę – grabili, palili, mordowali Słowian. Aż poczułem wstręt do tych ruin, bojąc się, czy jakiś Krzyżak nie wyskoczy z jakiegoś kąta i nie porwie Ciebie. Ty stałaś przy mnie, skubiąc nerwowo płatki z kwiatu rumianków. Wtedy wyglądałaś jak mały paź, tylko dać Ci konia i lejce do rąk i miecz do pasa – myślałem.

W Drewniaczkach w lesie był plac taneczny, gdzie latem odbywały się zabawy. Z całej okolicy zjeżdżali chętni rozrywki. Temu towarzyszył wielki bufet z alkoholem, gdzie mężczyźni spędzali gros czasu, upijali się jak świnie, później rzygając, opluli się, osiusiwali, zabrudzili cały las aż do zamieszek włącznie. Raz gajowemu zranili głowę, że musiał w szpitalu leżeć. Chłopy po wódce zawsze mają jakieś porachunki. We wsi mieszkał niejaki Brejski, który był słynnym nożowcem, siedział szereg razy w ciupie i zawsze na nowo myślał kogoś pokroić na kiełbasy. Jeśli on znalazł się na zabawie, to już wróżyło źle.
Naokoło placu drewniane ławki ustawione w rzędach, na środku rósł wielki dąb , dookoła wirowały pary aż im się w głowie zakręciło. Wtedy z ulgą siadali jak gęsi na grzędę, schodziło się dużo młodzieży z Bukowca, pod las szło się kilometr, potem krętymi ścieżkami leśnymi. Las szumiał jak zaczarowany zegar, tykały rozhuśtane gałązki, drzewa były wysokie – pamiętam zachody słońca. Kiedy szło się pod las, słońce wisiało nad sosnami jak duży rozgrzany balon cynobru. Wtedy cienie kładły się nisko, liżąc stopy. Zboża pod słońcem wyglądały jak rozżarzone pręty piekielne i skrzyły odbitymi promieniami. Szło się w słońce jak w wielki pożar z rozwiązanymi oczami szczęścia. Słońce, gdyby go nie było, coś by się stało – myślę – panowałaby wieczna noc – czyli piekło na ziemi z odbitym księżycem w ustach. Słońce jest naszym pokarmem potraw, naszego uśmiechu, ciepła – całego życia - tak myślę, idąc drogą do lasu. Kiedy już zapuszczało korzenie w las, prześwitując konary dębów. Teraz w lesie prześwit grupy promieni daje fantastyczne zjawisko – widziałaś Zosiu. Ty też byłaś wrażliwa i kochałaś naturę jak ja, dlatego Tobie to wszystko opisuję, aby przypomnieć najpiękniejsze nasze wspólne przeżycia w tych malowniczych stronach, by je od nowa wskrzesić i przeżyć jak przeżywa się siebie będąc zakutym w kajdany natury w sam na sam z twarzą w twarz słońca.

Po zachodzie płonie niebo, wtedy widać żar w chmurach. Nigdy nie mogę się nasycić takim widokiem, godzinami pożerałbym go. Czuje się odrywanie kawałków mięsa od szkieletu, krew opada nisko jakby chciała spłynąć ze słońcem pod ziemię, stoję fioletowo-czarny przed tym płonącym niebem, jakby palił się cały horyzont albo cała Polska była jednym pożarem. Niebo jak woda zmienia tak szybko swój kolor, że trudno to utrwalić na płótnie. Trzeba szybko zapamiętać, z jednej strony jest najpierw cynobrowo-żółte, potem przechodzi w żółto-fioletowe, by zmienić się na chwilę w ciepłą zieleń w po widok widma białego włącznie – taka gamę barw przeżyć jest szaleństwem, dlatego tak lubiliśmy patrzeć w płomień, w jego kołysanie się, gdzie ogarnia nas nieskończoność myśli, gdyż ogień ma coś najgłębszego z naszego żaru uczucia. To jakby rozłupane nasze serce na pół – raz w płomieniach – raz zakute w lód, tak skrajne przejście. - Czy inne zwierzę na ziemi odczuwa? Chyba nie. Rozważałem, stojąc po szyję w rozgrzanych kłosach jak w morzu ziarna. Co jest tam głęboko w niebie? Czy tam też ktoś odczuwa mnie jak ty Zosiu? Co tam jest? – Myślę, jeśli ja żyję, odczuwam, płonę na twardej skibie naszego pola, to we wszechświecie też musi ktoś być podobny albo lepszy ode mnie. Musi być. Nasza ziemia nie jest wyjątkiem. Zarazki wędrują z promieniami w nieskończoność, osiadają na puste obszary kosmiczne i tam zakładają nowe życie. Tak myślę – to przyciąganie planet musi się gdzieś kończyć, lecz w początek i koniec nie wierzę. Dla mnie wszystko istniało zawsze, tylko bez przerwy się zmienia. Sądzę, że mój drogi Ojciec fruwa w cząstce pustynnej jako atom lub cząstka atomu jednego z ziaren piasku, że jego dobre serce bije w głębinach oceanu, dając rybom oddech, że wszystko jest względne, płynne jak pojęcie czasu i materii, dlatego ja na naszych polach przeżywałem szereg razy swoją śmierć. Tak, Zosiu, nie uwierzysz. Zakuwałem się w ciszę listka wierzby, by z nim razem oddychać, by za życia przeżyć to, co mnie czeka po śmierci. Dlatego śmierci się nie lękam, jestem z nią za pan brat.

