REGINA KOTŁOWSKA. O tym co światła dziennego ujrzeć nie miało
niedziela, 06 styczeń 2013
Czas biegnie szybko, chociaż wydaje się, że opowieść tę usłyszałam zaledwie wczoraj.
Fascynują nas stare historie. Dreszczyk emocji przebiega wzdłuż ciała, gdy wkradają się w nie duchy, farmazony, gnomy, wiedźmy, czarownice, strzygi i inne paskudztwa, przysłane na ten świat by pogrążyć człowieka, by mu dokuczyć. A co jeśli prawda, głęboko zasypana i ukryta pod ziemią wychodzi na dzienne światło?
















W latach osiemdziesiątych – a  chciałam pisać kilkanaście lat temu, a to jest już kilka dziesiątek – rozpoczęli prace remontowe, właściwie prawie  na ruinach pałacyku w Rynkówce, jego nowi właściciele, państwo Marzena i Wiesław Ołowscy. Przyjechali tu, na ten zapomniany przez Boga, zakątek, zauroczeni tym, co, ze wspaniałej budowli mocno osadzonej w historycznych realiach kraju, zostało po komunistycznych rządach minionej dekady. Fundament jej pamiętał czasy średniowiecza i krzyżackie rządy na Kociewiu, by murami wznosić się ku czasom nowszym. Kilkakrotnie przebudowywane w wyniku różnych zawirowań dziejowych, przede wszystkim wojen, jakie nawiedzały okolicę, uzyskały ostatecznie kształt charakterystyczny dla neogotyckiego stylu. W takim też budowla została odrestaurowana i doprowadzona do świetności, dziś jako pensjonat „Grabowy Dwór” w Rynkówce.





W tych najstarszych średniowiecznych piwnicach, z których niektóre przedstawiają cechy charakterystyczne dla  stylu romańskiego, podczas prac polegających na usuwaniu piasku i ziemi z zasypanych pomieszczeń, znaleziono drobny szkielecik dziecka. Dodam, z dość poważnie zdeformowaną  czaszką. Być może było to poważne obciążenie genetyczne przekazane niemowlęciu w spadku po rodzicach, może wynik innego zbiegu okoliczności. Niemniej nie ulega wątpliwości, że wygląd wzbudził przerażenie nawet przypadkowych odkrywców.

Wyobraźnia sama się nakręca. Dlaczego ten noworodek został w tajemnicy pochowany gdzieś pod progiem głębokiej, starej, ciemnej i niedostępnej piwnicy? Kto był jego matką? Odkąd sięgam pamięcią w źródłach nigdy nie natknęłam się na żadne informacje o jakimkolwiek mezaliansie lub społecznie nieakceptowanych zachowaniach panien i pań tego domostwa, czy to w czasach, gdy był jeszcze warownym fortillium, czy też w późniejszych okresach. Nigdy też nie zanotowano, by niegodne rycerza, czy szlachcica,  postępowanie zhańbiło dobre imię któregoś z rodów. Co więcej zawsze w okolicy uchodzili za ludzi  prawych,  pobożnych i godnych najwyższego szacunku. Dobroczyńcy ubogich, fundatorzy świątyń, klasztorów i ich wyposażenia. Wielu piastowało wysokie funkcje świeckie – kasztelani, wojewodowie i  duchowne – mężczyźni biskupie, kobiety klasztorne. Zresztą samym usprawiedliwieniem są już ich sławne w dawnej Rzeczpospolitej nazwiska: Konopaccy, Kostki, Czapscy przez koligacje spokrewnieni z Ossolińskimi, Małachowskimi, Wielowiejskimi…
Może zatem matką dziecka była któraś ze służebnych? A jeśli tak, to czy widomy znak nieprzyzwoitości czy wręcz hańby w owych czasach, ukryto by w murach zameczka, czy pałacu, czy po prostu  w obrębie pomieszczeń gospodarskich – obór, stajni albo chlewów? 
A może mały szkielecik trafił do podziemi o wiele później? 



