TADEUSZ MAJEWSKI. Niezwykła muzyczna historia malutkiego Ryzowia
środa, 01 luty 2012
Nie ma niestety w książce Józefa Milewskiego „Dzieje wsi powiatu starogardzkiego” nic na temat Ryzowia i Mieliczek. Nie pozostaje nam więc nic innego, jak zrekonstruować tę historię z reporterskich zapisów. Jeden z nich dotyczy ściśle związanej z Ryzowiem rodziny Bielińskich.

Bielińscy na Ryzowiu
Tomasz Bieliński rodziną mieszkał w Subkowach. W 1920 roku, na wojnie polsko-bolszewickiej, zginął jeden z jego synów, Jakub. Ofiarność Bielińskich doceniło państwo polskie i dało im dworek z 14 hektarami na Ryzowiu pod Skórczem...















Bielińscy przyjechali na Ryzowie i zaczęli gospodarzyć. Synowie Tomasza bardzo interesowali się muzyką. Skąd to się wzięło, trudno powiedzieć, bo Tomasz z muzyką nie miał nic wspólnego. Może to zainteresowanie i talent odziedziczyli po dziadkach, a może po prostu zrodziło się to na Ryzowiu. Czasy były wtedy muzyczne - ludzie grali po wioskach, organizowano konkursy i przeglądy wiejskich zespołów muzycznych, istniejących na ogół przy kościołach. A może wpływ na to miały stare drzewa i tajemnice dworku, w którym mieszkał przed nimi Niemiec Ryza – wolnomularz. Nazwa Ryzowie wywodzi się od tego nazwiska.
Dworek na Ryzowiu, zniszczony po wojnie, miał werandę, witrażowe szkła w oknach, był skanalizowany.



Dworek na Ryzowiu w okresie międzywojennym.



Widok na centrum Ryzowia, gdzie kiedyś stał dworek. Fot. Tadeusz Majewski, styczeń 2012 r.

Jan grał na kornecie
Jan (ur. w 1912, zm. w 1970), jeden z synów Tomasza, często zaglądał do odległego o kilometr Skórcza, gdzie z zapałem ćwiczyła orkiestra Katolickiego Stowarzyszenia Męskiego. Zaczął grać w orkiestrze na kornecie. Później z orkiestry KSM-u przeszedł do orkiestry miejsko-strażackiej (przed wojną w Skórczu istniały dwie orkiestry dęte!). W 1938 zaciągnął się do 2 Pułku Szwoleżerów Rokitniańskich. Od razu znalazł miejsce w orkiestrze wojskowej. Jako że była konna, musiał bardzo uważać. Co innego stąpać po ziemi i dąć w ustnik, co innego robić to w siodle. Musiał też uważać na konia. Gdyby się spłoszył, mógłby pozbawić kornecistę zębów.
Po klęsce wrześniowej – jak wielu Kociewiaków - znalazł się w Wehrmachcie, a potem w polskim wojsku. Był między innymi pod Monte Cassino. Czy grał w orkiestrach – nie wiadomo.


Powroty synów Tomasza
Po wojnie synowie Tomasza zaczęli wracać do na Ryzowie. Jan stosunkowo późno, bo w 1946 roku. Przyjechał bez kornetu. W orkiestrach wojskowych nie ma własności prywatnej. Przywiózł natomiast włoski akordeon dla brata, Bernarda, mieszkającego w Skórczu.
Spośród synów Tomasza Bielińskiego - Antoniego, Bernarda, Jana, Alojzego i Jakuba (zginął na wojnie w 1920 roku) - największą smykałkę do muzyki miał Antoni. Przed wojną grał w Toruniu, Bydgoszczy i w „radiach". To on spośród braci Bielińskich pojawił się pierwszy w Skórczu, bo już 6 marca. Jako człowiek stosunkowo dobrze wykształcony i bywały w świecie postanowił wziąć się za zaprowadzanie porządków i został burmistrzem. Był nim krótko, bo od marca do maja. W maju musiał się salwować ucieczką. W tym czasie władzę rozdawało radzieckie wojsko, a radzieckie wojsko z przyczyn ideologicznych nie lubiło skrzypków. Oprócz Antoniego musiał uciekać też pierwszy powojenny sekretarz magistratu w Skórczu, Józef Chyła. Szczęśliwie dojechali pociągiem do Smętowa, tam się rozdzielili. Chyła nie miał szczęścia - złapali go i wsadzili na 8 lat do więzienia we Wronkach. Antoniemu udało się uciec za granicę. Na Zachodzie pięćdziesiąt lat stroił instrumenty muzyczne, a na jesień swojego życia wrócił do Skórcza. Tu został pochowany.