Wiem, niektórzy z Wielkiego Bukowca uważali mnie za idiotę, sądząc, że jestem lekkoduchem, że fruwam ponad rzeczywistością lub, jak mawiał ojczym Brzózka: ,,Takich darmozjadów ja nie cierpię, którzy nauczyli się żyć na czyjś koszt. Poszli do miasta i czekają, że im chłop da za darmo, a jak chłop nie wyprodukuje chleba, to miasto zdechnie z głodu” – tak mówił. Lecz ja nie byłem darmozjadem, ja chodziłem do szkoły i pracowałem w pocie czoła całą swoją młodość do dziś dnia, więc do kogo ta aluzja? Niektórym wydaje się, jeśli ma ktoś prawdziwe szczęście w oczach, potrafi je pieścić, kochać świat, ludzi, przyrodę, rozpłakać się z nią w rosę, rozkołysać się w kwiatach łąki, pofruwać razem z jaskółką, zamoczyć się rybą w głębiny oceanu, odczuwać piękno na co dzień jak głód i sytość. To taki człowiek musi być nienormalny i tak jest, on nie jest w normie przeciętności, jest ponad normę, dlatego przeciętny charakter go nie rozumie, lecz mu zazdrości i potępia – myślę.
Ile jest ludzi na kuli ziemskiej, tyle jest różnych częstotliwości w człowieku i zlać ich w jedną całość niemożliwe, dlatego my tylko odróżniamy pewne grupy, pudełkujemy ich dla wygody. To samo, gdy pójdziesz, Zosiu, do lasu, podobno wszystkie drzewa są okrągłe, lecz ja widzę w każdym drzewie różnicę. Ile jest drzew, tyle jest różnych odmian ich charakteru. W to wierzę – więc nie uważaj mnie za wariata, mimo, że się malarstwem – poezją i muzyką zajmuję, jestem bardzo często szczęśliwy odczuwając podskórny bieg tętna ziemskiego – tonąc w zadumie twarzy księżyca, rozgniatając listki kapusty na nicość lub wchodząc między żebra gwiazd kosmicznych albo płynąc Twoimi żyłami, by Cię pocieszyć, że jesteś piękna. Jestem szczęśliwy, kiedy panuję nad sobą, lecz chłonę z rozwartymi ustami wszystko, co się da, robiąc selekcję w ułamku sekundy przed zapadaniem w usta, jakby odsiew plewy. Tak postępuję z reguły, więc widzisz, ile trudu zadaję sobie włącznie z biczowaniem intelektu. Człowiek nie powinien zasypiać w samouśpieniu, powinien zadawać sobie ramy duchowo, intelektualne, by zauważyć, ile jest do poznania wokół niego, a zdolni jesteśmy poznać tylko cząstkę tego bezkresu wiedzy, więc chodzi o obudzenie, kiedy jesteś zmęczona, nieszczęśliwa, połóż się do łóżka, chwyć pióro i pisz do mnie list jak do roześmianej róży albo do kąkola w zbożu, albo do obrazu, który sterczy w Twoich zmysłach. Pisz to, co Ci do głowy wpadnie, a przejdzie melancholia i załamanie, wróci chęć do życia, nowy zastrzyk. Pamiętasz, jak wołałaś: ,,Władek, Władek, Władek, podaj mi pióro, atrament, papier, napiszę list do Geni Rudnickiej. Wiesz, ona wyjechała tęskno mi za nią”. Leżałaś wtedy chora na grypę, obłożona kocami jak małe jagnię po urodzeniu, kiedy matka liże je, by wysuszyć, by się nie przeziębiła. Tak jak ciebie ocierałem z potu.
Miałaś oczy przyćmione warstwą lęku, serduszko ledwo tykało, lecz upór chęci życia dominował w Twojej krwi, nie poddawałaś się. Matka mówiła: ,,Dbaj o Zosię, Władku, jadę 'kąpać' do Czarnegolasu. Tu masz proszki od grypy, tu jej podgrzejesz zacierki, może coś zje” i pojechała.

