www.mamboteam.com
 
STRONA GŁÓWNA
wtorek, 19 listopad 2019
 
 
Bernard Janowicz zmarł 11 lat temu. Fragmenty wspomnień kociewskiego bajkopisarza Drukuj E-mail
piątek, 14 listopad 2014
Przeglądam roczniki "Gazety Kociewskiej" i wyławiam w nich co ciekawsze materiały. Należą do nich wspomnienia Bernarda Janowicza, jakie co pewien czas spisywałem u niego w domu albo jakie on we fragmentach donosił do redakcji...
W "GK" ukazywały się nieregularnie, więc są kłopoty z ich prędkim odnalezieniem i chronologicznym ułożeniem jako całego pamiętnika słynnego kociewskiego bajkopisarza. Ale trochę cierpliwości... Wszystko da się zrobić. Na razie daję tu dwie części. Potem będą uzupełnienia.
Tadeusz Majewski

PS. Ile razy byłem w domu u państwa Janowiczów, tyle razy pan Bernard chciał mnie częstować herbatą z "kropką" (odrobiną wódeczki). A ja... próbowałem od niego wyciągnąć informację, gdzie ma schowane swoje "KIpki opałki" - kawały spisane kociewską gwarą. I za każdym razem porażka. A może po prostu je pamiętał?

Janowicz - wspomnienia z dzieciństwa

Każdy ma swoją rzekę, przez którą prędzej czy później musi przejść.
Jeszcze do niedawna wydawało się, że od tej najwyższej reguły jest jednak wyjątek – Bernard Janowicz. Że pan Bernard będzie tak bez końca przechadzał się swoim brzegiem rzeki, z życzliwym zainteresowaniem spoglądając na zmieniającą się na przestrzeni wieków rzeczywistość, z melancholijnym smutkiem spostrzegając, jak tu i tam rzekę przekraczają najpierw jego lulki, potem starsi koledzy, potem rówieśnicy, potem ludzie od niego młodsi, aż w końcu tak bardzo od niego młodsi, że już ich nie znał. Oni już dawno przeszli, a on ciągle szedł swoim brzegiem rzeki.

Jaka była ta jego rzeka?
Zmieniała się. Ale najpiękniej wyglądała w pierwszej połowie XX wieku.
Ferza wije się i kręci – opowiadał pan Bernard o rzece z tamtych czasów - od wiaduktu kolejowego aż poza ogrody i łąki Bieleckiego (nazywanego Hindenburgiem, bo nosił wąsy jak cesarz). Była jednym ciągłym kąpieliskiem. W jej klarownych wodach żyły raki i rozmaite ryby. Miejscami tak płytka, że bówki przechodziły z podkasanymi nogawkami na drugi brzeg. Ale więcej była głęboka. Ciche wirujące kryzle czekały na słabych pływaków, by ich pochłonąć.
W zatoczkach rzeki na czystym piasku rozciągały się plaże. Najpopularniejszą były Piekiełki z Górą Piaskową, Sandbergiem.

Kąpieliska były też za gazownią (na wysokości parku), za skarpą toru kolejowego w stronę młyna F. Wiecherta, na banbryce, pod mostem kolejowym Starogard – Skórcz, i naprzeciwko Francuskiej Góry, gdzie rzeka ostro skręca w prawo ku Strzelnicy. Tu kąpali się starsi i dzieci na glanca. Odważniejsi chłopcy popisywali się skokami z mostu do wody z wysokości kilku ładnych metrów.

Miejsca kąpielowe były po obu stronach. Bówki – nagusy szczególnie lubiły psiaskule (koc.) sandkule (z niem.) - doły piaskowe głębokie na 2 metry za mostem. W ich ścianach miały gniazda jaskółki. Urokliwy i żywy był to widok, szczególnie w godzinach przedwieczornych, gdy jaskółki wlatywały do gniazd nad głowami bawiących się w piasku dzieci.

Koryto rzeki przechodziło przez tereny dzisiejszych ogródków działkowych, dotykało alei spacerowej i szosy. Na Kuhwaldzie, w Krowim Lesie, pasły się krowy. Na łące rosły wierzby. Wszędzie malowniczy krajobraz. W ogródkach i na łąkach rozkładano bieliznę na bielawę. Największa strzeżona bielawa mieściła się na łące Raty obok ogrodnictwa Floriana Rydzewskiego.

Nie można było się kapać w największej zatoce - przy moście przy ul. Tczewskiej koło Amtu, Szlacheckiego Starogardu. Tu rano i wieczorem pojono krowy i konie z pobliskiego majątku najpierw Wurtza, później Gałkowskiego. Obok na wzniesieniu stała kuźnia. Okoliczni chłopi przyjeżdżali podkuć konie, naprawić furmankę, sprzęt. Wjeżdżali wozami do rzeki, by namoczyć zeschnięte koła. Myli też konie i krowy. A wieczorem dzieci myły sobie nogi i – boso - biegły do domu spać.

Obok Piekiełek urządzono płatne Łazienki Miejskie. Miejsce urocze, wtulone między drzewa. Zarządzał nimi Juliusz Waliński, ojciec Józefa, fotografa. Wypożyczano kostiumy kąpielowe, przebierano się w szatniach, na bezalkoholowym bufecie grał gramofon. Wieczorem zapalano świeczki i wkładano je do kolorowych lampionów.

W parku, obok pięknego, łukowego wtenczas mostu, miał przystań Holtz, stolarz. Łodzie, na dwa i cztery wiosła, wypożyczał odpłatnie na godziny, a nawet minuty. Bówki pływały przed południem, wieczorem, przy mandolinie i śpiewie, wiosłowały parki.

