www.mamboteam.com
 
STRONA GŁÓWNA
sobota, 11 lipiec 2020
 
 
My, z Kocborowa - uzupełnienie Drukuj E-mail
wtorek, 20 maj 2008
Przeglądając materiały na stronie Starogardu złapałem się za głowę - nie zamieściłem sporej części tekstu, jaki powstał po zjeździe kocborowiaków. Ale co się odwlecze, nie uciecze - zwłaszcza (żeby się już całkiem rymowało) w internecie. Tu można wkleić tekst po dłuższym czasie i dać "hiperłącza" do materiałów wcześniejszych, i jest ok.

My, z Kocborowa




Kiedy Henio Koryziak rzucił hasło „I Międzynarodowy Zjazd Kocborowiaków”, wśród osób nieznających tych wszystkich spraw zapanowała konsternacja. Żarty sobie robi?


Pierwszy szerszy świat
otworzył się dla mnie, gdy wyszedłem z domu w Kocborowie na dwór. Akurat przed moją twarzą przeleciał motyl.
- Aha, to wszystko zrobiono dla mnie – pisnąłem. - Podwórze, wielkie lipy dookoła, garaż z zawieszonymi pod deskami dachu popielatymi dzbanuszkami os, fragment jesionowej alei, piaskownica, kawałek nieba.

Odwróciłem się. Dom, w którym mieszkałem, miał numer 8. Był olbrzymi, z czerwonej cegły,  zdobiony opaskami z cegły glazurowanej, z niezmiernie wysokim dachem, pokrytym holenderką. Z tyłu tego domu mieścił się sklep spożywczy, do którego wchodziło się po drewnianych, ażurowych schodach i przez werandę. Rozkład mieszkań w owym czasie był zaskakujący. Niewielkie mieszkania w piwnicy, niewielkie na poddaszu, ogromne dla lekarzy na pierwszym i drugim piętrze. Zanim wyniosłem pierwszy rowerek na dwór, dla wprawy jeździłem nim po korytarzu.

Stopniowo poznawałem ów świat
razem z bandą, której wodzem była Hanka Olipra. Stopniowo odkrywaliśmy też światy istniejące obok naszego - liniowo stojące domy z podwórzami, podobne do naszego, numerowane od 1 do 9, zamieszkałe przez rodziny pielęgniarzy, lekarzy, biuralistów, osobno dyrektorów, chociaż to już przestało być regułą. Odkryliśmy też przedszkole w jednym ze skrzydeł budynku dyrekcyjnego i wreszcie wielki szpital z 24 oddziałami (z numeracją zapisaną po łacinie) olbrzymią jak rakieta, jakby wielowątkową od zakończeń wieżą ciśnień.
To od niej – okazało się - dochodził na wszystkie nasze podwórka tępy i krótki odgłos odmierzający upływ czasu, który dla nas, kocborowskiego planktonu, wówczas był zupełnie niedostrzegalny.

Do szpitala chodziliśmy
potem codziennie. Z kanką po mleko i nieco dalej po chleb (kręciliśmy kanką pełną mleka prostą ręką, ze zdumieniem odkrywając, że się nie wylewa). Również do wielkiej sali rozrywek, stojącej w centrum. Tam w strojach tańczyliśmy krakowiaka. Na akordeonie przygrywał nam niewidomy pan Zenek, kocborowski masażysta, który wtedy w Starogardzie świetnie zdał maturę.

Przedszkole mieściło się
w lewym skrzydle dyrekcji, a w prawym – ambulatorium. Z dojściem do przedszkola niektórzy mieli kłopoty, gdyż pod drodze trzeba było pokonać podwórko prawego skrzydła dyrekcji, gdzie czaił się kogut pana Dumańskiego. Skakał dzieciom na głowę i chciał im wydziobać oczy. W przedszkolnym ogrodzie stała przeplotnia – konstrukcja warsztatowo prawie doskonała, stojąca po części do dzisiaj, wyrób kocborowskich stolarzy. Zupełnie niedawno zwrócono mi uwagę, że nie przeplotnia, a klatrownica. Od klatrować, wspinać się, przeplatać ciało. Niech będzie.