Rano jadło się zacierkę z pszennej mąki chudo zakropiona kozim mlekiem. Chleb tylko smalcem posmarowany, masło było rzadko na stole, a jajka tylko ciężko pracującym, żywność była droga. Ludzie wiązali koniec z końcem, by wyżyć.
Pamiętasz, jak Ojciec ciął zapałki na pół, kręcił machorkę w gazetę, by ulepić papierosa. Później już kupował bibułki do kręcenia papierosów, lecz gotowych nigdy nie palił. Każdy żył jak najtaniej, jeśli chciał się w życiu czegoś dorobić. Elektryczności nie było, tylko przy zakopconej lampie naftowej spędzało się wieczory.

Ojciec latem wyjeżdżał na Żuławy kosić zboże, by wrócić z bojtelkiem grosza na zimę. Ja z Zosią zbieraliśmy chrust na opał, który Suwalski w konie przywiózł, nikt się żadnej pracy na wsi nie wstydził. Każdy harował jak mógł, a bezrobocie było coraz większe i o pracę bardzo trudno, dlatego ludzie wyjeżdżali sezonowo na Żuławy lub do obszarnika, których w Polsce sanacyjnej było dużo. Obok nas rozciągały się obszary dziedzica Lorbieckiego, który mamie za poród dał 100 złotych. To było bardzo dużo, chłop przy kosie dostawał 2 złote na dzień i wikt, to jeśli wybudowaliśmy swój dom, to tylko dzięki zarobkom matki. Pamiętasz, Zosiu, jak liczyli pieniądze z taką radością, jak matka zarobiła, była obwodową akuszerką mając kilka wsi w obwodzie, ojciec zawsze plunął na ten grosz: "Na szczęście” - mawiał i chował pod podłogę, gdzie wchodziło się do piwnicy w pudełko blaszane, nierdzewne. To pudełko mam do dziś, lecz puste. Ja też radowałem się na widok pieniędzy, one jednak jeszcze długo będą dominować w porachunkach międzyludzkich mimo narastania komunizmu na świecie, grosz kocha każdy, jak i każdy chciałby mieć swój własny domek. Ma ku temu prawo, gdyż rodzina jest podstawą bytu każdego państwa. Chodzi tylko o to, by sprawiedliwie rozdzielać majątki, gdyż koncentracja nadmiernego kapitału w jednych rękach rodzi nędzę wśród ludu.
Lecz chłop, który pracuje u siebie, też chciałby mieć lepiej i lżej w życiu. Takie problemy rozważałem, stojąc oko w oko z nędzą wiejską.

Do gimnazjum chodzili tylko zamożni, którym zawsze zazdrościłem. Przed wojną skończyłem zaledwie 4 klasy szkoły w Wielkim Bukowcu, a gimnazjum czy studia wyższe były dla mnie marzeniem ściętej głowy – nie jak dziś, każdy ma naukę za darmo i jeszcze się nudzi uczyć.
Pamiętasz, jak Janek Kosecki jeździł do Skórcza przed samą wojną do szkoły siedmioklasowej, to już zadzierał nosa, a był ten sam rocznik, co i ja i lepiej się ode mnie nie uczył. Nas na to stać nie było, lecz za to studium przyrody miałem za darmo, to wpłynęło, że tak bardzo kocham wieś do dziś, którą doskonale rozumiem. Kiedy wczesną wiosną wracam z pola Raszei opalony na Murzyna, obok nas pod Bożymęką śpiewali akurat ,,Ave Maryja”, wiózł na wozie zieloną koniczynę, która tak pachniała, że pokochałem ją. Wóz był cały oblany szarym błotem - ten ugier ziemi kocham najbardziej. Wchodziłem na zaorane pola, klękając, łapałem ziemię w buzię, by się nią nasycić, pieszczotliwie obwieszały się grudki ziemi dookoła warg, jak pszczoły kąsały moje dziąsła – pozwalałem. Zapach tej ziemi na zawsze wrósł w moje powonienie – tak ją pragnąłem utrwalić. Wtedy wrony biegły skibami, by złapać jakiegoś robaczka lub muszkę w swój zachłanny żołądek. Nigdy taki ptak nie jest syty, całe życie by tylko jadł podobnie jak gęś czy kaczka.