Już szmerze nurt wody i wicher dmie,
A nasza łódź płynie i kołysze się...

Po drugiej stronie mostu, przy pięknym domu z dużą werandą, zbudowaną na wzór wenecki, rozśpiewana rodziną Warmbierów przyciągała innych miłośników śpiewu i urządzała koncerty zakochanym płynącym rzeką lub spacerującym w parkiem.

Ach jak przyjemnie kołysać się wśród fal,
Gdy szumi, szumi woda i płynie sobie w dal...

Tuż przy śluzie zbudowano piękną przystań ze stopniami i kutą balustradą oraz nadwodną werandą. Tu uprawiali sport wodny obywatele niemieccy. Opiekował się nią Edgar Schulz, zwany Szulesiem, największy miłośnik sportów wodnych. To on trzymał pieczę nad przystanią. Tu również urządzano spotkania przy śpiewie i muzyce gramofonowej. A na rzece płynęły łodzie przy cichym plusku fal. W takich chwilach wiele osób przystawało na moście (śluzie), by posłuchać muzyki i popatrzeć.

Z początkiem lat 20. w parku, na wysokości tartaku F. Munchaua (dziś Agro-Kociewie) postawiono przystań wodną ZHP. Młodzież harcerska organizowała zawody pływackie, wyścigi kajakowe i ćwiczyła żeglarstwo.
Na rzece szczególnie barwne były imprezy zorganizowane na Świantyjón. Korowód łodzi i kajaków, przystrojonych lampionami, płynął od gazowni do śluzy. Z łodzi spuszczano wianeczki z zapaloną świeczką. Podobnie spuszczały dziewczęta z brzegu (chłopcy próbowali ściągać je do brzegu). A nad wszystkimi unosiły się robaczki świętojańskie.

Wędrówka wianków trwała króciutko. Kończyła się przy śluzie. Tam porywał je i międlił wir spadającej wody. A te wpływające do kanału zatrzymywały się na kratach przy młynie.
Przed tym wieczorem nikt nie kąpał się w rzece, bo do tego dnia jest zakwit i wchodzić do rzeki jest niezdrowo.

Na początku lat 30. od młyna w dół, do łąk przy Strzelnicy, pogłębiono koryto rzeki. Prace wykonywali pracownicy F. Wiecherta. Pogłębiarka transportowała wydobywany żwir na lorkach kilkanaście metrów od brzegu. I tak powstało nowe miejsce do urządzania widowisk i zabaw.

Na łące naprzeciw Strzelnicy “Sokół” rozpalał ognisko i umieszczał na słupach dwie zapalone beczki ze smołą. Skakano nad ogniskiem. Na barkach udekorowanych zielenią i lampionami śpiewał zespół “Lutnia”, a “Scena Polska” przedstawiała żywe obrazy i deklamowała poezje.
Dziewczęta puszczały wianki z zapaloną świeczką, które płynęły po wijóncy się jakby wóż rzyce za Owidz, Kolincz, Pelplin, aż do Wisły – Wisły stary.

Gdy w pogodne wieczory nad brzegami Wierzycy
Wędrujemy tak w sobie zakochani...

Bernard Janowicz przeszedł w końcu tę swoją rzekę. Co po drugiej stronie? Zapewne i tam się przechadza, uważanie obserwując wlatujące do gniazd jaskółki, migotanie ważek nad wodą i słuchając muzyki. I życzliwie obserwując, co po naszej stronie.

Tadeusz Majewski


Zacząłem pisać, gdy powstał "Magazyn Kociewski". Zdopingował mnie też Józef Borzyszkowski. Jedna pani nawet z Krakowa przybyła i prosiła: Panie, niech mi pan napisze, bo Kociewie nie jest znane.
W "Magazynie" wydrukowano przysłowia kilka razy, aż " Polityka" sobie z tego zadrwiła. Oni wyszukali tylko te "tłuste". Redaktor z "Polityki" napisał: "Komu nie staje, przysłowia kociewskie wydaje". Ryszard Szwoch im bardzo ładnie odpisał... A tyle gazet pisze o "dupie".

Skąd pamiętam przysłowia? Teraz już tak dobrze nie pamiętam... To są przysłowia z dzieciństwa. To są przysłowia z miasta. Ja po wiochach nie chodziłem. Wszystko opowiadała moja matka. Nas było siedmioro w domu: pięciu chłopców i dwie dziewczyny. Później nikt nic z tego nie pamiętał, tylko ja. Mama opowiadała przeważnie wieczorem, przeważnie w październiku i listopadzie, przy pitrulce... Pan wie, co to pitrulka? To jest lampa naftowa... Dawniej nie było takich kanap – kanapa mówiono albo zófa. Mama siedziała na szymlu, na takim podłużnym zydlu z wycięciem do przeniesienia, z czterema nogami, a my klęczeliśmy i mama opowiadała. Pochodziła z Radziejewa, spod Zblewa. Zmarła w 1942 roku mając 72 lata. Rodziców matki nie znam.
Moja mama była sierotą od osiemnastu lat. Może w tym wieku przeprowadziła się do miasta. W mieście pracowała jako dziewczyna do wszystkiego – prała, robiła porządki. Mój ojciec pochodził z Jabłowa. Tam się urodził i tam pracował u Jackowskiego. W Jabłowie też mieszkał ojciec Józefa Walińskiego...

