www.mamboteam.com
 
STRONA GŁÓWNA
niedziela, 19 luty 2017
 
 
Bogdan Kruszona - filmy Drukuj E-mail
środa, 18 kwiecień 2007
„Ten film, w którym prostym językiem opowiada o internowaniu Wieczorkowa, jest dowodem, że nikt nie ma monopolu na opowiadanie o ojczyźnie i patriotyzmie.










W PRL-u prawie każde prowincjonalne miasto miało swojego filmowego amatora. Starogard miał ich wielu. Ostatni z nich, Bogdan Kruszona, zakończył działalność w połowie lat 90. Jako jedyny – tak mówi – zarchiwizował swoją twórczość na płytach DVD. Dzięki temu jego wszystkie filmy jako pierwsze będzie można obejrzeć wchodząc do portalu Wirtualne Kociewie (www.kociewiacy.pl). Wrażenia murowane. Być może potoczy się dyskusja (tym bardziej, że niektóre dzieła naprawdę budzą kontrowersje). Coś, co wydawałoby się, zostało już zapomniane i znalazło się w starej szafie historii lokalnej kultury, dzięki technice być może odżyje. Byłoby to piękne, bo przecież o to w sztuce idzie – żeby była wiecznie żywa.

Ja tym filmem wyraziłem sprzeciw
(tytuł prasowy - piątkowe wydanie "Dziennika Bałtyckiego")

Z Bogdanem Kruszoną rozmawia Tadeusz Majewski

- Niektórzy ludzie znają ciebie jako analityka w pisanych przeze mnie dialogach politycznych, inni jako nauczyciela chemii, jeszcze inni jako trenera tenisa ziemnego. Zapewne jednak mało kto zna ciebie jako reżysera tzw. filmów amatorskich. Od kiedy zacząłeś interesować się filmem?
- W 1966 r., po maturze, zdawałem na Wydział Operatorski Wyższej Szkoły Reżyserii Filmowej w Warszawie przy Miodowej 10. Ten krok wynikał z pasji - fotografiki. Nie fotografii, bo to jest zupełnie coś innego. Interesowałem się chemią i robiłem fotografię eksperymentalną. W czasach prymitywnych urządzeń do wywoływania zdjęć potrafiłem robić prace wielkości blatu stołu.

- Kiedy zacząłeś robić filmy w Starogardzie?
- Dowiedziałem się, że przy Polfie istnieje Amatorski Klub Filmowy. Wszedłem do tego klubu gdzieś w 1985 r. Wszystko robiono wtedy na tak zwanej „ósemce”, taśmie celuloidowej o szerokości 8 mm. Klub miał wtedy lata świetności. Zrzeszał mnóstwo ludzi, przede wszystkim pracowników Polfy. Gwarantował wspaniałą przygodę z filmem. Ja byłem tam jakby z zewnątrz, spoza środowiska Polfy. Ale – mówię to bez fałszywej skromności – skończyłem jako ostatni.



Bogdan Kruszona często robił filmy z jajem. I raz dostał w nagrodę piękne mosiężne... jajo. Fot. Tadeusz Majewski

- Skończyłeś jako ostatni... Kiedy to się skończyło?
- Po oddaniu do użytku budynku Starogardzkiego Centrum Kultury okazało się, że zabrakło w nim dla nas miejsca. Trafiliśmy do piwnicy i pasja zaczęła wygasać. W tym czasie filmy robiłem już tylko ja.
- Do kiedy?
- Bodajże do 1995 r. Wysłałem wtedy na konkurs w Monachium „Uniesienie” i „Studium portretu”. To był dla naszych amatorów najgorszy czas, przełom technik. Przyczyna, z powodu której skończyłem i ja. Otóż u nich, na Zachodzie, panowała już technika cyfrowa, a u nas jeszcze technika VHS. Mogliśmy przechodzić na tamtą, ale wtedy w Polsce najtańsza kamera cyfrowa kosztowała 16 tys. zł. Ale to nie wszystko. Samo kupno kamery jeszcze niczego nie załatwiało. Trzeba do tego było kupić osprzęt - stolik montażowy i komputer z odpowiednim oprogramowaniem. Wszystko razem kosztowało minimum 30 tys. zł. Trudno się dziwić, że nasze filmy odpadały na konkursach. Miały złą jakość techniczną. Żaden mój film na taśmie VHS nie mógł wytrzymać porównania jakościowego z techniką na DVD. Nie wyrzeźbisz buzi tępym dłutem.