Raczej też nie ulega wątpliwości, że pochowane w piwnicach dziecko pochodziło z nieślubnego związku. Status takich istotek od początku był społecznie napiętnowany, chociaż historia zna i przypadki ich akceptacji, zwłaszcza w szlacheckich czy królewskich rodach. Niemniej ludowa tradycja traktowała je jako źródło wstydu, którego istnienie ukrywało się nie tylko przed światem, ale i przed najbliższą nawet rodziną. Śmierć zatem była najlepszym rozwiązaniem i dość częste są  przypadki zabójstw dzieci nieprawego łoża.

Sam pochówek też ma wielkie znaczenie. Czemu nie wyniesiono z domu tego, co się w nim narodziło? Można przypuszczać, że dziecię było niechrzcieńcem, nie tylko ze względu na poczęcie, ale i  odmienny, mocno zniekształcony szkielet czaszki. Jeszcze na początku XX w.  wszelką inność traktowano jak dopust boży, klątwę, karę. Jeśli dziecko takie przyszło na świat, to było obrazem bożego gniewu, albo, co gorsza ingerencji samego diabła. Żaden duchowny takiego „diabelskiego pomiotu” nie zechciałby ochrzcić i nie ma co tu nawet mówić o chrześcijańskim miłosierdziu i miłości bliźniego. Matka natomiast nie chciała, by choćby z wody znalazła spokój jego zagubiona duszyczka. Znienawidzone od początku swego istnienia.  Zatem  automatycznie znalazło się ono poza bramami kościoła, który odmawiał mu drogi do świętości czy choćby uświęconej śmierci. Istniały też stosowne zakazy uniemożliwiające chowanie ciał niechrzczonych dzieci w obrębie cmentarza. Stanowiły one wymowne podkreślenie wyłączenia poza wspólnotę wiernych. Takie dzieci trafiały do kręgu tak zwanych „niespokojnych zmarłych” obok samobójców i heretyków. Przyjęło się chować zwłoki takich dzieci na rozstajnych drogach bądź pod progami domów, stanowiących przestrzenie mediacyjne, przynależne demonom.