Bajki już więcej rozszerzyłem. Starałem się takie zdania układać, żeby było po kociewsku.
"Kipki opałki" wymyślam. Każdy pyta, skąd pan to ma... O "Kipkach opałkach" niech pan nie pisze, to uż je wynalazek teraz. Nie piszę tych przysłów, które są używane w Polsce, tylko te, które są używane na Kociewiu. "Nie wymyślaj smaki, żeby zapchać flaki."
Albo to. Przed wojną było sporo ludzi wielmożnych. Przy każdym zdaniu było "jaśnie panie", "jaśnie pani", "wielmożny panie... ", na przykład: "Jaśnie panie, nasza świnia je chora". A on mówi: "Jak chora, to zarżnąć". "Ale jaśnie panie, ona sie bandzie prosić". Niech sie prosi choć na kolanach. Zarżnąć". Pamiętam w Starogardzie, jak wyły syreny i był nalot, w piwnicy (dawniej mówiono w "sklepie") siedziała grupka wystraszonych ludzi. Długo nie było nalotu. Za długo czekali i nagle pewna kobieta z troską w głosie mówi: "Jena, tak długo nic z tego nie ma.. Jej, chyba tym samolotom i tym fligrom (na lotników mówili fligry) nic się nie stało, że oni tu nie przylecieli".
Z rozmowy Tadeusza Majewskiego z Bernardem Janowiczem pt. Moje przysłowia ("Gazeta Kociewska" nr 20/31 19.07.1991 r.)



Bernard Janowicz - 1928 - 1940

We wrześniu 1928 roku, kiedy skończyłem 20 lat i kiedy z powodu przekroczenia wieku zwolniono mnie z fabryki obuwia "Polar", zacząłem pracować w fabryce obuwia "Balorient".
Mieszkałem 100 metrów od tej fabryki przy ulicy Kościuszki 119 u Butka.
Małe wyjaśnienie.

Na mojej ulicy

Na mojej ulicy określano, gdzie kto mieszka nie podając numeru. Używano tego określenia do domów, w których mieszkało 10 i więcej rodzin, no i naturalnie najwięcej dzieci (te grzeczne i brójki). Kiedy się pytano: Gdzie mieszkasz? - odpowiadało się: U Borzychy (u Borzyszkowskiego - Kościuszki 71), u Badżnira (u Bandemira - Kościuszki 98|), u Lusi (u Leśniewskiego - Lościuszki 92), u Langśyn (u Lange - Kościuszki 64, u Kreki (czyli u Krenskiego - Kościuszki 80, u Przewory - u Przeworskiego, Kościuszki 74).

Pierwsza praca
Po zgłoszeniu się w biurze pana pułkownika Czerwińskiego, właściciela fabryki, zostałem skierowany do sali maszyn. Przyjmowałem obuwie z ćwiekami do dalszej obróbki. Wyciąganie gwoździ z brandzali, balerowanie, rozwiązywanie cholewek do wyciągania kopyt i przytwierdzania podeszw. Po pewnym czasie praca przy maszynach, szpilkowanie podeszw, przybijanie obcasów.

Tak pracowałem kilka lat i awansowałem na stanowisko "pracownika specjalnego", jak to określił mój kolega z pracy majster Alfons Borkowski.
Przy maszynach już nie pracowałem, a zostałem awansowany na stanowisko kontrolera w oddziale wykańczalni. Tu również była specjalna praca przy usuwaniu braków przy lakierkach. Były to buty drogie i nie każdy mógł sobie na nie pozwolić.

Przy tej robocie pracowałem wspólnie z Piotrem Parkiem. Po kontroli i usunięciu usterek buty pakowała do kartonów Anna Borkowska i transportowała je do magazynów. Tam przyjmowała je Maria Ćwiklińska. Następnie towar rozsyłano po różnych sklepach w Starogardzie i Wolnym Mieście Gdańsku, gdzie był sprzedawany w sklepach znanych firm "Kleever" i "Bake".


Innowacje pułkownika
Właścicielem był pułkownik Kazimierz Czerwiński, który uciekł do Polski przed bolszewikami. "Balorient"zawdzięcza mu modernizację i zrealizowanie kilku nieznanych dotąd w Starogardzie rozwiązań. Wprowadził je dyrektor - Czech Karel Vogel, wywodzący się ze znanej firmy obuwniczej "Bata" W Czechach. Jego zastępcą był Niemiec Brandt.

Najpierw zmontowano maszyny elektryczne (wcześniej była maszyna parowa, która pasem transmisyjnym napędzała inne). Vogel wprowadził produkcje taśmową. Stare wózki, którymi kiedyś przepychano do kolejnych robotników półfabrykaty, teraz stały się niepotrzebne. Dzięki temu można było zwiększyć produkcję. "Balorient" robił dziennie 250 par. Jeśli były zamówienia, produkowało się więcej.

Pracowaliśmy od 7.00 do 12.00, potem była przerwa obiadowa do 14.00. Pracę kończyliśmy o 17.00. Pracowało się więc 8 godzin.

Gimnastyka
Pułkownik jako pierwszy fabrykant w Starogardzie zorganizował stołówkę, gdzie serwowano "eintopy". W przerwie obiadowej Czerwiński przychodził, kosztował zupę, pytał robotników, jak smakuje. Taki był pan... Ja też jadłem w tej stołówce, chociaż do domu miałem zaledwie parę kroków.
Nowością była gimnastyka dla robotników w czasie przerwy obiadowej. Ja się nie gimnastykowałem, bo mówiłem, że w pracy dość się gimnastykuję.
Niedługo trwała ta gimnastyka.