Wiosna wyzwalała wszelkie uczucia w człowieku. Zieleń budziła się ze snu zimowego, zwiastując dłuższe weselsze dni, w których rolnik może się pomieścić z sobą i ziemią. W powietrzu krążyły bociany, robiąc gniazdo na stodole Koseckiego, klekotały. Pamiętam ciepłe wiosny, kiedy już w marcu biegało się boso, gdyż przez dzieci najprawdziwsze witanie wiosny, gdy można wybiec boso po ciepłej ziemi. Wiosną kobiety przebierały ziemniaki w kopcach, co zgnity wyrzucały za burtę. Gawędziły biorąc każdego żywego na język, że ich język nigdy nie zabolał, dziwiłem się. Potem odbywało się sadzenie ziemniaków, większe cięło się na pół. Ja kopałem szpadlem dołki. Ty wrzucałaś w nie po kartofelce dźwigając pełen kosz pod ręką, musiałaś się uginać, by trafić w otwór jak w paszczę wilka, tę czynność robiliśmy bardzo szybko, aż spociłaś się – mówiąc: ,,Władek, kop wolniej, bo zamęczysz mnie”. Tak się uginałaś w kolanach jak ruchoma rzeźba. Zrobiliśmy przerwę, siadając na skraju łąki, pamiętasz te skowronki - unosiły się pionowo w górę jak helikopter, ruszając skrzydełkami, zawodząc melodię. Cieszyły się życiem pełne dynamizmu, osiągając swój pułap opadały pionowo w dół jak kamienie, by zaryć się w cichą zieleń. Ile razy dziennie startowały, tego nie wiem.

Patrzyłaś w niebo, mrużąc oczy, wtedy w załamaniu nosa robiła się lekka bruzda, podobna do bruzdy wyoranej pługiem, nachodziły Cię drobne piegi na policzki występowały różowe plamy jak rozkwitające blade róże. Byłaś małomówna, zadumana w tej ciszy dnia, gdyż jak ja – kochałaś przyrodę. Oddając się jej fluidom, pytałaś: ,,Władek, co najbardziej lubisz na naszym horyzoncie ? Czy widzisz zmęczenie chmur, jak opadają w jezioro, skąd one biorą początek ?” Powiesz: ,Myślę, że z jeziora”.

- Głupstwa gadasz, to po co tam spadają?

- By za chwilę znowu wyparować – odrzekłem.

- A ziemia też paruje?

- Owszem.

- Widzisz te krzaki, jak puszczają bazie?

- Widzę.

- One są jak ustawione miotły z chrustu, liżą powietrze.

- A ty łamałeś. Nie niszcz przyrody, proszę, Władku.

- Dobrze, nie będę – kilka kijków na piszczałki to im nie ubędzie – zresztą one się tak rozmnażają. Już niedługo przerosną całe łąki.

– Widzisz?

- Widzę – odparłem.

- Można z tego narobić koszy naciąć.

- Nie, na to nie pozwolę.

Żałowałaś każdego kijka. Za rowem rozciągały się łąki niczyje, gdzie ja buszowałem, pasłem krowę. Tam też wypasała Hania Graczowa swoją siwkę. Były to tereny bagniste. Kiedyś robili tam torf, teraz zarastają krzakami. Po środku biegnie głęboki rów, przez który to skakaliśmy do upadłego.

Zimny podmuch powietrza studził nasze rozważania i wróciliśmy do sadzenia. Zosia wypoczęta po zjedzeniu kanapki, którą Matka czule wepchnęła do kosza, dając dzbanek ciemnej kawy z sobą w pole. Teraz pracowała lepiej, jej rączki nabierały po trzy, cztery kartofle naraz.

Na skrzyżowaniu naszego półhektarowego pola, które kupiliśmy z parcelacji od Lorbieckiego, stał krzyż pod bardzo gruba topolą. Hitlerowcy na początku wojny wycięli go, jak i rozebrali Bożą Mękę we wsi. Topola ta była wysoka. Wysoko na suchych gałęziach wieczorem zbierało się stado szpaków, nucąc „ludowe pieśni”, podobno wtedy odbywały gody. Pod tym drzewem latem najwięcej zostawiłem śladów, chroniąc się przed deszczem, przed upałem, przed obcymi ludźmi.