- Technika, która dzisiaj już u nas jest. Dzięki niej można przynajmniej archiwizować swój dorobek na płytach w technice cyfrowej.
- Oczywiście, mam swoje filmy na trzech płytach DVD. I też chyba jako jedyny spośród tamtych filmowców. Dwie godziny oglądania. Stosunkowo krótki czas, ale to zrozumiałe, gdyż wszystkie konkursy filmów amatorskich miały regulaminy z punktem, że dzieło nie może przekraczać czasowo 10 minut. Maksimum, bo były też specjalne ogólnopolskie i europejskie konkursy filmów jednominutowych. Długość filmu nie była oczywiście jedynym kryterium. Były też konkursy filmów z jednego ujęcia, filmów tematycznych itd.

- Od tego piątku można twoje filmy oglądać w portalu www.kociewiacy.pl. Wszystkie. Powiedz, jakie filmy z tego liczącego prawie 30 pozycji zbioru są dla ciebie najistotniejsze i jakie według ciebie najlepsze?
- Zacznę od najlepszych artystycznie. Numerem pierwszym zdecydowanie jest „Przeznaczenie”. Był (i na pewno będzie) obrazoburczy. Jurorzy na przeglądach reagowali skrajnie. Jedni wzdychali z zachwytu, inni mówili, że to dno. Jedni mówili, że jest doskonały kompozycyjnie, że świetnie buduje się w nim napicie, inni – że jest zbyt drastyczny, a nawet obsceniczny i że poszedłem po najłatwiejszej linii oporu, pokazując w detalach zabijanie świni. I że epatowałem śmiercią. Zarzucano mi, że w ten sam sposób można by zrobić film o kurczakach, królikach i innej zwierzynie... Co ciekawe, po jednym z przeglądów w Monachium pokazał się niemiecki film o zabijaniu kurczaków. A potem to już zrobiła się normalka, również w Polsce, gdzie powstała seria o tym, w jakich warunkach przewożone są konie do Włoch albo jak traktuje się świnie, gęsi czy króliki.



Przez długi czas Amatorski Klub Filmowy mieścił się w piwnicy przy ulicy Kopernika. Repr. Tadeusz Majewski

- Ale w tym twoim film w istocie jest coś takiego, że człowieka ogarniają torsje. On gra na uczuciach gorzej niż horrory o Hannibalu, którego świetnie gra Hopkins. Chciałeś coś powiedzieć przez ten film, czy to po prostu miało być bardzo mocne?
- Pokazałem misterium zabijania świni na wsi, misterium świniobicia, podczas którego każdy wyczekuje na swoją działkę i każdy tę działkę dostaje. Dostaje kot, pies, kura, ptaki, no i oczywiście człowiek. Wszyscy z natężeniem czekają na koniec tego misterium. Ale to nie było najistotniejsze. Najbardziej przeraziło mnie to, że biernymi uczestnikami tego widowiska były dzieci. Przecież dla nich świnia to powinno być zwierzątko, w przeciwieństwie do starego rzeźnika, dla którego to jedzenie i który zabija zupełnie wyprany z emocji. O nie, ten film ma swoje przesłanie, a nie jest tylko naturalistyczną rejestracją zabicia zwierzęcia. Ja tym filmem wyraziłem swój sprzeciw wobec prymitywnych i okrutnych metod zabijana zwierząt na wsi.