Czerwiński jako pierwszy kazał też zmontować elektryczną syrenę, która oznajmiała początek i koniec pracy. Pozostałe starogardzkie zakłady wyposażone były w parowe gwizdki.
W dni wolne od pracy pułkownik urządzał wycieczki dla swoich robotników. Drabiniastym wozem jeździliśmy do Starego Lasu nad jezioro.
Jedną wycieczkę dobrze pamiętam. Pani Czerwińska przygotowała kosze z jabłkami, cukierkami i innymi smakołykami, siadała na małym dywaniku i po kolei wydzielała każdemu pracownikowi "przydział". Nie każdy jednak z tego korzystał, bo wolał na przykład podziwiać przyrodę nad wodą.


Kontrola pułkownika Czerwińskiego
W fabryce była hala maszynowa. Gdy wchodził pan Czerwiński, od początku sali natychmiast szedł szept "Czerwina idzie".
Wtedy każdy pracował lepiej i uważniej, nie chcąc podpaść szefowi. A pan Czerwiński wolnym krokiem przechodził się w białych rękawiczkach, oglądał i sprawdzał buty. Gdy dostrzegł jakiś feler, natychmiast wołał "obermajstra" pana Olka i pytał, czyja to robota. Wtedy Czerwiński wyznaczał karę 50 groszy lub 1 złotego. Pan Sylwester Olek wypisywał karteczkę, wsadzał ją do buta i dosyłał parę do magazynu. Tam karteczkę z nazwiskiem ukaranego wyjmowano i zanoszono do kasy. Gdy była wypłata, to każdy tylko patrzył na torebkę, gdzie była wyszczególniona suma potrącenia, ile ma kary i klął szefa.

Pani Czerwińska

Pułkownik, jak przystało na przedwojennego oficera, był mężczyzną przystojnym. Nie można tego powiedzieć o jego żonie. Pani Czerwińska pochodziła z Besarabii. Mała i korpulentna, nie była pięknością. Mieli tylko jedną córkę, ładną dziewczynkę. Wołali na nią Lala.
Czerwińscy zajmowali duża willę na terenie fabryki przy ulicy Kościuszki. Stoi do dzisiaj i nadal mówi się na ten poszarzały dom "willa". Obecnie znajduje się na terenie Technikum Skórzanego.

U państwa Czerwińskich pracowała jako służąca Stefa Ślizewska z mojego domu. W miejscu dzisiejszego boiska Technikum był piękny sad owocowy. Kiedyś powiedziałem do Stefy: Ty to się jabków najesz u Czerwiny. A ona na to: Nie mogę urwać, bo wszystkie so porachowane. Pani Czerwińska mówi - jak spadnie jabłko, to musi leżeć na ziemi.
Taka to była pani Czerwińska.


Kłopoty ze zdrowiem i pomoc pułkownika
Chociaż i mnie parę razy zdarzyło się płacić karę za niedokładną pracę w fabryce, to muszę przyznać, że Czerwiński mnie lubił. Miałem u niego fory. Wszyscy mówili do niego "panie pułkowniku", tylko ja mówiłem "panie szefie", bo nie lubiłem wojska.
Szef był mi życzliwy. Raz zawołał mnie do siebie, wyjął pieniądze i powiedział: ...Ale niech mama nie piecze, tylko udusi ją na masle. Powiedział w "masle", bo nie wymawiał "ś".

Innym razem dostałem od pana Czerwińskiego list polecający do doktora Janusza w Kocborowie. A było to tak.
W młodości byłem chudy i blady, czasami chorowałem. Mówili, że mam suchoty.
Dlatego aż do wojny nie bardzo interesowałem się kobietami. Potem się odmieniło.

Doktor Janusz po przeczytaniu listu zbadał mnie i wystawił receptę. Poszedłem do apteki, ale kiedyś nie było tak jak dzisiaj i leki robiło się głównie na miejscu (nie wszystkie). Trzeba mi było czekać na realizację recepty, Kłopoty ze zdrowiem jednak się skończyły i "durcham byłóm zdrów jak ryba".

Głosuj na Hassbacha!

Z licznych epizodów, które zachowała moja pamięć, bardzo wyraźnie widzę zupełne zwyczajne zdarzenie sprzed przeszło 60 lat. To było chyba w 1932 roku. Zbliżały się wybory do senatu. Czerwiński był prezesem Związku Pracodawców w Starogardzie i członkiem BBWR-u (Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem, wspierającego rządy sanacji). Spotkał mnie i mówi: "Głosuje na Hassbacha". Był Niemcem, ale liczyło się to, że był starogardzianinem. Ale i tak nie mogłem na niego głosować, bo nie miałem jeszcze 24 lat, a taki wiek dopiero pozwalał wybierać senatorów.

Na marginesie warto wspomnieć, że Hassbach jako jedyny w Starogardzie miał własny samolot - dwupłatowiec (biegaliśmy go oglądać aż do Hermanowa). Lotnisko było na rżysku, lądował tam przeważnie po żniwach).

Pan Czerwniński nie miał co prawda samolotu, ale za to jako jeden z pierwszych samochód. Kiedy do Starogardu przyjechał biskup Stanisław Wojciech Okoniewski, to pułkownik zaproponował mu swój automobil, na co biskup oczywiście przystał. Kierowcą samochodu pana Czerwińskiego był monter maszyn w fabryce Jan Orlikowski, pochodzący ze Zblewa (jego żona z domu Skonieczna do dziś żyje w Starogardzie).