W kulturze ludowej  dom i próg, przez który do niego wchodzimy i wychodzimy ma szczególną symbolikę.
Próg był zarazem święty i nieczysty. Z jednej strony wyznaczał on granice tego, co znane i bezpieczne, z drugiej prowadził do świata zewnętrznego chaosu. Na progu inicjowane były różnego typu działania związane z symboliką przekraczania przestrzeni, czasu i zmianą statusu społecznego. Na progu domu odbywało się rytualne powitanie państwa młodych chlebem i solą. Młodą  żonę przybywającą do nowego miejsca zamieszkania, jak karze stary ludowy zwyczaj,  mąż przenosi przez próg. Kiedy porody odbywały się w przestrzeni domu, pod progiem izby zakopywano łożysko narodzonego dziecka. Zabobon, z kolei, radził  leczyć gruźlicę, dawniej zwaną suchotami,  wrzucając do kąpieli dziecka ziemię spod dziewięciu progów znajdujących się pod jednym dachem. Obrządek pogrzebowy, zanim jeszcze sprawą pochówków  zajęły się specjalne zakłady, nakazywał  przy wyprowadzaniu zwłok trzykrotnie stuknąć trumną w próg, by zmarły mógł pożegnać się z domem. Nawet dzisiaj istnieje zwyczaj nie całowania, nie witania i nie żegnania się  na progu. Może to nie tylko przynieść pecha, ale co gorsza, stary zabobon przestrzega tu przed gniewem przodków. Przekroczenie tej nieprzewidywalnej obcej przestrzeni grozi ściągnięciem i sprowadzeniem na swoją rodzinę złego omenu, bo podając rękę nad progiem – miejscem poświęconym duchom – okazujemy  lekceważenie i pozwalamy zewnętrznemu złu wejść pod nasz dach.
Znając te wszystkie ludowe zwyczaje matka dziecka, kimkolwiek była, postarała się o to, by poza próg domostwa nie wyszło to, co się w nim narodziło. Pozostało w przestrzeni mediacyjnej, pod progiem, niedostępne dla świata demonów i  niezagrażające światu domowników. I tak trwało przez dziesiątki lat, a może i stulecia. Pozbawione sakramentu chrztu, bo bez imienia nie posiadało statusu społecznej przynależności. To pozwalało dowolnie postąpić z jego doczesnymi szczątkami. Wyglądało inaczej. Zniekształcona czaszka – objaw deformacji fizycznej, czy genetycznej, czy może klątwa zabobonu drzemiącego w ludzie?  By nie mogło błąkać się po świecie pod różnymi postaciami, oczekując pomocy, a by nie stało się ingredientem magicznego napoju jakiejś czarownicy trafiło pod próg, głęboko w romańskich fundamentach starej piwnicy.
I tu już prawie koniec. Prawie. Bo po dziesięcioleciach w podziemiach, podczas prowadzonych z wielkim trudem prac remontowych w pałacu, natrafiono na drobny szkielecik. Zadziwił on i robotników, i nowych właścicieli. Zebrali kościki do kartonika, postawili z boku, myśląc o kontakcie z księdzem i jakimś godniejszym miejscem pochówku, przez myśl też przebiegła im potrzeba kontaktu z przedstawicielem medycyny. Krótka refleksja – od czego tu zacząć? Zaledwie zdążyli odejść, gdy z wielkim impetem runęła na zebrane kościki cała ściana, którą wcześniej od wielu godzin próbowano przewrócić. Runęła i na nowo pochowała tajemnicę sprzed lat. Nikt już nie miał odwagi drugi raz wydobywać  na wierzch tego, czego ziemia oddać nie chciała. Czy znów przesąd, czy zabobon? Jakieś tajemnicze siły ciągle rządzą naszym światem i niech tak zostanie…
 I tak zostały, zalane nową warstwą betonu. Teraz pewnie już na zawsze. I choć hańba nadal wisieć będzie nad matką i rodziną, to prawda nigdy nie ujrzy światła dziennego. Tajemnicę skryły średniowieczne piwnice, a honor rodziny, na pozór tylko, został ocalony. Na pozór, bo w oczach Boga żadna nikczemność nie przejdzie bez kary na tym lub tamtym świecie.
A ja, siedząc  w wiklinowym fotelu, tuż obok miejsca, gdzie znaleziono szkielecik  dziecka – nie dziecka, opowieść tę uwieczniam. Ponoć, gdy głęboka cisza  zawisa nad „Grabowym Dworem”, a na niebie księżyc wstępuje w pełnię, po komnatach raczkuje, żałośnie pochlipując niemowlę, ciągnąc za sobą przydługą koszulinę.

Regina Kotłowska


Legenda o lalkowskim kowalu i jego kuźni



    Dawno, dawno temu…Tak zwykle zaczynają się legendy i podania sięgające do czasów, których datą określić nie można. I tak można by rzec i teraz, bo przecież właściwie nie wiadomo kiedy w Lalkowach powstała pierwsza kuźnia obsługiwana przez prawdziwego kowala. Widomo jednak, że kowalstwo było tym rzemiosłem, które  rozwinęło się najwcześniej. Snując zatem przypuszczenia domniemać należy, iż kuźnia musiała się tutaj znajdować właściwie „od zawsze”.