Kocborowska kaplica.



Na pierwszym planie maszynownia, dalej - budynek z kuchnią, biblioteką itd.

W latach 50. często siedziałem
pod schodami wiodącymi do sklepu. Było tam chłodno i wilgotno. Pomiędzy deskami schodów widać było od spodu spódnice pań i pończochy spięte z majtkami na sztryfle. Czasami na tych schodach panował ożywiony ruch. Znoszono cukier. Raz pani Miszewska niczym mrówa taszczyła cały jego worek, bodajże z 50 kilogramów. Robiono zapasy, bo niektórzy nasi ojcowie, ci siedzący wieczorami przy zasuniętych storach i słuchający chrypiącego programu Radio Wolna Europa, od czasu do czasu rzucali informacje, które potem szeptem powtarzały kobiety:  Idzie trzecia wojna światowa.

A myśmy w tym czasie

grali w noża, na rzucanki, w dudka i w kluchę - lokalną odmianę palanta. Przy okazji gier odkrywaliśmy olbrzymi i niezwykle pieczołowicie utrzymywany przez pacjentów park. Poznawaliśmy jego jasną, wschodnią i północną stronę, z kortem tenisowym, pełnowymiarowym stadionem, bieżnią, skocznią, boiskiem do piłki siatkowej i strzelnicą; i jego ciemną stronę, gdzie najpierw, otoczony niecierpkiem, w gęstym cieniu leżał cmentarz żołnierzy radzieckich, a potem, za oddziałem XXIII i wysokim murem, pokrytym na górze kawałkami szkła, wielki cmentarz, na którym leżeli budowniczowie szpitala, pacjenci, pracownicy szpitala, Żydzi, Niemcy, obcokrajowcy i Bóg jeden wie kto jeszcze - mówię tak na końcu zdania, ponieważ wiele grobów nie miało tabliczek informacyjnych.

Z oddziału XXIII dochodziło wycie
najbardziej niespokojnych chorych. Nie było wtedy neuroleptyków. Na festynach na stadionie grała znakomita przyszpitalna orkiestra dęta. Między innymi dzięki tym festynom poznawaliśmy domeny przynależne do centrum Kocborowa – Kolonie, również stylowe domy leżące przy dzisiejszej ulicy Kryzana, Łapiszewo – dwa domy i wzgórza, Żabno, miejsce, gdzie pracowali pacjenci, Majątek – gospodarstwo pomocnicze szpitala (produkujące żywność do spółdzielni i na eksport, do Starogardu), Ogrodnictwo, gdzie hodowano słynne kocborowskie pelargonie i rosły strzeżone przez czarne psy jabłka, Domostwa za ulicą Skarszewską.

Na słupie jednego z ogrodzeń
siedzieliśmy w dzieciństwie z Jerzykiem Pileckim i zajadaliśmy dziwny biały proszek. Jerzyk wykradł go z domu. Wzięli go nawet przejeżdżający taborem Cyganie. Doszło do klasycznego barteru. Dali za niego patelnie. Kiedy ojciec Jerzyka wrócił do domu i odkrył pustą szufladę po tym proszku, czyli mleku w proszku z UNRY, zaczął krzyczeć na całe Kocborowo... (tę sytuację tak pamiętam, ale, przyznaję, nie jest pozbawiona konfabulacji).
Aha, był jeszcze Święty Jan – gospodarstwo na wzgórzu o takiej samej nazwie, gdzie mieszkały rodziny zajmujące się wielkimi połaciami szpitalnej ziemi. Przez Świętego Jana, podobno na gotyckim podpiwniczeniu, szło się na Piekiełki, publiczne kąpielisko nad Wierzycą.