- Jaki film jest na drugim miejscu?
- „Indoktrynacja”, pokazywany w TVP2. Widzowie oglądają etykietki zapałczane z okresu PRL-u i słyszą mój słodki głos jako lektora. Ten film pokazuje, że nawet filumenista, czyli zbieracz etykietek zapałczanych, był indoktrynowany. Uświadamiał to sobie dopiero w dorosłym wieku. Uświadamiał sobie, że można prac mózgi przez wydawałoby się trywialne hobby, jakim było zbieranie etykietek zapałczanych. Wystarczyło pokazać te etykietki i przeczytać hasła. Prawie wszystkie dotyczyły wielkich sukcesów socjalizmu. Było tysiąc szkół na tysiąclecie, wysokie miejsce w świecie w wydobyciu węgla, wysokie miejsce w produkcji stali, w rolnictwie – hasła: „Każdy kłos na wagę złota” i „Więcej zboża więcej chleba” itp.

- Jest też garstka filmów, które traktują o współczesnej historii starogardzkiego Kociewia.
- Może i garstka, ale to filmy bardzo istotne. „Droga” to nagrodzony film o mordzie w Lesie Szpęgawskim. „Bez cenzury” - dla mnie najważniejszy z tej grupy – to film o działaczach Solidarności z lat 80. w Starogardzie. Mówią w nim: Zbigniew Fierka, Jan Ossowski, Leon Wiczanowski, Zygmunt Noga, Jola Szostek, Elżbieta Wiczorek, Ciecholiński, i ty, czyli Tadeusz Majewski. Dla mnie – powtarzam - to niezwykle istotny film. Spłaciłem nim dług wobec ludzi, dzięki którym tu, w Starogardzie, zaistniały przemiany ustrojowe. Dziwię się, że nikt mnie nie poprosił o przekazanie go do Muzeum Ziemi Kociewskiej czy do jakiegoś archiwum. Przecież to się już nie powtórzy, żeby o bardzo istotnych przemianach historycznych w tym mieście mówili ludzie te zmiany tworzący.

- Dlaczego się nie powtórzy? Ten film – zgadzam się – jest cenny, ale to jednak subiektywne
spojrzenie kilku osób, a nie wszystkich wtedy działających.
- Nie powtórzy się, bo niektórzy już nie żyją. Poza tym już wtedy kilku liderów nie skorzystało z zaproszenia. Nie skorzystał też Paweł Głuch... Film po kolaudacji i prezentacji nie zainteresował specjalnie starogardzian. Pokazuje to, jak trudno zebrać kilkanaście osób, które kiedyś żyły jedną ideą i jak trudno uszanować naszych najbliższych uczestników tamtych przemian ustrojowych. Osobną relacją z tamtych czasów jest film o zwykłej robotnicy z Kociewia Wieczorkowej. Tak na marginesie – internowane robotnice były tylko dwie: ona i Walentynowicz. Reszta kobiet to były kobiety z inteligencji. Ten film to ewenement – Wieczorkowa opowiada o swoich przeżyciach niezwykle prostym językiem. Ten film jest dowodem, że nikt nie ma monopolu na opowiadanie o ojczyźnie i patriotyzmie.



Kadr z filmu "Przeznaczenie" - najmocniejszy i .najbardziej kontrowersyjny film Bogdana.