Wojna
Kiedy wybuchła wojna, Czerwińscy spakowali swoje rzeczy. Pamiętam, że zabrali nawet meble, między innymi stojący piękny zegar, i wyjechali z miasta. Uciekli do Anglii. Po wojnie do Starogardu wrócił szofer, Jan Orlikowski, a po Czerwińskich wszelki słuch zaginął.

Z podwórza fabryki patrzyliśmy, jak na koniach uciekają z miasta szwoleżerowie. Wtedy i my uciekaliśmy. Schroniliśmy się w pobliskim Owidzu, w lesie. Moja matka z większością lokatorów dotarła aż do Osia. Tylko mój ojciec został w domu, bo powiedział, że jemu chyba nic nie mogą zrobić, gdyż zna język niemiecki.

Bardzo przejął się wejściem Niemców. Bał się, że zaczną prześladować za religię. Strasznie odbiło się to na jego zdrowiu, gdyż po trzech tygodniach wkroczeniu do miasta Niemców umarł.

Gdy Niemcy wchodzili do miasta, panował spokój. Zastanawialiśmy się, co stanie się z fabryką. Czy pójdziemy do pracy? Po paru dniach do fabryki przyjechał Carl Heldenreich. On też został jej Treuhendrem - zarządcą.

Powrót do fabryki
Wracaliśmy do fabryki. Jeden drugiego zawiadamiał. Był to "dobry" Niemiec, nikogo nie represjonował, zatrudniał Polaków. Niemcami byli tylko Volt i Paul Schwartz jako majstrzy. Była jeszcze Słowska o nazwisku Kicka. Żona Heldenreicha miała na imię Liza. Ich jedyny syn (koledzy gadali, że kochał się w pracownicy biurowej - w Polce Krysi Mikołajczak) był lotnikiem i został zestrzelony. Wtedy Heidenreich "zgapiał" i zupełnie się załamał.

Początkowo, gdy istniały jeszcze stare materiały w fabryce, kontynuowano produkcję fasonów przedwojennych. Potem przerzucono się na wyrób obuwia wojskowego. Produkowaliśmy również buty damskie z kolorowego płótna. To już nie była precyzyjna robota, gdyż nie prowadzono surowej kontroli jakości. Grunt, że buty były zrobione. Tylko to się liczyło.

W czasie okupacji
W czasie wojny pracowaliśmy na dwie zmiany, od 6.00 do 14.00 i od 22.00 do 6.00. Jesienią 1939 roku, gdy wracaliśmy z nocnej zmiany, przechodząc koło restauracji głównie zauważaliśmy Niemców. Stali pijani i podejrzliwie nas obserwowali. Kolega powiedział wtedy do mnie: Nie patrz tam, bo to są ci ze Szpęgawska.

Wiedzieliśmy już, co stało się w Szpęgawsku. Aby chodzić późnym wieczorem i wcześnie rano, mieliśmy przepustkę (Passierschein). W 1945 roku Niemcy zaczęli wyjeżdżać. W końcu ze Starogardu uciekł też Heindereich z żoną. Znowu zostaliśmy bez pracy.

Zastanawialiśmy się, kto tym razem obejmie fabrykę.




Moja praca zawodowa - 2


Pamiętny rok 1945
W marcu 1945 roku, tak jak we wrześniu 1939, żyliśmy w strachu i niepewności jutra, ale mimo wszystko z nadzieją, bo kończyła się sześcioletnia okupacja. 6 marca Starogard został wyzwolony przez wojska radzieckie i polskie.
Tak jak w 1939 roku, gdy polscy fabrykanci uciekli z miasta i zostawili wszystko na pastwę losu, tak w 1945 niemieccy "trehendry" porzucali majątek i wyjeżdżali na zachód.

Wyzwolenie miasta
Poległych w okolicach Starogardu żołnierzy radzieckich grzebano między innymi przy magistracie. Potem prochy przeniesiono na cmentarz. Przy ulicy Kościuszki było bardzo dużo rosyjskich kwater. Stacjonowali również w naszym mieszkaniu pod nr 119. My musieliśmy się przenieść do domku w głębi podwórka. Naprzeciwko, po drugiej stronie ulicy, w białym domu Nitkowskiego, urządzili lazaret.

Wydaje mi się, że główna kwatera Rosjan znajdowała się w domu Jelińskiego - róg Kościuszki i Sobieskiego, tam gdzie dzisiaj jest sklep mięsny "Dziedzic". Jeszcze dziś, kiedy zamknę oczy, widzę, jak tańczą przy dźwiękach harmoszki na ulicy i słyszę ich piękny śpiew. Rosjanie - wiadomo - naród bardzo muzykalny.

Biało-czerwone opaski
Pierwszy raz żołnierzy sowieckich zobaczyłem na ulicy Pelplińskiej. Uciekający Niemcy powalili na ulicę wszystkie dorodne lipy, które zatarasowały przejazd. Rosjanie ściągali mężczyzn do odblokowania drogi. Ja też przy tym pracowałem.
Od pierwszych dni nowej władzy starogardzianie nosili biało-czerwone opaski. Ja powiedziałem, że nie będę nosił, bo sąsiadom nie muszę udowadniać, żem Polak, a obcy niech mi dadzą spokój.

Szeregowi żołnierze rosyjscy szczególnie łakomi byli na na starogardzkie dziewczyny i zegarki. Gdy do naszego domu zbliżali się czerwonoarmiejcy, dziewczęta natychmiast chowały się w drugim pokoju, a drzwi zastawialiśmy szafą. Miałem jednak poważniejszą przygodę z radzieckim żołnierzem.
Pewnego dnia, gdy wracałem do domu, doskoczył do mnie skośnooki kurdupel w spiczastej czapce z gwiazdą i krzyknął: Ty, Gierman - ruku wierch!