Jan – jeden z kapelmistrzów
Kiedy Jan przyjechał z Włoch, w Skórczu nie było orkiestry. Zawiązała się dopiero w 1956 roku. Bez orkiestry dętej l-majowe obchody były nijakie, a co dopiero mówić o Bożym Ciele i pogrzebach. Powstała orkiestra strażacka. Z początku prowadził ją Władysław Szutta, potem Jan Bieliński. W dalszej kolejności kapelmistrzami byli Franciszek Gawrzyjał, p. Krzemiński, Kazimierz Szulc ze Starogardu i Longin Recki.
Bielińscy grali też w zespołach weselnych. Na jednym ze zdjęć z lat 60., wykonanym w Karszanku, są: Bernard Bieliński - akordeon, Władysław Szutta - trąbka, na perkusji syn Henryk, Jan Bieliński - trąbka. Grało się „Siwy włos" i "Kej sera".



Bielińscy grali też w zespołach weselnych. Na jednym ze zdjęć z lat 60., wykonanym w Karszanku, są: Bernard Bieliński - akordeon, Władysław Szutta - trąbka, na perkusji syn Henryk, Jan Bieliński - trąbka. Grało się „Siwy włos" i "Kej sera" („Que sera”).


Grało co drugie gospodarstwo
Na Ryzowiu na powrót rozkwitło życie muzyczne. Co drugie gospodarstwo, a było ich w sumie 17, grało na instrumentach dętych. Janusowie, Gajdus, Flisikowie, Kłos, trzech braci Dunstów, rzecz jasna Bielińscy - Roman, Henryk, Erwin i oczywiście kapelmistrz Jan, który wszystkich uczył muzyki, bo nieoczekiwanie odkrył w sobie zamiłowanie pedagogiczne.
Erwin Bieliński, syn Jana, urodził się w 1942 roku w Skórczu. Mieszkał w tym miasteczku całe życie. Był z wykształcenia masarzem. Od dzieciństwa obcował z muzyką, która wyznaczała pory dnia na Ryzowiu. Była też obecna w kalendarzu świąt. Gdy w jakiejś rodzinie zbiegło się kilka instrumentów na przykład na Boże Narodzenie, to dopiero robiła się niezwykła atmosfera. Nieco później ojciec zaczął go brać do straży na próby. Ćwiczył też na Ryzowiu, gdzie - dzięki kapelmistrzowi Janowi - wszystko, co grało tu i tam w okolicy, przyjeżdżało na rowerach koncertować w jednym zespole.
Niezwykłe to były czasy. Bez telewizora, nawet radia, głośników. Muzycy zjeżdżali się, szykowali instrumenty i czekali, kiedy wróci ten jeden, wysłany na rowerze do Skórcza z bańką na mleko po piwo. Koncerty odbywały się w parku. Mocno przeżywała to dzieciarnia, która potem garnęła się do muzyki.

Nikt nikomu nie przeszkadzał
Na Ryzowiu istniał wtedy jeszcze dworek, choć już mocno zniszczony z powody braku środków na remonty. Dzisiaj została po nim tylko przebudowana przybudówka i stara fotografia.
Na ten maleńkiej wsi można było ćwiczyć do woli. Gospodarstwo od gospodarstwa leżało daleko i dźwięk tenora czy trąbki nikomu nie przeszkadzał. W ogóle wówczas wiejska kultura muzyczna stała na wyższym poziomie niż w mieście. Miało to związek z polityką. Orkiestrę potrzebowano na 1 Maja, ale problem powstawał na Boże Ciało. Część instrumentów należała do muzyków, a część do straży. Na Boże Ciało sekretarz PZPR zamykał tę drugą część na klucz w remizie. Kto miał prywatny instrument i się nie obawiał, szedł i grał na Boże Ciało. Nie bali rolnicy - nie mieli nic do stracenia. Ci w mieście po takim występie mogli stracić pracę.
Tadeusz Majewski
Na podstawie relacji Erwina Bielińskiego 1998 r.