W niedzielę, pasąc krowę, rozkładałem swoje długie ciało wzdłuż drogi. Obok rosły kwitnące żółcią mlecze, które w moim układzie ciała dotykały mych oczu. Zaczynając dialog piękny z sobą, czułem jak dostojnieją w sobie, okrąglając z zachwytu, mlecze te utknęły w mój wzrok tak boleśnie, że się rozpłakałem. Jakaś to piękna konstrukcja kwiatu - myślę. Żaden artysta nie jest w stanie stworzyć takiego piękna. Obserwowałem już od kiełkowania, z ziemi wychodzą trzy ostre listki, by chronić trzon główny, który wyrośnie w owoc i na swej długiej mlecznej nóżce wydźwignie kwiat wysoko. Piękno natury jest nieskończone – myślę.

W niedzielę, kiedy rolnicy odpoczywają, pola wydają się jeszcze piękniejsze, wtedy oddychają spokojnym rytmem rozkoszy. Cisza jest potrzebna zieleni – myślę, by mogła dojrzeć w sobie, by rozwinąć swoje tajemnice, do których my dojścia absolutnego nigdy nie będziemy mieli – myślę i leżę w tym żółtym morzu , się w nich jak pszczoła. Skaczą z kwiatka na kwiatek zapachem wodzony świat rozpływa się we mnie łagodnym plastrem miodu.

Zieleń wykuwa znamię w białku, powstają obrazy znaku jak trumny złociste w mym ciele samotnika. Powstają nawarstwienia strupów czułości niby wrzód wygojony, lecz warstwą nawierzchniową wre. Tak czuję, wżerając się w cień swoich krwinek jak robak bezczelnie bezlitośnie w głąb natury, gdyż czuję się cząstką jej tej ogromnej mazi spraw boskich i ludzkich . Siedząc na kwiatku piękna sam na sam z wiatrem, rozpalając czas niczyj do ust żaby, która wpatrzyła się we mnie jak w twórcę , chyba nie połknę jej ani ona mnie – myślę. A myśl zatacza coraz większe kręgi nagości. Siedząc na łąkach Wielkiego Bukowca, nawet muchy obsiadły mnie jak padlinę, skacząc natrętnie do wzroku , by wypić mój pot szczęścia . Takiego zlania się z przyrodą zazdroszczą nawet owady, chrobocąc zjadliwie w mych spodniach jakieś żuki – komary, chrabąszcze , bąki, wszystko na mnie leci jak na ul miodu. A jestem tylko kawałek mięsa podwędzonego swoim potem bez oliwy spieczonego w tym pożarze słońca rozkoszy umysłowej.

Twarz wcisnąłem w darń. Teraz horyzont sprowadzam do ostrych nożyc traw, na których błyszczy poświata światła i cienia – światło poleruje żyłki do gładzi niespotykanej – cień zlewa spokojem nierówności brył boskich w jedną wielką kulę szczęścia, w którą ja, Władek Popielarczyk, pęcznieję. Czy wytrzymam jadro tego pojęcia?

Mój krwiobieg napawa strachem, niby cofam się rakiem do wyjścia przyrody, lecz kołatanie pokusy prze do przodu w takim układzie lenistwa opadam z sił aż do poddania się , kiedy rzeczywistość przeradza się senną zmorę snu.

- Zasnąłem…

- Wstawaj, wstawaj… wstawaj…

Okropny ryk przeszył moje biedne uszy

- Ty nicponiu!

-W samym środku łąki oczy moje rozdarte z błogiego snu widzą obracający się bicz dozorcy pana Lorbieckiego. Razy ostrej skóry tańcowały po moich plecach jak żmije jadowite. Zanim ocknąłem się na dobre, plecy pokrył ból sińców.

- Ja cię obudzę zaraz - kopnął mnie w dupę tak mocno, że zawyłem jak ranny dzik. Robiąc skurcz żaby do skoku, przewinąłem się kilka razy przez głowę.

Jego ognista paszcza rozdarta na tle nieba wyglądała jak przepaść piekielna. Poddarłem swoje sińce do pionu zajęczym skokiem dałem susa w krzaki.

- On gonił.

- Ja ci dam kulać obcą trawę przed samym koszeniem – wrzeszczał jak opętaniec.

W krzakach już czułem się bezpieczniej, wdrapując się w ich gąszcz. Straciłem go z oczu. Tylko okropny krzyk zwiastował, że mój kat poniósł karę.

- Ratunku, ratunku – ratunku, Ty psi synie przez ciebie wpadłem w bagno.

- Tonę….

