STANISŁAW KOSECKI: Była taka bieda, że cały Bukówiec plackami kartoflanymi pachniał
piątek, 13 wrzesień 2013
Wielki Bukowiec to wieś niezwykła. Wieś lokalnego pogranicza. Patrząc w stronę Starogardu czy Pelplina z perspektywy Wielkiego Bukowca widzi się tereny bezleśne, uprawne pola. Patrząc w drugą stronę, za szosę, widzi się ścianę Borów Tucholskich. To graniczne położenie wywarło swoje piętno na architekturze Bukowca - nieliczne drewniane bardzo stare domy są jakby wyjęte z Kasparusa, Osiecznej czy Osieka, równie stare domy z czerwonej cegły przypominają te murowane z Bobowa czy Kościelnej Jani. Ogólnie we wsi niemal fizycznie czuje się zapach historii. Jestem wojenny


TU I STĄD
Stanisław Kosecki mieszka w Wielkim Bukowcu od urodzenia, czyli od 1940 r. - Jestem wojenny - mówi krótko o sobie. Rodzina? Ojciec Józef Kosecki jest STĄD, matka Józefa, z domu Cerowska,  urodziła się w Semlinie. Józef Kosecki też był STĄD, urodził w 1895 r. i mieszkał w tym samym domu, w którym rozmawiamy.  Nie dość tego. Objął gospodarstwo po swoich rodzicach, Izydorze, który też urodził się TU w 1857 r. i  leży w Czarnymlesie na cmentarzu. I jeszcze nie dość tego.  Dziadek Stanisława też po dziadzie dostał. - TU Kosecki cały czas od wieków na tym był - mówi pan Stanisław. Na tym, czyli na tej jednej gospodarce, jednej i tej samej ziemi.

Józefa, żona Józefa
Ale dom był ze 150 lat temu w tym miejscu inny, bo Bukówiec (miejscowi wymawiają nazwę przez "ó" - red.) się trzy razy spalił. - To wiem z przekazu.  Inna sprawa, że za dużo tego przekazu nie wiem,  bo ja straciłem ojca w czasie wojny, w 1944 roku. Moja mama, Józefa, żona  Józefa, prowadziła gospodarstwo. A ten dom powstał po ostatnim pożarze w Bukówcu w 1872 roku. W tym czasie najprawdopodobniej zostały zasadzone te kasztanowce, stojące do dzisiaj  przed frontem domu. Tak się rozrosły, że by furtkę otworzyć, trzeba było wciąć się w pień drzewa.

Gbur to je mur
- Prawdę panu zaraz zreferuję... 
Tu pan Stanisław kreśli historię już wojenną, przedwojenną i powojenną. Według tej opowieści gospodarstwo Koseckich było kiedyś duże, 100-morgowe. Po wojnie zostało przedzierżawione na innych, bo na gospodarstwie nie miał kto robić. Ojciec pana Stanisława z wojny nie wrócił, starszy o 3 lata brat Zdzisław zginął tragicznie, bo rozkręcał pocisk w 1945 r., kiedy we wsi Ruskie jeszcze byli. Mama pana Stanisława, nauczycielka, została tuż po wojnie z nim i jego siostrą. Jako nauczycielka uczyła dzieci w Skórczu i potem w Bukowcu.
Pana mama  była nauczycielką? Wyszła za mąż za chłopa? Mezalians?
- Nie mezalians. Przed wojna mówili: "gbur to je mur", a dziś gbur to jest nędzarz...

Tak to jest,
jak chłopa nie ma

A pana losy jak się potoczyły?
- Wyuczyłem się za piekarza. Przeszło 20 lat pracowałem w piekarniach w Starogardzie. Dojeżdżałem z Bukówca.  A potem powoli, powoli zacząłem wracać do rolnictwa...  W pewnym momencie nie byłem już w stanie jednocześnie pracować w piekarni i na gospodarstwie. Musiałem jedno rzucić.  Przestałem dojeżdżać do Starogardu na początku lat 80. Tu, na gospodarce, nie było nic, wszystko było rozszabrowane przez wojnę. Tak to jest, jak chłopa nie ma... Człowiek się narobił, narobił i czas umrzeć, i pewnie nic lepszego nie doczekamy - wyrywa się Koseckiemu.