    Po  wojnie 13-letniej wieś została odebrana Zakonowi Krzyżackiemu, który wcześniej dowolnie uposażał nią swoich sprzymierzeńców i stała się posiadłością królewską. Jako taka była łakomym kąskiem ziem wchodzących w skład starostw. Lalkowy, aż do rozbiorów, należały do starostwa grudziądzkiego. Szlachta zabiegała o te dobra, bo ich posiadanie nie tylko powiększało ich majętność, ale i podnosiło pozycję społeczną.
    W związku z rozwojem gospodarki folwarcznej, która w dobrach kościelnych i królewskich istniała już od XIV w. i polegała na wykorzystaniu w pracach na roli siły zależnej, bądź najemnej, zwykle miejscowej ludności, dobra lalkowskie liczące w areale 50 łanów były nie do pogardzenia.  Ale w  wiejskich folwarkach potrzebni byli, oprócz uprawiających ziemię chłopów, też rzemieślnicy. Zatem, by nie przepłacać zrzeszonym w cechach rzemieślnikom miejskim, właściciele wiejskich majątków utrzymywali pewną liczbę uzależnionych od siebie rzemieślników.
Jednym z takich rzemieślników utrzymywanych we wsi przez jej właściciela był kowal. Otrzymywał on od szlachcica kuźnię i jej wyposażenie oraz opał i surowiec. Jego obowiązkiem było wykonywanie wszelkich robót dla folwarku. Mógł też czasem wykonywać drobne prace dla chłopów.
    Kowal wiejski  był w znacznie gorszej sytuacji niż kowal w mieście. Na wsi „kowal uczył się od kowala”, co oznacza, że rzadko mógł  zdobywać wiedzę w fachu, kształcąc się w mieście i rzadko miał kontakt z kowalstwem obcym. Świadczył on przede wszystkim  usługi dla rolnictwa i wykonywał proste narzędzia niezbędne w gospodarstwie, choć nie można mu odmówić umiejętności kucia białej broni.
Jednakże bieda na wsi i bardzo wysoka cena surowca, jakim było żelazo, nie sprzyjały zamówieniom na kowalskie wyroby. Jak dalece unikano używania żelaza w gospodarce wiejskiej świadczą sprzęty rolnicze i budownictwo. Do dziś spotykamy stare wiejskie chałupy, wozy, sanie budowle wykonane bez użycia gwoździ lub innego kawałka żelaza.