- Nie wiem, czy utonął.

Wyrwałem się z krzaków , biegnąc w przestrzeń niczyją co sił opętany nienawiścią do katów. Biegłem aż po łan zboża Osowskich. Tam czułem wybawienie. Usiadłem spokojnie, obliczając swoje sińce.

Były to czasy, kiedy chłopak do lat 21 musiał być wszem siłom starszym posłuszny jak bezkrwisty patyk uległy grymasom dojrzałych ludzi. O mojej inicjatywie mowy być nie mogło, dlatego tak czułem się poniewieranym stworem, niepotrzebnym listkiem natury.

- Nachodziły mnie załamania , zwątpienie w sens istnienia w ogóle.

Wszędzie na mnie czyhały pułapki , zagadki albo kłuło słońce oczy do granic wytrzymałości. Czułem się nieraz zwiędłym kurzem w czyjejś dłoni, opryszkiem, nicponiem czy darmozjadem w ustach urzędnika.

Godność prostego człowieka w tych czasach była podważona.

Pamiętasz, Zosiu, jak nam studnię zawalili nocą Szarmachy , wygrażając Ojcu : ,,Ty bosy Antku, tam wrócisz skąd przyszedłeś”. Wygrażali pięściami jak bandyci. Ojciec mój pochodził z Kongresówki. Miał tam niewielkie gospodarstwo rolne, kiedy po I wojnie światowej następowała inflacja, pieniądz z dnia na dzień tracił szalenie. Wtedy Ojciec sprzedał gospodarkę, wyjechał na Pomorze, by kupić coś nowego, lecz oszukał się .Po miesiącu czasu za pieniądze te mógł nabyć tylko 1/10 część wartości. Więc popadł w nędzę. Na Pomorzu poznał moją mamę Walerię Belicką i tak się pobrali, zaczynając swój staż małżeński od zera. Matka w 1926 roku poszła uczyć się za akuszerkę w Poznaniu, a Ojciec w tym czasie po spłodzeniu mnie poszedł do wojska , służba czynna . Urodziłem się w Szteklinie, powiat Starogard ,nad mokrym jeziorem , lecz po roku przeprowadziliśmy się do Wielkiego Bukowca. Suwalski odstąpił nam skromny wilgotny pokoik i tak się zaczęło. Matka zarabiała, roznosząc niemowlęta w wielkiej torbie akuszeryjnej . Ojciec robił, co się dało, był najemną siłą u obszarników w sezonie , więc sąsiedzi trochę zazdrościli, kiedy w 1931 roku wybudowaliśmy z białej cegły swój domek w Bukowcu.

I tak się zaczęły intrygi Szarmachów. Były to bardzo niesmaczne intrygi . Najpierw chodzili do nas jak najwięcej, od rana do wieczora okupowali nasze pokoje. Potem ubodła ich zazdrość , dawaj zemstę rozplatać , tak się zaczęło. Byłem świadkiem tych brudnych spraw aż gardło mi puchło od nadmiaru połykania goryczy. Ojciec był człowiekiem szlachetnym, za grosz nie chciał nikogo oszukać. Pamiętasz, jak pracowali cieśle. Ojciec przy wypłacie:

- Panie Popielarczyk – chcielibyśmy nasza zapłatę – dopominali się pod koniec pracy. Dobrze, dobrze – rzekł ojciec – ile wam się należy? No chyba – zastanawiali się – 300 złotych. Zaraz wam przygotuję. Poleciał do swojej skarbonki i przeliczył pieniądze spluwając na każdy banknot czule. No , macie pieniądze - powiedział – dał 300 złotych. A tu macie 50 złotych dodatkowo za solidność – odrzekł i dodał - Dziękujemy, dziękujemy panu – szybko chuchali na gotówkę, przeliczyli i schowali . Byli bardzo szczęśliwi, że otrzymali bez targu nawet z nadwyżką swój zarobek , tak szczodrze rzadko kto wynagradzał we wsi. Byłem szereg razy świadkiem Ojca szczodrości i hojności. Zawsze bał się kogoś oszukać czy być niesłowny lub kogoś wykorzystać.

Matka była trochę inna- odważna, wojownicza, bezkompromisowa. Ojciec przed każdym skandalem sąsiedzkim trząsł się ze strachu jak galareta czy tchórzostwa. Tego nie wiem, lecz zawsze szedł na kompromis i na ugodę. Matka nie. Więc kiedy nam zawalili studnię graniczną , siejąc przekleństwa przez płot, Matka pojechała na Policję w Skórczu. Przyjechał wyposażony porucznik w niebiesko-granatowym mundurze.