Gdzie się kto urodzi,
tam rad chodzi

A czego by pan oczekiwał?
- Zadowolenia z tej pracy, a tymczasem ona jest nierentowna. Jak się za tucznika dostaje 300 złotych, to już nie ma co o gospodarce gadać.
W głosie pana Stanisława jest dużo goryczy.
Zmieńmy temat. Wielu jest tutaj w Bukowcu takich jak pan, z dziada pradziada?
- Już za bardzo nie ma. Bardzo dużo napływowych. Starzy powymierali, młodzi za pracą powyjeżdżali, posprzedawali swoje.
Normalna na Zachodzie migracja. Czy to, pana zdaniem dobrze, czy źle?
-  Gdzie się kto urodzi, tam rad chodzi. Tak uważam. Ale może to  zależy od charakteru człowieka. Jeden człowiek się przywiąże do tych swoich spraw, otoczenia, a innemu wszystko jedno.
Ale czy to dobrze, czy źle, że opuszczają ziemię swoich dziadów, zrywają z tradycją życia w jednym miejscu?
- Dzisiaj takie czasy, że ludzie miejsce zamieszkania i zawód muszą zmieniać. Tylko że to nie każdy umie. Tradycja tak, tylko że wszyscy nie mogą na wiosce pozostać.

Moje dzieci do Warszawy nie idą
A pana dzieci?
- Moje dzieci do Warszawy nie idą. Jedna córka mieszka w Bukówcu, jedna w Czarnymlesie (ale to ta sama parafia). Syn w Pączewie, drugi razem ze mną gospodaruje. 
No to jest kontynuacja tradycji...
- Ale też i z tego wynika, że w mieście pracy nie dostanie i musi siedzieć na tej wiosce. Młodzież z wioch jest bez perspektyw. Córka po agrobiznesie mogła dalej iść się uczyć, ale czy było stać? Jak nastał przewrót, to myślałem, że zapanuje jakiś porządek. Chyba jednak za tej komuny było bezpiecznie i się lepiej żyło.
Ale punkty na studia dawali za pochodzenie i ze wsi dużo mniej studiowało niż dzisiaj.
- Studiują zaocznie...

Ja to zaraz panu udowodnię

- Że lepiej się żyło, to ja to panu zaraz udowodnię. Jak to może  być, żeby wójt zarobił tyle, co jedna wioska w podatkach nie złożyła na jego pensję? No i zastanów się pan sam. Taki wójt zarabia 7 tysięcy miesięcznie, a jest tylu ludzi w gminie, którzy nie mają na kawałek chleba. Mówią, że według odpowiedzialności się płaci, ale przecież to rada decyduje. Pan po świecie lata, to pan wie, jak to wygląda. A weźmy tych całkiem u góry. Ile oni zarabiają? Nieadekwatny zarobek do swojej roboty. A ile Balcerowicz ma, a ministrowie ile mają? Pięćset milionów. A jest wielu takich, że po śmietnikach chleba szukają.
Czy widział pan kogoś w Bukowcu, kto po śmietnikach chleba szukał?
- ...W Bukówcu może nie. Młodzi żyją z rent dziadków... A co będzie jak te dziadki umrą? Dzisiaj na gospodarstwie  ciągnik się weźmie i nie ma co robić. Gospodarzy teraz gnębią gorzej niż po 1945 roku, kiedy to była taka bieda, że cały Bukówiec plackami kartoflanymi pachniał, bo nic innego nie było.  Bo widzą wyjście z kryzysu tylko przez tego gospodarza. Tu tkwi sęk, żeby gospodarzowi zapłacić. Teraz już na wiosce jest bieda... Trzy  złote za świnię. Toć ona więcej pożre. Byczka chować dwa lata i dostanie za niego 1500 złotych, i to musi być dobry. A tu w Czarnymlesie było "Zwycięstwo", jedna z najlepszych Spółdzielni Produkcyjnych.
Ale sam pan powiedział, że ciągnik  się weźmie czy kombajn i rolnik nie wie co robić. A czy pan nie widzi zmian? Albo tego, że ludzie w niektórych wioskach wymyślają, co by tu innego robić, na czym by tu zarobić?
- Ja widzę, że pan mówi, jak ci z telewizji...

Każdy rok jak siekierą
Ale czego by pan oczekiwał od teraźniejszości? Wyjazdu za granicę? Wczasów? Był pan za PRL-u na wycieczkach?
- Nie byłem. Urlopy spędzało się na gospodarstwie... Wycieczki mnie nie interesują. Jestem po pięćdziesiątce. Do pięćdziesiątki  to jeszcze o.k., ale potem  to każdy rok jakby człowiek siekierą w łeb dostawał.
No więc co mogłoby pana ucieszyć?
- Ucieszyć, gdyby to była nie wycieczka, ale żeby to ten syn wiedział, że będzie miał lepiej od taty. A widoków nie ma. Ilu u nas jest rolników. Mniej więcej z piętnastu. Nie mówię o hektarowym czy mniejszym. Hektara nikt dzisiaj nie obrabia. Bieda jest wszędzie. A ci na dużych? Taki na  40-hektarowym gospodarstwie powinien sobie jak przed wojną w kapelusiku chodzić. Tymczasem ten na większym gospodarstwie ma większą biedę niż ten na małym.
Pan Stanisław odprowadza do furtki. Pan Stanisław - człowiek wojenny.
Tadeusz Majewski 2004 r.