Zmierzchało już, a blask zachodzącego słońca czerwienią pokrył horyzont. Na jego krańcu majaczył, czerniejący z dala, skraj tucholskiego boru. W czerwonej poświacie tego urokliwego zjawiska niczym najpiękniejszy obraz malowało się pszeniczne pole, na którym dorodne kłosy zdobiły czerwone  maki, modraki i purpurowo liliowe kąkole.  W powietrzu unosił się zapach macierzanki.
Przy starej kuźni w zamyśleniu patrzył przed siebie na pożegnalne promienie odchodzącego na spoczynek słońca, sędziwy wiejski kowal, Szymon. Szmat czasu tu spędził, kując brony i lemiesze. Nikt chyba nie umie już zliczyć koni, które każdego dnia podkuwał. Bez wyjątku i bez różnicy: pańskie, proboszczowskie i  te gburskie. Czasem jakiej chłopce życzliwie darował nową motykę, czy grabie. Kiedyś, co wieczór przywoływał go do chałupy dźwięczny głos Anusi,  jego żony. Potem ten głos gasł tak jak i ona. Pewnego ranka odeszła na zawsze, pozostawiając go biedaka samego. Odtąd wolał przebywać w kuźni, bo dom budził tyle bolesnych wspomnień. Ile to już lat błąka się sam po tym świecie, a Pan jakoś ciągle nie chce go przyjąć do siebie. Solidny był w swojej pracy i dzięki niej zyskał sobie szacunek, ale żył na uboczu. Cisza i spokój odpowiadały mu bardziej. Często siadywał sobie na progu swej kuźni, wpatrując się w dal i podziwiając piękno, zmieniającego się wraz z następującymi po sobie porami roku, kociewskiego krajobrazu. 
Nie doczekali się ze swoją Andzią potomstwa i teraz był tu sam jak palec, choć obok tętnił życiem codzienny wiejski rozgardiasz. Dochodziły doń głosy porannych i wieczornych obrządków w obejściu. Kwik świń i dziękczynne pomruki mlecznych krów. Co chwila unosiło się nad wsią ujadanie jakiegoś Burka. Poczciwe psiska pilnowały swoich domostw… Dobrze mu byłą z tą samotnością. Odliczał każdy dzień, który zbliżał go do ukochanej żony. Ile to już lat jest tu bez niej…
Zza węgła w tym samym kierunku, ale z inną troską na umorusanej i zapłakanej twarzy, spoglądał wioskowy przybłęda, sierota bez mamy i taty, którego kroki, nie wiadomo jaka boża myśl, skierowała do Lalków. Może szedł przed siebie za wieżą tego kościoła, co od niepamiętnych już czasów tu stoi. Może wszystkie leśne ścieżki kazały mu tu iść, a może podążał w tę stronę za pielgrzymami niosącymi swoje prośby i podziękowania do Lalkowskiej Najświętszej Panienki w cudownym obrazie na Ołtarzu wyniesionej. Teraz jednak wzrok swoich błękitnych oczu kierował w tym kierunku, w którym spoglądał też stary Szymon. A w tym spojrzeniu było tyle cierpienia, żalu i prośby, ile piękna w tej kociewskiej krainie.
Westchnął ciężko, brudną ręką ocierając łzy. Wtedy spostrzegł go Szymon. Skinął na niego przyjaźnie, ale mały ani drgnął, tylko bardziej skulił się w sobie, spodziewając się zapewne, że za chwilę wyląduje na jego ciele kamień lub inny znaleziony pod ręką przedmiot. Ale nic takiego się nie stało. Siedzący na progu kowal patrzył tak jakoś dziwnie życzliwie i chyba nawet się uśmiechnął.
- No, pójdź no jeno tu mały. Czego to beczysz w tych krzakorach1.  No pójdź tu.
Chłopiec. Lekko podkulony i wystraszony zrobił nieśmiało krok. Potem drugi i trzeci… Nic nie wylądowało w jego kierunku. Nie usłyszał złorzecznych przekleństw: „A poszed wek2, skaranie boskie, łajza3 jedna, diabli to przynieśli. Już wynocha!”
Kowalowi żal się zrobiło malca. Ile to mógł mieć lat? Sześć, może siedem. Bacznie obserwował zachowanie obcego. Brud grubą warstwą przylgnął do jego ciała. Trudno było nawet orzec jakiego koloru są jego włosy. Ale w dużych oczach był taki błękit, jak czystej tafli jeziora odbicie bezchmurnego nieba. I stary kowal widział  jakieś dziwne dobro tkwiące w tym dziecku.
- No, pójdź no tu. Ma, niech je – podał mu kromkę suchego, wiejskiego chleba.
Stary wszedł do chałupy. Po chwili wrócił ze szkopkiem4 świeżego mleka. W brudnych rękach malca właśnie znikał ostatni kęs chleba. Kowal podał mu mleko. Wypił łapczywie, choć ni kropli nie uronił w tej łapczywości.
- Czyj ty? – Zagadnął Szymon.
- Niczyj. Mamka pomarli.
- Skąd tu przyszed i po co? Ma tu może krewnych? Jak cię zwą? – pytanie po pytaniu zadawał Szymon, zanim jeszcze knap5 mały zdążył odpowiedzieć. – Jak chce może tu dziś zostać.
I tak został.
Następnego ranka, kiedy kowal wszedł do kuźni zobaczył małego przy palenisku. Widać było, że wielką ciekawość wzbudziło w nim miejsce, w którym się znalazł. Ręczny, skórzany miech, kowadło. Świeżo kute żelazo chroniło przed pękaniem hartowanie przez zanurzenie w zimnej wodzie stojącej obok w cebrzyku lub wannie. Mały zamoczył w niej dłoń. Nie zauważył jeszcze Szymona, który przyglądał się mu stojąc u wrót kuźni. 
       Pod oknem stał stół warsztatowy - falbanek. Przy nim narzędzia kowalskie do kształtowania, przecinania i ozdabiania wyrobów. Wśród nich glajzy - kształtowniki, młotki, ręczna bormaszyna - wiertarka, odwiertaki, śrubstak - imadło, zestaw narzędzi do podkuwania koni. I jeszcze… noże, raszple, ocyle, hufnale, kleszcze. Ach, i koziołek – taki stołek do końskiej nogi, używany przy podkuwaniu.
I tak został.
W niedzielę stary Szymon wziął małego do kościoła. Szli tak przez wieś, trzymając się za ręce. W kościele mały nawet oka nie spuścił z oblicza Najświętszej Panienki, choć nic nie mówił… W ogóle mało mówił…
Potem ksiądz Juda Uzdowski, ochrzcił go na wszelki wypadek.
- Bo nawet, jak ta bieda utabaczona, był już okrzczony, to i tak nijakiego imienia nie pamnianta, a jakoś przecia trza człeka zwać. – tłumaczył księdzu Szymon. I tak mu dali Michał na imię.
I tak został. Dziś i jutro, i pojutrze. Rok, dwa, dziesięć lat.
Czas szybko leci. Kowal Szymon nigdy nie żałował, że go przygarnął. Fachu się dobrze nauczył. O starego dbał. Dobre było chłopaczysko. I choć jako przybłędę los przyniósł go na lalkowską ziemię, to Pan Bóg miał w nim swój plan. Bo kto by kuźnią zarządzał po śmierci Szymona? Choć dziś już Szymon o niej nie myśli.  Czasem tylko do swojej Anulki w niebie spogląda i mówi: „Patrzaj no, mileńka, jakiego Pan Bóg nam syna dał.”
Siedzi Szymon na zydlu przed kuźnią. Znów w dal patrzy. Zamyśla się. Pod kuźnią nieco w nieładzie leżą niedokończone, bądź zużyte narzędzia rolnicze - koła, obręcze, lemiesze, brony, a w podcienie, ocyle, hufnale, kleszcze… Tyle tego kiedyś nakłuł, a teraz ma następcę. Może odpocząć. Jego palenisko w kuźni nie wygaśnie wraz z jego śmiercią.
Doczeka się jeszcze i wnuków…Zabrał mu Pan Bóg Anulkę, a przyprowadził Michała i tyle szczęścia w tej umorusanej, wystraszonej błękitnookiej twarzy… I następcę na kuźni, która tu była „od zawsze”.
Ciekawe, czy Fran Czarnojan, w latach 1920 – 1939, kowal w Lalkowach, to potomek tamtego, czy już zupełnie inna gałąź kowali?
Nie o kowala tu jednak idzie, lecz o dobroć, która ofiarowana zawsze wraca. Jeśli tylko umiesz przyjąć swoje umorusane szczęście…