Kiedy tępe uderzenia zegara
na wieży ciśnień wskazały już na to czas, zaczęliśmy odwiedzać świetnie zaopatrzoną kocborowską bibliotekę. Chłopcy na początku wypożyczali „Winnetou”, a uściślając „Old Surehenda”. Ta książka była pozycją numer jeden. Na skutek wielokrotnych wypożyczeń ciągle się rozlatywała i trzeba ją było naprawiać w słynnej szpitalnej introligatorni. Prowadził ją Józef Sulewski, po pracy grający w kocborowskim zespole muzycznym i jako organista w przyszpitalnej kaplicy.
Sporo do tej introligatorni, gdzie w ramach terapii pracowali też pacjenci, noszono do oprawienia pozycji prywatnych - przedwojennych bądź kiepskich powojennych wydań klasyków polskich, światowych i radzieckich. Największym wzięciem cieszyły się „Old Surehand” Karola Maya, Szklarski oraz kryminały z serii z kluczykiem. Na pożółkłych ze starości i nikotyny z paluchów kartkach w sposób niedostrzegalny dla ludzkiego oka odkładały się tysiące linii papilarnych. „Winnetou” pożyczali ludzie z obu stron bramy szpitala. Z równym zapałem czytali go pacjenci, jak i psychiatrzy. Psychiatrzy mówili, że książka ta przez swoje urzekające piękno, prostotę, jednoznaczność charakterów wpływa korzystnie na zamącone dusze chorych, ci drudzy pewnie myśleli to samo o psychiatrach.
Oczywiście na kartkach odkładały się też nasze linie papilarne. Po przeczytaniu kilku rozdziałów wyskakiwaliśmy z wojennym okrzykiem na dwór, wyrywaliśmy kurze (z braku indyków) pióro, wsadzaliśmy je sobie za gumkę od skarpety nałożoną na łeb i mknęliśmy do parku bawić się w Indian.


Potem przyszła
pierwsza, młodzieńcza ciekawość. Pytania: Gdzie właściwie jesteśmy? Dlaczego, kiedy wędrujemy do szkoły do leżącego 2 kilometry Starogardu, tak haniebnie traktuje nas dyrektor szkoły? Dlaczego te uśmieszki, kiedy mówimy, że jesteśmy z Kocborowa? Mroki naszej niewiedzy na temat zupełnie niedawnej historii Kocborowa rozświetliła książka „Zbrodnia na Via Mercatorum”. Znaleźliśmy w niej relacje wcześniejszego pokolenia, pracującego w szpitalu w okresie okupacji – relacje widzianych na co dzień pielęgniarzy, którzy mówili o piekielnych zastrzykach - eksterminacji pacjentów.
Ciekawość głębszej historii wzbudziła nazwa w tytule – Droga Kupców. Okazało się, że naszą tak zwyczajną przecież ulicą Skarszewską wędrowali kiedyś kupcy z dalekiego południa, by kupić nad Bałtykiem bursztyn.

A potem wszystko
się rozprysło. Każdy gdzieś jakby przepadł. Wiadomo, studia, praca, rodzina itd. Niektórzy wracali, na stałe albo odwiedzić groby swoich bliskich W Dniu Święta Zmarłych. Z biegiem czasu rosła ich ciekawość historii powstania Kocborowa, szacunek dla twórców miasteczka Kocborowo, dopiero w 1975 r. przyłączonego do Starogardu, oraz szacunek do pracujących tu jak górnicy z dziada pradziada „rodów”: Sulewskich, Bernackich, Gorczyców, Berentów i innych.

Kiedy Henio Koryziak rzucił hasło „I Międzynarodowy Zjazd Kocborowiaków”, wśród osób nieznających tych wszystkich spraw zapanowała konsternacja. Żarty sobie robi?
- Wie pani, jestem kocborowiakiem – powiedziałem niedawno sekretarce, czekając na dyrektora szpitala.
Cisza.
- Czy pani wie, kto to taki?
- No chyba... Taki, co siedział na oddziale – odparła w końcu.
Proszę, jak to się zatarło. Jak cicho minął czas, kiedy daleko w Polsce na pytanie, gdzie leży Starogard, bez wahania odpowiadano:  Koło Kocborowa.

