www.mamboteam.com
 
STRONA GŁÓWNA
poniedziałek, 18 listopad 2019
 
 
"Przeplotnia" - omówienia Drukuj E-mail
czwartek, 31 sierpień 2006
Książka o Kociewiu pt. "Przeplotnia" zdobyła już wyróżnienie na targach książki pomorskiej w Kościerzynie i uznanie Czytelników. Dzięki dofinansowaniu Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego do wydania "Przeplotni" i dobrej sprzedaży ksiązki najprawdopodobniej już w październiku ukaże się druga książka Tadeusza Majewskiego pt. "Oj, oj, ojczyzna" (jak tytuł jego tekstu opublikowanego w tym roku w "Rejsach"). Ukazują się też omówienia i recenzje nt. książki. Niżej zamieszczamy omówienie prof. dra hab. Tadeusza Linknera z Uniwersytetu Gdańskiego.

PEJZAŻE, KLIMATY I TEMATY

Tadeusz Linkner


Urodził się w 1955 roku w Lęborku, ale kiedy miał zaledwie kilka
miesięcy, rodzice sprowadzili się do Starogardu Gdańskiego i zamieszkali w
Kocborowie. Ponieważ ojciec pracował jako psychiatra w tamtejszym szpitalu
dla nerwowo i psychicznie chorych, więc miał okazję poznać i odczuć aurę tej
szczególnej przestrzeni. Po studiach na UMK w Toruniu, gdzie ukończył
filologię polską, wrócił na Kociewie. Najpierw zaczął pisać wiersze, ale
rychło tego zaprzestał. Potem zajmował się redagowaniem solidarnościowego
pisma „Nasz Głos”, ale stan wojenny w tym przeszkodził.
Dziennikarstwem zajął się znowuż w roku 1989. Przez dziesięć lat prowadził „Gazetę Kociewską”, potem od 2000 roku „Tygodnik
Kociewski”, zaś od trzech lat zajmuje się redagowaniem do
„Dziennika Bałtyckiego”; dodatku „Kociewiak”, w
którym umieszcza swoje reportaże.

Tadeusza Majewskiego „Przeplotnia” to wybrane z
ostatnich kilkunastu lat dziennikarskiej pracy reportaże, wywiady, felietony
i opowiadania, publikowane wcześniej w „Gazecie Kociewskiej”,
„Tygodniku Kociewskim”, „Kociewiaku”, „Dzienniku Bałtyckim”, „Rejsach” i
„Pomeranii|”. Oczywiście, nie są to wszystkie teksty, ich druga
połowa oczekuje już na wydanie i wedle zapowiedzi autora za kilka miesięcy
się ukaże, zyskując być może jeszcze większe uznanie od tego, kiedy to
„Przeplotnia” na Targach Książki Kaszubskiej i Pomorskiej w
Kościerzynie otrzymała wyróżnienie. To sukces debiutu, jeżeli do nagród
zgłosiło kilkanaście wydawnictw ponad sześćdziesiąt swoich pozycji.

„Przeplotnia” jest rzeczywiście godna lektury. Najpierw
zaczytała się w niej bliska mi osoba i dotąd nie oderwała od jej kart
wzroku, aż jej nie skończyła, a kiedy przytrafiło się mnie, nie mogłem
pominąć tego milczeniem i zdecydowałem się o tej książce napisać i
powiedzieć na Biesiadzie Literackiej w Czarnej Wodzie, która ma zdarzyć się
tego roku we wrześniu.