A dwór stał…

Dawne to czasy, gdy w Starej Jani wybudowano pierwszy okazały, drewniany dwór szlachecki. Nie postawiono go w sąsiedztwie ruin zamku, w którym przed wiekami mieszkał średniowieczny rycerz i pan tych ziem Jan, pomorski wojewoda z Jani. Może zbyt przygnębiający był widok jego ruiny, może zbyt wielka obawa przed prawdą przekazywaną przez lud w legendach i bajaniach bab. Wokół dworu zagospodarowano piękny ogród. Ażurowe altanki ukwiecone pnącymi różami, alejki, jak szpalerem, zdobione kwieciem wszystkich pór roku. Dwa stawy, przy których w upalne dni orzeźwiał chłód wody. Nad przejrzystą taflą w luźnych warkoczach, lekko falowały wiotkie gałązki wierzby, a tuż przy nich przecudnym zapachem przyciągała biel jaśminów.

W tym dworze przyszedł na świat Aleksander – jedyny syn barona Jana Wolfa Ludwingshausena.  Nie trzymała go jednak dopiero co wzniesiona rodzinna posiadłość. Wybrał inne życie. Przez jakiś czas był opatem pelplińskich cystersów, ale ostatecznie dał się poznać jako świetny doradca i powiernik dwóch polskich królów – Michała Korybuta Wiśniowieckiego i Jana III Sobieskiego. Dworu zrzekł się na rzecz krewnych.

Mijały kolejne dziesięciolecia. Mieli go Czapscy, z których Tomasz, starosta knyszyński, wolał gwar warszawskich salonów niż sielankowy spokój wiejskiego zaścianka. Wzniósł on w stolicy wspaniały pałac Czapskich i tam rezydował. W tym czasie majątek, przez małżeństwa trafił w ręce Małachowskich i Radziwiłłów.
W końcu  posiadł go hrabia Goetzendorf – Grabowski. Otoczenie dworu uległo całkowitej metamorfozie. Przed domem, na wzór XIX wiecznej mody, powstał piękny owalny klomb z czerwonolistnym bukiem pośrodku. Wokół niego prowadził podjazd. Powiększono i na nowo obsadzono tereny parkowe.