Mierzył do mnie z karabinu, a ja stałem przy drewnianym płocie przy Kościuszki 119. Przed oczami miałem zrujnowany "Daimon", z którego wyskoczył Franciszek Florek, ojciec doktora Florka. Florek na szczęście znał dobrze język rosyjski i przetłumaczył wojakowi, że nie jestem Niemcem. Tak więc panu Franciszkowi, który stróżował wówczas w fabryce zawdzięczam życie.


Stabilizacja i poszukiwanie pracy
Po sześciu dniach od wejścia Rosjan sytuacja się ustabilizowała. Miasto było poważnie zniszczone. Opuszczone zakłady pracy i fabryki były zdewastowane i splądrowane. Znowu odżyła troska o pracę. Co będzie z fabryką "Balorient"? Czy wróci pan Czerwiński i uruchomi zakład? Kochałem swoją pracę, bo w obuwnictwie pracowałem nieprzerwanie 22 lata. "Balorient" nie został jednak uruchomiony. Byłem zwątpiały i zniechęcony, ale wtedy pomógł mi mój serdeczny kolega Paweł Zadurski.

Urodził się 15 stycznia 1909 roku w Rywałdzie. Mieszkał w Starogardzie przy ulicy Kościuszki, niedaleko mnie, w domu pod numerem 113. Dzieliła nas zabudowa Huty Szkła.
Pawełek - jak nazywali go koledzy - był garbaty i niskiego wzrostu. Żeby nie czuć się samotnym, przyjaźniłem się z nim od czasów przedwojennych.

Skończył szkołę wydziałową i pracował w magistracie w referacie porządku publicznego . W czasie okupacji pozostał na posadzie, z tym że przeniesiono go do referatu finansowego. W dwa dni po wyzwoleniu Starogardu przez wojska radzieckie zgłosił się do nowych władz i współorganizował administrację miejską jako kierownik referatu porządku publicznego. Paweł był też społecznikiem, działał w Starogardzkim Klubie Sportowym jako sędzia piłkarski.

Dlaczego wspominam Pawełka Zadurskiego? Dlatego, że był wspaniałym człowiekiem, który zaważył na mojej dalszej pracy zawodowej i społecznej. Dziś z wdzięczności opiekuję się jego grobem, gdzie spoczywa ze swoją matką Marianną, zmarłą w 1940 roku. On sam zmarł tragicznie w wypadku samochodowym, wracając z imprezy sportowej w majową niedzielę 1976 roku.
Część jego pamięci.

Magistracka szprotka
To właśnie Pawłowi Zadurskiemu zawdzięczam wielką odmianę w moim życiu. Pewnego dnia powiedział do mnie: Beno, będziesz pracował w magistracie. Rozmawiałem o tobie z burmistrzem Gronowskim.
Nie mogłem uwierzyć. Nie mogłem uwierzyć, tak byłem zaszokowany tą propozycją. Tłumaczyłem Pawełkowi, że nie dam rady, że nie można z robotnika fabrycznego stać się nagle pracownikiem umysłowym. Tak to wyrażałem swoje obawy, lecz Paweł Zadurski powiedział, że we wszystko mnie wtajemniczy i pomoże. Dodał mi otuchy, aż w końcu się zdecydowałem. I tak nastąpił przełom w moim życiu. Zostałem "magistracką szprotką"

Magistrat był wtedy centrum Starogardu. Wszystkie decyzje zapadały w ratuszu. Przychodzili tu ludzie z prośbami, groźbami i podziękowaniami. Najważniejszy był referat porządku publicznego, ewidencji oraz referat finansowy.
12 marca Paweł Zadurski wprowadził mnie do magistratu i przedstawił swoim kolegom sprzed wojny, którzy stawiali się do pracy w nowej rzeczywistości.

Poznałem wtedy między innymi Anastazego Gapę, Alfonsa Rekowskiego, Teodora Żyndę, Jana Fabicha, Franciszka Brimińskiego, Pawła Lange, Salomeę Balcer. Zostałem skierowany do referatu ewidencji ludności, którym kierował Alfons Rekowski, ojciec pani Elżbiety, długoletniej pracownicy Narodowego Banku Polskiego w Starogardzie (40 lat pracy w zawodzie).

Życie mieszkańców miasta zaczęło powoli wracać do normy. Z wojennej tułaczki wracało coraz więcej ludzi. Praca naszego referatu polegała na rejestracji zamieszkałych w Starogardzie i osób przybywających, osiedlających się.
Pracowaliśmy w nieopalanych i zatłoczonych przez interesantów biurach. Przez powybijane szyby dmuchał wiatr.

Ja - kasjer
Lewą dolną część ratusza, gdzie przed wojną mieścił się referat finansowy, zajmował pełnomocnik rządu Donaj. Po opuszczeniu tego biura przez pełnomocnika zostałem skierowany do organizowania referatu finansowego. Otrzymałem stanowisko kasjera Głównej Kasy Miejskiej i pracowałem tam do grudnia 1958 roku.. Kierownikiem był Teodor Nadolski. Po paru miesiącach wrócił dawny przedwojenny kierownik kasy Antoni Sławiński, a Nadolski został jego zastępcą. Następnym kierownikiem kasy został Władysław Poczeka.