W ubiegły weekend

do Kocborowa zjechało się z całego świata ponad stu kocborowiaków – zasadniczo pokolenie urodzone w okresie 1945 – 1957, ale na prośbę zainteresowanych były wyjątki.

Zjazd. Wielkie wzruszenie, rozpoznawanie twarzy (na ogół po identyfikatorach), wspólne zdjęcie przed dyrekcją, wspomnienia w sali rozrywek, zabawa... Zabawna sytuacja w ROPS-ie (Regionalny Oddział Psychiatrii Sądowej), który kocborowiacy zwiedzali przed głównym spotkaniem.
Idziemy z sali do sali, oprowadza dyrektor ROPS. Tu nie ma żartów. Trzech pracowników na pacjenta. Jedne drzwi muszą być zamknięte, żeby drugie mogły być otwarte. Wszystko na podglądzie. Taki oddział.
W pewnym momencie dyrektor próbuje wytłumaczyć pacjentom, kim jesteśmy, to znaczy, skąd ta wycieczka. Wychodzi na to, że zawitaliśmy tu jako turyści zainteresowanymi regionem. Potem dopiero ktoś mu tłumaczy, że my te wszystkie oddziały znamy, bo z dziada pradziada pracowały tu nasze rodziny. Przy okazji wspominamy słynną ucieczkę ze szpitala za naszych czasów.

- To była ucieczka dziesięciu – ktoś rzuca.
- W pracowni plastycznej ulepili z chleba pistolet, pomalowali czarną farbą nitro i wyszli sobie przez stróżówkę trzymając stróża pod „lufą”.


Monitoring w ROPS.


ROPS - widok przez okno.

Każdy już dzisiaj wie,
że to nasze miasteczko było fenomenem. Na podstawie źródeł historycznych i z pamięci wypisałem sobie, co w tym miasteczku istniało.
Sieć wąskotorówki połączona nitką z dworcem kolejowym w Starogardzie, wieża ciśnień, kuchnia, stołówka, kryty basen dla 50 osób, maszynownia, namiastka elektrowni, centralna kotłownia, kanały ciepłownicze, którymi wędrowała do oddziałów para, sala rozrywek, kasyno, biblioteka, przedszkole, szkoła pielęgniarska, drukarnia, introligatornia, stolarnia, zakład wikliniarski, szwalnia, mleczarnia, spółdzielnia spożywców, piekarnia, apteka, gospodarstwo rolne, ogrodnictwo, dwa parki, stadion, strzelnica, kort tenisowy, kręgielnia, krykiet (to podaję za J. Milewskim), mechaniczna i biologiczna oczyszczalnia ścieków (1893 r.!), kostnica, kaplica i cmentarz.
Nie mówiąc o mieszkaniach i miejscach pracy w szpitalu. Projektowanie tego miasteczka (przed 1893 r.) musiało sprawiać planistom nie lada frajdę. To miłe zadanie: Jak zbudować miasteczko, żeby mieszkańcy (około 2000 z chorymi) czuli się w nim świetnie...



My, kocborowiacy... Roman Bernacki (z lewej) - kocborowiak z dziada pradziada i autor wspomnień.

„Pierwszy szerszy świat
otworzył się dla mnie, gdy wyszedłem z domu w Kocborowie na dwór. Akurat przed moją twarzą przeleciał motyl. - Aha, to wszystko zrobiono dla mnie - pisnąłem.”
Tak napisałem na początku. Ten motyl to taki stylistyczny ozdobniczek. A może i nie. Teraz, kiedy przeglądam nasze dzisiejsze twarze, zdaniem końcowe nasuwa się samo: - Teraz już wiem, że wyszedłem wtedy z domu jako drobinka świata, właściwie wyleciałem na chwilę jak ten motyl. Na chwilę - nawet wobec majestatu takiego miejsca.

Tadeusz Majewski

Artykuły i zdjęcia ze zjazdu kocborowiaków - patrz
Zdjęcia ze zjazdu - patrz

 
wstecz   dalej »
 
Top! Design by Mamboteam.com! Top!