- Jeszcze coś powstało o współczesnej historii Kociewia?
- Tak, film „Drwal”. Zarejestrowałem sytuację na cmentarzu, jak jakiś starszy człowiek wycina spróchniałe drzewo, a w tle widać szeregi żeliwnych krzyży, poustawianych w szyku jak wojsko. Dzisiaj nie ma śladu po tych krzyżach. Jest też film „Wieża” o naszej Baszcie Gdańskiej.
- Są też filmy wymykające się tym kategoriom. Jak byś je nazwał?
- Filmy o ludziach. Tu wyróżnia się „Trębacz” - film o trębaczu starogardzkiej orkiestry, jakby śledzonym przez ukrytą kamerę podczas nużących prób. W finale mój bohater daje w kościele koncert solo przy akompaniamencie organów. Film pokazuje, jak zwyczajny trębacz z lokalnej orkiestry staje się nagle wielki, jak ma te swoje przysłowiowe pięć minut. To doświadczenie dotyczące każdego tzw. zwykłego człowieka. O ludziach jest też film z jajem „Gdzie jest ludź”. W momencie przemian ustrojowych chodziłem na zebrania, gdzie zjeżdżali się wielcy ludzie. Na tych zebraniach zrywałem boki. Starogardzianka Maria Rekowska z tłumu pyta: „Gdzie jest ludź” i gadają - m.in. Wojciechowski, Stachowicz, Cimoszewicz, Pawlak, Trawicki, Korwin-Mikke.

- Byłem z tobą w Brzeźnie Wielkim, gdzie kręciłeś film „Szandara”, o starszej pani, żyjącej w nędzy, trzymającej w pokoju i kuchni kaczki pekińskie i pieski. Właściwie to namówiłem ciebie na tę wyprawę z kamerą. Przedtem napisałem zresztą o tej pani reportaż pt. „Mopek, nie gryź pana”. „Szandara” to też film – żart. Ale później miał niezwykłą historię. Toczył się wieloletni proces o autorstwo kilku ujęć. Byłem nawet w tej sprawie świadkiem.
- Proces nadal się toczy, ale w Strasburgu. Czekam na orzeczenie Trybunału Praw Człowieka. Sprawa dotyczy autorstwa zdjęć pokazujących, jak kwoka wysiaduje zamiast pisklaków małe kocięta. Ten fragment, wysłany przez inną osobę bez mojej wiedzy do konkursu „Śmiechu warte”, zdobył pierwszą nagrodę.
- Czy ten fragment jest w tym filmie?
- Oczywiście. Jest kilka ujęć z tą kwoką... Zadowolony jestem też z filmu „Ogrodniczka”. To film zrobiony z okna. Widz (ja) obserwuję zakutaną, grubszą, starszą panią, która w sposób specyficzny piele grządki (pomimo tuszy na wyprostowanych nogach). Widok tej pani prowokuje moją wyobraźnię. Pokazuję więc na zmianę ją i zgrabną dziewczynę nawet nie w bikini.

- Liczyłeś nagrody, dyplomy, wyróżnienia?
- Było mnóstwo dyplomów, kilka nagród.
- Mamy teraz wspaniałe i stosunkowo tanie kamery, mamy sprzęt komputerowy. Dlaczego nie ma filmów tego typu? Lokalnych, amatorskich, ambitnych?
- Żeby zrobić taki film, na przykład o Wierzycy, trzeba mieć samochód, załadować sprzęt, poszukać filmowych miejsc, odpowiedniego światła. Ja tę Wierzycę robiłem w pięciu miejscach. Zaczynałem w Baczku, potem kręciłem w Starogardzie, Nowej Wsi, a dokrętki przy Piesienicy, elektrowniach w Owidzu i Kolinczu. Znalazłem miejsca, a potem jeździłem o tej samej porze i o tych samych warunkach pogodowych, żeby film był techniczne dobry. Skręciłem materiał na godzinę i z tego powstał 5-minutowy film. Potem był montaż. Zgranie w technice VHS ścieżki dźwiękowej z obrazem. Montaż trwał kilku dni i nocy. 5-minutowy utwór powstaje przy potężnym nakładzie czasowym. Nie ma drugiej tak pracochłonnej twórczości, stąd kolaudacje, czyli pierwsze przeglądy filmu w gronie członków klubu i przyjaciół, były w Starogardzie wydarzeniami. Dopiero potem odbywał się przegląd, w którym widzami mogli być wszyscy chętni.

Od piątku zapraszamy na pierwszy na Kociewiu „pokaz” filmów w internecie w portalu: www.kociewiacy.pl.

 
wstecz   dalej »
 
Top! Design by Mamboteam.com! Top!