- Panie poruczniku – krzyczała – oni nam zawalili studnię, widzi pan. Porucznik chrząknął – widzę. Wyciągnął notes , coś napisał, obwąchał teren, usiadł na rower i odjechał. Tak miesiącami trwało i nic nie zwojowaliśmy. Ojciec postawił obok studnie granicznej swoją nową studnię, gdzie przy kopaniu jej odbywała się prawdziwa wojna. Szarmach – najgorszy był stary: ,,Ja ci nie pozwolę kopać” –wrzeszczał – jeszcze tego pożałujesz – wygrażał pięściami. Jeden z jego synów siedział w więzieniu za przestępstwa .Ten wygrażał bronią.

Cóż mój biedny Ojciec zawinił, że wykopał studnię na swoim placu? Taka była nienawiść wśród różnych ludzi. Przeżywałem to jak zmorę miałbym połykać w ludzki dzień.

Ty ,Zosiu, byłaś oddalona od tych problemów, byłaś za delikatna na ten łańcuch cierpień. Zawsze oblał Cię strumień róży po delikatnej cerze policzka. Nosiłaś się prosto jak dzban alabastrowy w naszym podwórku. Kiedy rzekłaś – mój ty braciszku drogi – jesteś przeziębiony, żal mi ciebie, chodzisz z krową po rowach w zimnym wietrze późną jesienią, ja natomiast robię tylko wrażenie gospodyni, wstydzę się swego wzrostu i jestem w ogóle nieśmiała. Na krzyk czyjś od razu kołacze mi serce. Ty jesteś odważny pełen sił ,Władku – rzekłaś. Gotując mi na przeziębienie zioła, nadchodziła następna jesień, w powietrzu wisiał smutny cień brzmiący w pożogę wojenną. Hitler zajął Austrię, wygrażał światu, Mussolini podnosił głowę po podbiciu Abisynii, Japonia się zbroiła, w powietrzu wisiał bat zgrozy. Słyszałem, jak chłopi politykowali, podnosząc patriotyczny gest do góry, że my ani guzika itd.

Ciebie, Zosiu, te rzeczy nie obchodziły. Ty fruwałaś zdrowo, lecąc w czerwonym bereciku jak Czerwony Kapturek po cukier do karczmy w Bukowcu. Były dwa sklepy, raz kupiłaś mi „murzynki”. Była to czekolada nadziewana kremem w kształcie murzynka. Twoje dobre rączki wręczyły mi coś, co bardzo lubiłem, a słodycz zawsze wpadała mi błogo do gardła rozluźniając kanały kiszek. Słodycz jak najczulsza pigułka dobroci z Twoich rąk, Zosiu. Tak mijał czas z naszych dziecinnych chwil, mijał nas, dodając lat.

Lecz czasy szły jak żądło w pulchny pień – ostro. Zaostrzyło się powietrze. Nawet chmury zwiastowały grozę. Tak ciężko wisiały nad Bukowcem, jakby miały rodzić wilka lub ciężarną krowę. Wszystko wisiało otyłe , nawet trawy były bardziej oporne pod kosą. Nie wiem, cóż zawinił pulchny świat, że tyle przestróg naraz się objawiło. Czy ten świat to pijana beczka, która musi pęknąć pod nadmiarem opicia się – czym – gniewem czy dobrem – coś tu szwankuje – tak rozmyślałem dniami i nocami. Chłopi coraz częściej – ustawił konia w cieniu i dawaj rozpruwać swoje myśli, a myśli mieli zdrowe jak dobrze nałożone gnaty – tak rozprawiali godzinami , że w Hiszpanii tam faszyści doskonalą broń, że Mussolini to potężniejszy faszysta od Hitlera i, że „Mein Kampf” to idea połknięcia nas itd. Ja wsłuchany w tę politykę jak rosnące młode drzewo wrastałem w obłęd zamieci, która stała nad światem i ani rusz nie chciała się rozejść. W Bukowcu zaczęły się manewry. Przyjechało polskie blade wojsko, byli wszyscy w złym humorze, na rowerach, na koniach pod drzewami uginali się jak chrabąszcze . Mundury mieli brązowo-żółte i ten zapach skóry ich pasów coś kręciło mnie w nos aż głową kręciłem , lecz imponowali mi – w Chełmach lśniąc jak owoc na drzewie. Chełmy były na wzór francuski. I wtedy stanęła kuchnia na naszej ulicy. Ja pierwszy podbiegłem , zapach ryżu z boczkiem tak unosił się, aż wszystkie muchy i osy zbiegły się . Owszem, baby bukowieckie również. Każdy prosił o skosztowanie tej super zupy , której nigdy smaku nie zapomnę .To było nad wyraz smaczne , jeszcze dziś język mi gdacze na wspomnienie. Wieś była usłana kurzem od stóp koni , one drżały jak ostre panienki, chcąc uwodzić życie, a zapach tych koni był prawdziwy. Żołnierze też byli prawdziwi.