Z jego rąk majątek nabywa Julius Curtius.
Pojawił się nagle, nie widomo skąd. Nie był szlachcicem, ani potomkiem rycerskiego rodu. Jak i kiedy zgromadził majątek, który pozwolił mu zakupić dwór, też nie wiadomo. Może na wojnach, bo mówiono, że był generałem, może w hazardzie, może nabył go za długi? Był Niemcem. Miejscowi, za przodkami, ciągle jeszcze nazywają go „ekscelencją”.
Pokochał to miejsce. Drewniany dwór, relikt minionej epoki, kazał rozebrać i z całą pasją zabrał się za nowe animacje. Powstaje piękny, bogato zdobiony murowany pałac. Środkowa część wypiętrzona. Od frontu otwarta weranda, zwieńczona tarasem i ozdobną kutym płotkiem. Od strony ogrodu oszklona weranda z balkonem. A wyłożony modrzewiem sufit i piękne schody ozdobione balustradą z wielkim sentymentem wspomina moja mama, Krystyna Wojciechowska  (z d. Czerwińska). Bawiła się tam jako dziecko, ale to już było po wojnie, kiedy Niemieccy właściciele musieli opuścić swoje domostwo.

Zmiany następują też w obejściu. Pan pobudował wielką powozownię z wysoką wieżą. Postawiono gorzelnię, cegielnię, nowe budynki gospodarcze. Wykopano wielki staw, w którym hodowano ryby.
Zmiany zaszły też w parku, gdzie oprócz nowych altanek, klombów i drzew, wydzielono miejsce na rodzinny cmentarz i otoczono je żeliwnym parkanem, a cały park ceglanym dwumetrowym murem. Gdy czas  Juliusa się wypełnił był pierwszym pochowanym na tym  cmentarzu.
Po nim majątek odziedziczył syn Carl. Ten z nie mniejszym rozmachem dbał o otoczenie i nowoczesność. Założył  dla dworu szklarnie i kotłownię dla ich ogrzewania. Rozbudowuje obory, stajnie, chlewnie, stawia oryginalny kurnik, buduje czworaki. Cały ten dobytek codziennie objeżdża dwukołówką.

Carl był człowiekiem światowym i wykształconym. Do swojego majątku sprowadzał różne nowinki i unowocześnienia. Nowoczesność go nie przestraszała. Nie musiał też się obawiać krytyki, czy izolacji ze strony herbowych sąsiadów. Był najbogatszym człowiekiem w całym powiecie gniewskim. Mógł mieć swoje zdanie i dumnie się z nim obnosić.
Miał kaprys i na polanie w parku powstał kort tenisowy, miał fantazję – a  wokół parku biegła  „ścieżka zdrowia”. Dla córki Kristyny, gdy tylko ruszyła kolej, sprowadził do pałacu fortepian…
i… tylko w małżeństwie mu się nie układało. Co prawda przyszła w tym związku na świat śliczna córka, ale gdy wyjechała na studia, nastąpiło ostateczne  rozstanie z domem rodzinnym. Nigdy już tu nie wróciła, wyszła za mąż i została w Niemczech. Za nią odeszła żona. Nic jej tu już nie trzymało.  A Carl, postawny i przystojny mężczyzna, wprowadził na pałacowe pokoje utrzymankę, mówiono o niej „hausdama”.  Trudno już dziś określić dokładnie jak długo trwała ta sytuacja. Tak czy owak, gdy Adele – żona zmarła, pochowano ją na rodzinnym cmentarzu.

Rodzinne kłopoty nie przyćmiły starań dobrego gospodarza i człowieka, i takiego zachowano go w miejscowej pamięci. Swoją małżonkę przeżył zaledwie o rok. Pańskim  pochówkiem zajął się jego polski kamerdyner i przyjaciel – Antoś Krużycki. Piękny, czarny marmur nagrobny wyznacza do dziś miejsce jego spoczynku.
Na wspaniałym majątku, w drodze dziedziczenia, osiadł jego siostrzeniec, Juliusz Merker. Człowiek wykształcony, zwolennik nowoczesności i nowoczesnych metod gospodarowania.
Panie zajmujące się kurami chodziły w białych fartuchach. Ich zwierzchniczką, z przekąsem nazywaną „kurzą mamą” była Janeczka Osowska. W szklarniach warzywa i róże. W parku było ich jeszcze więcej – najróżniejsze. Piękny sad… A do lodownika wielkie kloce lodu wyrąbywało się zimą na jeziorze, potem przesywało trocinami, by starczyło na całe lato.
Na wieży powozowni nowy pan zainstalował  zegar, o ogromnych, sześciometrowych tarczach, pokrytych pięknymi mozaikami. Zwrócone na cztery strony świata widoczne były z bardzo dużych odległości.  Dźwięk wybijanych przez niego godzin jeszcze brzmi w uszach starszych mieszkańców Jani. 