Co wobec tego w „Przeplotni” jest takiego, że budzi
zaciekawienie odbiorcy? Najpierw ten jedyny w swoim rodzaju tytuł, który jak
się okazuje może być niezrozumiały dla tych, którzy nigdy nie byli w
przedszkolu i to najpewniej w tym jednym konkretnym; w przedszkolu w
Kocborowie czy też w Starogardzie Gdańskim. W „Słowniku języka
polskiego” tego wyrazu nie znajdziemy, chociaż jest tam
„przeplatanka”. Jeżeli nie jest to wyraz specjalistyczny, to
można sądzić, że to dziecięcy neologizm w rodzaju tego, jaki usłyszałem
kiedyś od trzyletniego wnuka, że przytrafiło mu się w przedszkolu karować,
czyli po prostu siedzieć za karę na krześle i nie uczestniczyć w zabawie. I
tak najpewniej jest, jeżeli dowiadujemy się od autora, że to
po prostu kratownica, którą widzimy na okładce tej książki. Stoją na niej
przedszkolaki, które przed chwilą wspinały się po jej szczeblach, usilnie
przesuwały się czy też przeplatały przez jej puste okna, to wspinając się
po nich uparcie w górę, to schodząc z niemałym wysiłkiem w dół. I wtenczas
rodzi się z tego egzystencjalna refleksja, bo przecież na przeplotni jest
jak w życiu. Najpierw uporczywie wspinamy się do jego apogeum, by potem, nie
wiedząc nigdy od którego momentu, mniej lub bardziej spiesznie schodzić ku
ostatnim jego chwilom. Zaś z perspektywy autora wygląda to metaforycznie
podobnie, a może jeszcze inaczej:

„Teraz stoję na przeplotni w sześcianie swojego półwiecza i obserwuję
ludzi w innych sześcianach”, tych pode mną, z boku i nade mną. Bez
pretensji, że znajduję się wyżej czy niżej. Tu nie ma takich pojęć, jak
ścieżka awansu, góra, dół. Na przeplotni, gdzie nieustannie zmienia się
punkt widzenia, to nieistotne. Jedyne pewne to to, że wchodzisz na nią,
bawisz przez ileś tam lat, a potem - gwizdek, czas przejść do innego
wymiaru” (s. 5).

Następna sprawa, która jak w każdej książce jest zawsze godna
najwyższej uwagi, to oczywiście jej treść. Każda bowiem ma swój tytuł, który
mniej lub bardziej czytelnie wskazuje, o czym w niej się mówi. Im bardziej
jest to książka literacka, to jej tytuł jest tym bardziej metaforyczny czy
symboliczny. Ta akurat nie musiałaby takiego mieć, ponieważ najwięcej jest w
niej reportaży i wiele wywiadów, ale jako że są w niej także felietony czy
opowiadania, więc ma do tego prawo. Tak zresztą ocenił pisanie Majewskiego
jego szef, mówiąc, że jest ono „z pogranicza dziennikarstwa i
literatury pięknej”. Dziennikarska jest tu forma i prawda przekazu,
natomiast literacki jest styl i podejście do sprawy. I tak rzeczywiście
jest! A wszystko to dzieje się „na skraju świata czyli w
centrum|”, jak sparafrazował to w swoim wprowadzeniu Andrzej Grzyb
słowami Andrzeja Kuczkowskiego z pewnej czarnowodzkiej literackiej biesiady.

Ponieważ treść „Przeplotni” jest raczej regionalnie
jednolita, bo głównie o Kociewiu opowiada, ale niejednolita tematycznie,
więc znajdujemy w niej aż pięć rozdziałów, poprzedzanych zawsze literackim
czy nawet poetyckim, bogatym często w egzystencjalną myśl, wprowadzeniem, i
podobnie interesującą fotografią, co doskonale tutaj słowo z obrazem kojarzy
i zarazem dowodzi umiejętnego posługiwania się przez Majewskiego nie tylko
piórem, dzisiaj powinno się już powiedzieć komputerem, co psuje mi
natychmiast humor, ale także fotograficznym aparatem. Zresztą zdjęciami
opatruje Majewski co raz któryś tekst. Tylko że jak tamtym wprowadzające do
każdego z tych rozdziałów słowo przydawało transcendentnie poetyckiego i
zarazem refleksyjnego wymiaru, tak te skupiają już tylko uwagę na konkretnej
postaci, sytuacji czy wreszcie przestrzeni.

A rozpoczyna się tu wszystko dość nonszalancko i odważnie, jak
uczyniłby to widoczny na pierwszym zdjęciu chłopak, jadący na rowerze
„bez trzymanki”. Poprzedzają zaś ten obraz słowa, z których
warto zapamiętać chociażby te:

„Puścił kierownicę, z lękiem (...) Poczuł przyjemność. Była to inna i
niezwykła jazda (...) Od tamtego czasu wszędzie jeździ bez trzymanki, mając
gdzieś oczywiste i banalne sposoby jazdy”. Natomiast zapowiadają one
takie treści, których nie można by się nawet spodziewać, bo nie tylko
odległa przeszłość ma się w nich liczyć, jak mamy to już w pierwszym
tekście, kiedy to przewracamy kartkę i spotykamy tam słowa o egzystencjalnym
wprost sensie, że „W pewnym wieku coraz częściej spoglądamy w
przeszłość” (s. 12), ale także wspomnień z dzieciństwa i młodości
pojawi się tu sporo. Bo tak to już jest, że najpierw w albumach znajdujemy
siebie dzieckiem, a potem je dalej wertując, trafiamy na rodziców, a potem
już tylko na dziadków, babcie i może jeszcze na pradziadków i prababcie. Tak
było i będzie. Dobrze pamiętać o tych, co odeszli i znać rodzinne historie,
nawet jeżeli rodzinna ziemia jest daleko, bo wtenczas jakby było się razem.
Jeżeli zaś żyjemy gdzieś od dziecka, to jest już inaczej i tamto staje się
już tylko wspomnieniem, tym bardziej barwnym, im bardziej oddalonym w
czasie; jak chociażby to o dziadku Grosbergu, co uparł się podczas
żuławskiej powodzi złowić w swoim domu szczupaka, czy jeszcze te inne.

Pierwszy tekst nie zapowiada jednak tego, co będzie dalej, chociaż zapowiada
już to, co być może wkrótce tego autora się ukaże. Dopiero następny okazuje
się reportażem z żuławskiej wioski Piekłem zwanej, oglądanej najpierw oczyma
dziesięcioletniego chłopca, a potem osób starszych, bo „Wszyscy tu
żyją historią”. Jaki tego reportażu koniec, nie trzeba mówić, chociaż
jego tytuł „Piekło - Niebo”; nie czyni na jego treść
obojętnym. Zresztą, zawsze najchętniej słuchało się dzieckiem opowieści
starszych i tutaj mamy tego przedsmak, by następnie zdawać sprawę co raz z
tych podsłuchanych u najbliższych czy też u innych historii. Chociaż
zdarzają się i reporterskie impresje, pozbawione takich retrospekcji, jak ta
o klonowaniu i groźbie cywilizacji zarazem czy nawet o księdzu Lendzińskim,
organiście Sulewskim i Bernardzie Janowiczu. Chociaż tych ze wspomnieniami
jest więcej, bo nie tylko o pewnej nauczycielce oraz domu, którego już nie
ma, ale i nawet o kaflowym piecu, których jest coraz mniej.

Tu jednak jedzie się przede wszystkim „bez trzymanki”;
ryzykując wywrotką i nie zważając na jakiekolwiek uprzedzenia i zakazy.
Dlatego raz tu, raz tam jesteśmy i nie tylko o rodzinie autora czytamy, ale
także o losach popularnej niegdyś młodzieżowej powieści się dowiadujemy, a
zaraz potem o nękającym nas czasie i także pierwsze wrażenia z makdonalda
poznajmy. I tak kartkę za kartką wertujemy i nawet nie wiemy, kiedy ten
pierwszy rozdział się skończył, bo znudzić się nim nie było można. Za
najciekawsze zaś uznałbym, chociaż to zawsze dyskusyjne, tę opowieść o
przedszkolance, z której tytuł tej książki, i to nie tylko dlatego że któż
tam o swojej pani z przedszkola pamięta, ale także dlaczego?..., o ostatnim
w gdańskim Starogardzie piwnym bumsie, gdzie dialogi są tak rzeczywiste i
jak befsztyki krwiste, o zapomnianych grach z podwórka i egzotycznych ich
nazwach, o Bronku wędkarzu oraz to doskonale humorem zaprawione soczyste
wspomnienie z fryzjerskiego zakładu, z którego foto ostatnią okładkę zdobi i
wrażenie takie sprawia, jakby klienta na śmierć czy do trumny już szykowano.