Dzień był tak upalny, tak utkany upał, w cichy mój dom zawisł . We wsi robiło się coraz gwarniej od wyrostków nie mogących znaleźć pracy . Czasy szły coraz gorsze , a jeść chciał każdy.

Niedziela była zawsze dla mnie odpustem ostatecznym , wtedy czuło się najgęstsze powietrze , w który każdy leń – wyprostować kości – nasycałem się godzinami .Ludzie biegli do kościoła rzędami jak kaczki , wystrojeni , potem na odwrót . Na łuku czarnoleskim widziałem ich jak obwieszone winogrona na mocnych łodygach błyszczeli . Było to ostatnie lato pokoju. Na Pomorze od Grudziądza i Bydgoszczy jechały transporty żołnierzy lśniące w słońcu jak kolumny złocone stali sztywno z największą powagą , w pozie: „Nie oddamy ani guzika” . Gdańsk jest nasz , a w Gdańsku coraz więcej umundurowanych „SS” – Westerplatte szykowało się do obrony.

Pamiętasz ,Zosiu, jak z Gdyni przyjechali marynarze i budowniczowie na urlopy, jak orkiestra strażacka grała nad stawem, a przez wieś maszerowały kolumny młodszych ludzi w beretach. Śpiewali. Mundury były niebieskie , berety czarne. Jacyś „Narodowcy” itp. A po wsiach chodzili grajcy, śpiewacy i znachorzy – śpiewali o Hitlerze źle.

Rodzice byli skupieni nad losem czasu, coś planowali , lecz szczegółów nie pamiętam i tak nadszedł 1 września 1939 roku. Radio ogłosiło już wcześniej mobilizację do wojska. Zaczęli się wszyscy pakować , my też, niby uciekać przed Niemcami - dokąd? Kiedy już 1 września obok Bukowca na skrzyżowaniu spod Borzechowa jechały kolumny zmotoryzowane. Ludzie wybiegali na ulicę , krzyczeli to Anglicy na pomoc zdążają. Z Zosią pobiegliśmy na to skrzyżowanie, miałem wówczas 14 lat, i co – na motocyklach siedzieli hitlerowcy z bronią gotową do strzału, potem ciężarówki pełne żołnierzy , pruli na Grudziądz. Tak przez 3 dni. Potem słychać było wybuchy , padałem na ziemię i nasłuchiwałem, jak ziemia się trzęsła. Ojciec zawrócił z bagażem z powrotem do własnego domu, a popakowane były worki mąki . słonina , kartofle , odzież , oleje itp. Ojciec był bardzo zdenerwowany, że to Niemcy a nie Anglicy są już tu.

Po kilku dniach zajechało wojsko do Bukowca niby na kwatery, a w rzeczywistości robili wywiad przeciw ludziom, patriotom. Matka znała język niemiecki , ja kilka słów , więc często byli to Niemcy mieszkający przed wojną na Pomorzu, by zabrać Matkę do porodu, a teraz ci młodzi powkładali mundury „SS” i „SA”, paradując po ulicach. Pamiętam ,Zosiu, pewnego ranka zajechało auto z żandarmami pod Bożą Mękę, która była potłuczona . Chrystus leżał na ziemi w mrowiu szkieł i płakał, wiec wystawiłem nos za furtkę :,, hej, hej, kom hier – kom hier” – wołał jeden żandarm. Matka mówi :,, woła cię Władku” – więc poszedłem, a on obrócił szereg razy pałkę gumową po moim grzbiecie. Zakołysałem się, nawet gwiazdy naszły mnie . ,,Hat das gemach – du ferfluchte Schweine” – tak zwoływano ludzi, by rozbijano te biedną Bożą Mękę, gdyż znaleźli pretekst do tego. Sami nocą rozbijali i ścinali krzyże. Ludzie wołali:,, nadjechał Lucyper”, lecz najgorsze nas dopiero czekało.

Cdn.
 
wstecz   dalej »
REKLAMA



 
Top! Design by Mamboteam.com! Top!