Stanowisko kasjera było w środku obszernego biura. Siedziałem w małej "klatce". Z lewej strony strony wpływały kwity do zapłaty (podatek od nieruchomości), lokali i gruntów). Likwidatorem była Salomea Balcer. Obok mieścił się również referent podatkowy, którego kierownikiem był Alfons Rekowski, a po nim Mieczysław Wencki pełnił też funkcję zastępcy kierownika Urzędu Staniu Cywilnego po Franciszku Bramińskim, który odszedł na zasłużoną emeryturę.

Z prawej strony wpływały kwity opłaty za komorne z domów miejskich (dzisiaj mówi się opłata za czynsz lub najem lokalu). Jeden z takich kwitów o numerze 3789 wystawiony na nazwisko W. Czecholiński przechowuję na pamiątkę do dzisiaj. Oprócz komornego uiszczało się tam opłaty targowe, podatek od psów, rowerów i inne. Likwidatorem referatu podatkowego była Irka Kolasińska.

Moimi współpracownikami w pierwszych latach powojennych byli Czesław Ronkowski - księgowy, Edmund Michna - księgowy, Anna Pozorska, Krysia Szturmowska, Jan Fabich - komornik, Maria Jakub oraz Zygmunt Kajut - obecnie ksiądz.

O chłodzie i głodzie

Było ciężko. Pamiętam, ile problemów mieliśmy z ogrzewaniem biur. Irka Kolasińska, dziś Walkowska, przynosiła ze swego mieszkania opał (a mieszkała trzy kroki za ratuszem, w domu, gdzie była "Apteka pod Orłem") i razem paliliśmy w piecu w kasie magistratu. Ja również targałem różne drzazgi i drewka, choć miałem daleko, bo mieszkałem przy ul. Kościuszki 119. Robiliśmy to jednak ochotnie i z radością.

Pracowaliśmy za pół bochenka chleba, który dostarczał nam piekarz Zimmerman z piekarni przy ulicy Paderewskiego, róg Kościuszki (dziś punkt naprawy obuwia). Pierwszą wypłatę 150 -100 złotych otrzymaliśmy w maju 1945 roku.

Mimo tak ciężkiej sytuacji materialnej po godzinach przyjąć interesantów (po 13.00) dźwigaliśmy miasto ze zniszczeń wojennych. Pracownicy magistratu chętnie pracowali - świecili przykładem dla innych, działających już zakładów i instytucji w akcjach społecznego odgruzowywania miasta.

Starogard, jak obliczono, został zniszczony w 20 procentach. Najwięcej zniszczeń było przy ulicy Kościuszki - od numeru 1 do 7, przy ulicy Lubichowskiej, Chojnickiej, na miejscu dzisiejszego ronda. Zniszczone były też i inne części miasta. Na przykład odgruzowywałem (wybierałem cegły) zgliszcza przy ulicy Hallera 16, gdzie przed wojną mieściło się kino "Polonia". Nie przypuszczałem, że po dwóch latach właśnie w tym miejscu poznam moją przyszłą żonę Helenę.

Wystawa rolnicza
W pracach społecznych przygotowywaliśmy też plac - teren pod pierwszą wystawę rolniczą. Był rok 1945 albo 1946, dokładnie nie pamiętam. Wybraliśmy teren przy rzece naprzeciw przystani harcerskiej. Była to górzysta łąka w wybojami, która ciągnęła się od rzeki w górę do ogrodu Teodora Żyndy. Na wystawie można było podziwiać najpiękniejsze zwierzęta i najlepsze płody rolne wyprodukowane przez rolników naszego powiatu. i to w tak krótkim czasie po zakończeniu wojny!

A czego tam nie było! Konie i geriaki (źrebaki), krowy i cielaki, byki i jałówki, świnie i prosiaki, owce i jagniaki, kozy i koźlaki, trusie i zajki, psy i pieski, koty i kotki, białe myszki, kaczki, gęsi, guty i gulony (indyczki i indyki).

W Urzędzie Stanu Cywilnego

W połowie grudnia 1958 roku Prezydium Miejskiej Rady Narodowej omawiało sprawę obsadzenia kierownika Urzędu Stanu Cywilnego. Było dwóch kandydatów. Pewnego dnia przyszedł do mnie, do kasy, sekretarz prezydium Kazimierz Wiśniewski i zawiadomił mnie, że zostanę wezwany do przewodniczącego Prezydium Miejskiej Rady Narodowej Michała Kaczana, który poinformuje mnie, że zostałem powołany na kierownika USC. Życząc powodzenia prosił, abym nie odmówił, gdyż on na mnie głosował.

Przewodniczący Michał Kaczan, po przedstawieniu stanowiska MRN o powołaniu mnie na stanowisko kierownika USC, zadał mi kilka pytań z prawa cywilnego, co było swojego rodzaju egzaminem. Następnie zapytał mnie, czy zgadzam się objąć to stanowisko. Zgodziłem się. Michał Kaczan życzył mi powodzenia w nowej pracy, którą miałem zacząć 1 stycznia 1959 roku. Moim atutem byłą dostateczna znajomość języka niemieckiego w piśmie i mowie, co jest niezbędne w pracy w USC, którego akta sprzed 1919 roku i w okresie okupacji prowadzone były wyłącznie w tym języku.

Zanim objąłem funkcję kierownika USC, musiałem zapoznać się z nową pracą i nowymi obowiązkami. I tak po godzinach urzędowych w Kasie Miejskiej i po zdaniu raportu z całego dnia przechodziłem do USC. Wyjaśnień udzielał mi wówczas zastępca kierownika USC Mieczysław Wencki.