    Potem do pałacu trafiła energia elektryczna i wygodzie służyło centralne ogrzewanie. Potem wybudowany został obok kurnika garaż, a w nim pojawił się pierwszy w okolicy samochód i osobisty szofer. A potem … wybuchła wojna. Ta najstraszniejsza w dziejach Europy, ta, którą można by nazwać apokalipsą.

    Majątek podupada, bo mężczyźni muszą walczyć, a pól nie ma kto uprawiać. Ludzie teraz opowiadają o dziwnych rzeczach. Widują duchy poprzednich właścicieli, a może to ten obecny, żyjący. Już nie wychodzą po nocach z domu. Nie wałęsają się o zmierzchu parkowymi alejkami. Nie próbują w stawie podkradać ryb. Boją się. Boją się, chociaż ich pracodawca nadal jest życzliwym i ludzkim właścicielem. Boją się,  ale nie Juliusza, lecz sytuacji, której nie rozumieją i nie potrafią wytłumaczyć. Bo i skąd, ci, których wiedza kończyła się na kilku literach swojego imienia i nazwiska, mają wiedzieć czym jest masoneria. Prosty lud kojarzył jej członków, jako tych, którzy żyją  w dobrych układach z diabłem. Mówiono o podpisywanych cyrografach, pożyczkach piekielnych, ucztach z biesami…i schodzono z drogi. Stara babcia Aniela Wojciechowska, która ponoć nie fantazjowała, któregoś wieczora, idąc przez park, nagle w jego bramie ujrzała wielkiego jak cielak psa. Wyglądał strasznie, z pyska sączyła się lepka ślina i piana. Warczał groźnie, ale stał w miejscu. Naraz zwierzę zaskowyczało żałośnie i odstąpiło od bramy, dając możliwość przejścia. Za nim w oddaleniu babka Aniela zobaczyła płynącego w powietrzu, czarno odzianego mężczyznę. Kto to był? Julius, Carl, czy Juliusz?

    Innym razem, zajmujący się świniami w chlewni, Franek Czerwiński, chciał zabrać do swojej zagrody snopek słomy. Doszedł z nim bez przeszkód aż do bramy, a potem słoma stała się ciężarem większym niż ogromny głaz. Nie miał sił zrobić z nią nawet kroku. Przestraszył się, rzucił snopek i zwiał czym prędzej. Nawet nie spojrzał za siebie, ale czuł, że jest obserwowany i, że ktoś uśmiecha się z zadowoleniem. Nie wiem czemu w tym momencie przypomniała mi się stara dziadkowa przyśpiewka. Brał na kolana jedno z wnucząt, podrzucał lekko jak na grzbiecie konia  i śpiewał, wspominając Merkara: „Jak pan jedzie po obiedzie, sługa za nim jak za panem…łubu – du, łubu – du, łubu – du”. Ponoć dzieciom też to śpiewał. Może to jedyna piosenka, jaką umiał uraczyć maluchów.

    Jeśli nawet duchy i zjawy próbowały, z diabłem, czy bez niego strzec majątku i dworu w Starej Jani, to go nie ustrzegły. Wszystkie glejty podpisane z całym nawet piekłem na nic, w sytuacji gdy nadciągnęła Armia Czerwona.  Myślę, że potop wyrządziłby miej szkody. Juliusz z żoną i dwiema córkami pożegnał  się ze swoim majątkiem 15 lutego 1945 r., zabierając tylko najcenniejszy dobytek i ratując, przed czerwonogwardzistami, skarb bezcenny, jakim jest życie. Opuścił Starą Janię, by nigdy tu już nie wrócić.
    A tu, już nikt z najeźdźców – wyzwolicieli nie bał się niczego i drwił sobie z pilnujących majątek duchów przodków.
Nadchodziła nowa era…

Regina Kotłowska