Kolejne rozdziały też przemawiają podobnie swoimi tytułami do wyobraźni
odbiorcy, nie zawsze jednak sugerując, czego w nich można się spodziewać.
Jak bowiem ”Mapy pamięci” obrazów z bliższej i dalszej
przeszłości każą oczekiwać, i tak najczęściej tu jest, tak „Strefa
borsuka” już poetycki zapowiada wymiar, i to najpierw słowem swego
wprowadzenia, a potem kolejnymi tekstami o wielu interesujących postaciach.
Dalej zaś „;Jak przyjdzie ulew” o przywiązaniu do swego miejsca,
starych pałacach i umiłowaniu swego rodu i miasta opowiada, natomiast
„Przekrój pieca” zapomniane dzisiaj zawody i miejsca skazane
przez cywilizację wskazuje, bo nie tylko o pracy zduna tu się mówi, ale i o
odchodzącej w niepamięć i niszczejącej coraz bardziej kolejowej stacji, o
tych co pamiętają jeszcze dawne czasy, o doli rolnika, dożynkowym wieńcu i w
ogóle o niełatwym życiu na wsi. Wspomnień i spisanych tak często z
magnetofonu wiejskich impresji, niejednokrotnie pełnych zadumy i poetyckiego
słowa, mamy tu chyba najwięcej.

Jeżeli natomiast jeszcze trzeba by tu coś dodać, to chyba tylko to, co
spisałem na marginesach podczas lektury tej interesującej książki, która z
dziennikarskim notatnikiem ma wiele wspólnego, ale przy tym jej autorem jest
mistrz słowa, znający się na sztuce, kulturze i kociewskim folklorze, i
artysta nie tylko literackiej impresji, ale także rodzinnej sagi, co zdradza
nam nie tylko pierwszy tekst. Jak bowiem już powiedziałem, czyta się to
wszystko, a jest przecież tego ponad trzysta stron, bez jakiegokolwiek
znużenia. Wszak nie są to li tylko sprawozdania z reporterskich wojaży, ale
bogate w odautorskie refleksje omówienia postaci, sytuacji i zdarzeń,
omówienia mające tak często w swym finale ciekawe resumé, budzące
niejednokrotnie u odbiorcy zastanowienie i refleksje, które czynią go
podczas lektury aktywnym. Zresztą, pytań autor sam sobie i nam zadaje wiele,
nie tylko sam próbując na nie odpowiadać, ale zmuszając do tego i odbiorcę.
Nie ma w tym jednak żadnego dydaktyzmu, ale jest dobra dydaktyka, bo jeżeli
nawet Majewski się do tego przyznaje, to i bez tego nauczyciela po słowie i
zachowaniu w nim widać. Przy tym znajomością sztuki i kultury też tutaj się
zdradza, bo skąd brałyby się te udane jak u Małgorzaty Hillar czy Zbigniewa
Bieńskowskiego dygresje o holenderskich mistrzach i ich obrazach, czy
odniesienia do kultowych filmów? A wreszcie kociewską gwarę, architekturę
tego regionu oraz cokolwiek z ludowych obrzędów i dawnych wierzeń też tu
mamy.

Z Majewskiego „Przeplotni” można doskonale uczyć się o Kociewiu
i jego znanych ludziach (proszę tylko broń Boże nie mylić tego z VIP-ami!).
Uważnie zaś wsłuchując się w opowieści starszych, uzupełniać również swoją
wiedzę, jak zdarzyło się to piszącemu te słowa z sekwencja o właścicielu
Obozina, Karwacie, który był przecież krewnym znanej na przełomie XIX i XX
wieku pisarki, Anny z Bardzkich Karwatowej, bywającej nieraz w jego majątku.
Ale to może się zdarzyć tylko w książce, na którą sumiennie pracował autor
i... czas, bo przecież to szesnaście lat ganiania po całym Kociewiu, i nie
tylko, za tym najciekawszym tematem. Ponadto doskonale tu widać, ile dobrego
może uczynić dla regionu lokalna prasa, jeżeli nie jest zajęta li tylko
lokalną polityką, jak to w swoim mieście obserwuję i szczególnie teraz przed
wyborami tak bardzo widzę. Chociaż takie to już są nasze polskie, bo nie
tylko kaszubskie czy kociewskie pejzaże, klimaty i tematy. Osobiście jednak
chciałbym, aby były tylko takimi, jak u Majewskiego w „Przeplotni”!

Zrealizowano w ramach Programu Operacyjnego Promocja Czytelnictwa ogłoszonego przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

"Przeplotnia" - Tadeusz Majewski, projekt graficzny Lech. J. Zdrojewski, wydawnictwo Media-Kociewiak, 336 stron dobrej lektury.

 
wstecz   dalej »
 
Top! Design by Mamboteam.com! Top!