Siedziba USC znajdowała się w magistracie (czyli w ratuszu) oraz przejściowo w 1947 roku w dzisiejszej bibliotece przy ulicy Sobieskiego (to tam Franciszek Bramiński, kierowink USC, rejestrował ślub z moją żoną Heleną). Od lipca 1970 roku do grudnia 1971 roku w związku z remontem ratusza urzędowaliśmy w dawnym Domu Starców, ufundowanym przez Arie Goldfarba przy ulicy Owidzkiej.

Urodzenia

Praca w USC zaczynała się od rejestracji urodzeń. Wówczas rodziło się dziennie nawet dwoje dzieci. Szczęśliwi ojcowie przychodzili przedłożyć zgłoszenie o urodzeniu dziecka w Szpitalu Powiatowym w Starogardzie. Takie zgłoszenie zawierało dane: nazwisko, imię, datę urodzenia i miejsce zamieszkania matki dziecka oraz dane o noworodku: płeć i waga. Zdarzały się przypadki, że dziecko urodziło się w domu. Wtedy wymagane było zaświadczenie od położnej.
Po sprawdzeniu danych (dowód osobisty matki) podawano imię lub imiona dziecka. Były przypadki, że uzgadnialiśmy wspólnie najpiękniejsze i harmonijnie brzmiące do nazwiska. Były momenty, że rodzice nie mogli się zdecydować, jakie imię jest modne i popularne. Podawałem wtedy do wglądu i wyboru spis imion polskich, gdzie zawsze można było wyszukać najpiękniejsze imię dla synka lub córeczki.

W roku Milenium, czyli tysiąclecia chrztu Polski (łacińskie milenium) pytano, czy można nadać imię Milenia, Milan. Po wyjaśnieniu, czym jest milenium, rezygnowano i nadawano stare, piękne imiona.

Na przełomie lat 60. i 70. reporterzy "Dziennika Bałtyckiego" i "Głosu Wybrzeża" pisali o uroczystym nadawaniu dziecku imienia. Szczególnie relacjonowano uroczystości organizowane w Malborku przez tamtejszego kierownika USC Hilarego Garbowskiego. Artykuliki te czytano i przyjmowano z wielką przychylnością, stąd były też życzenia i prośby, aby taką uroczystość urządzić i w starogardzkim USC.

Na życzenie rodziców i opiekunów dziecka i za zgodą Wydziału Spraw Wewnętrznych zawsze chętnie wyrażałem zgodę na uroczyste nadanie imienia dziecka. Uroczystość odbywała się w sali ślubów, którą wcześniej przygotowywałem po godzinach urzędowych. Miała ona staranną oprawę, bo przybywali na nią oprócz rodziców dziecka przedstawiciele zakładu pracy czy instytucji - kolażanki i koledzy, współpracownicy rodziców. W uroczystości uczestniczył też przewodniczący lub zastępca Miejskiej Rady Narodowej oraz wielki przyjaciel dzieci prezes starogardzkiego Towarzystwa Przyjaciół Dzieci Jozef Bielecki.

Punktem kulminacyjnym uroczystości było nadanie imienia. Potem następowały życzenia dla rodziców noworodka. Były też kwiaty, upominki, no i modne wówczas książeczki mieszkaniowe. Nadanie imienia odbywało się w serdecznym i radosnym nastroju. W kilku przypadkach i mnie zaproszono na małe przyjęcie w gronie rodziców, które z przyjemnością przyjmowałem.

Zgony

Po codziennym w radosnym i życzliwym nastroju rejestrowaniu urodzeń również codziennie rejestrowaliśmy zgłoszone zgony. W smutku przedkładali kartę zgonu wystawioną przez Szpital Powiatowy w Starogardzie członkowie rodziny zmarłego. Były również przypadki zgłoszenia o zgonie w domu. Pamiętam, jak pewnego razu przyszła starsza kobieta (od lat już nieżyjąca, którą znałem z widzenia – mieszkała przy Placu Koszarowym, dawniej Plac 16. Dywizji na terenie dzisiejszej "Pomorzanki"). Przyszła i mówi zrozpaczonym głosem: Mój Lambert nie żyje. Co ja mam zrobić? Bardzo mnie ta bezradność zrozpaczonej staruszki uderzyła. Poinformowałem więc, że najpierw lekarz musi stwierdzić zgon i wydać stosowne zaświadczenie, z którym trzeba przyjść do urzędu.

W podobnej rozterce przyszedł kiedyś znany działacz ruchu robotniczego Michał Toruniak, aby zapytać, gdzie trzeba się zwrócić, aby pochować zmarłą żonę. Częstym gościem w USC był pracownik szpitala w Kocborowie Bolek Kopeć, który przedstawiał karty zgonu wystawione przez ten szpital. Członkowie rodziny z rzadka tylko zgłaszali się osobiście po odpis aktu zgonu. Czynili to listownie po upływie trzech i więcej dni.

W maju 1968 roku zmarła Zofia Januchtowa, przewodnicząca Prezydium Miejskiej Rady Narodowej. Poproszono mnie, aby poprowadził kondukt pogrzebowy. Bardzo mnie to uderzyło i zdumiało, nigdy przecież nie występowałem w takiej roli. Cóż było robić. Stanąłem na czele konduktu z insygniami USC (łańcuch z orłem) i przy dźwiękach marsza żałobnego poprowadziłem kondukt na cmentarz. Potem jeszcze raz przyszło mi występować w takiej roli. Było to 11 listopada 1973 roku, kiedy to miał miejsce pogrzeb Michała Toruniaka.
Niech im ziemia lekką będzie.

Oprac. Tadeusz Majewski
11.05.2008
 
wstecz   dalej »
 
Top! Design by Mamboteam.com! Top!