www.mamboteam.com
 
STRONA GŁÓWNA
niedziela, 20 sierpień 2017
 
 
Można powiedzieć, że "Gazeta Kociewska" to Pana dziecko... [WYWIAD Z "GK"] Drukuj E-mail
wtorek, 14 marzec 2017

Wywiad z okazji 25-lecia "Gazety Kociewskiej", jaki ukazał się 2 tygodnie temu w "GK"

- Można powiedzieć, że "Kociewska" to Pana dziecko. Tak też ją Pan traktuje?

- Oczywiście. Raz, że ją założyłem wraz z Jackiem Legawskim, dwa, że ją prowadziłem jako red. nacz. przez 12 lat (policzyłem na palcach). W sumie wydałem jako red. nacz. ok. 580 numerów na ok. 1000 numerów tygodników, jakie prowadziłem, bo dochodzą jeszcze "Tygodnik Kociewski" i tygodnik "Kociewiak" – magazyn w "Dzienniku Bałtyckim".


Stolik Kociewski ("Gazeta Kociewska")

Panowała zasada, pokaż co potrafisz

STAROGARD GD. Rozmowa z Tadeuszem Majewskim, założycielem i pierwszym redaktorem naczelnym "Gazety Kociewskiej".


- Panie redaktorze, 25 lat temu stworzył Pan "Gazetę Kociewską". Chcemy posłuchać o początkach działalności najbardziej rozpoznawalnego tygodnika w regionie.

- W 1989 r. kilku ludzi w Starogardzie utworzyło spółkę i 11 listopada wydało zajawkę pisma pt. "Informator Pomorski". Było to pierwsze pismo, jakie prowadziłem jako red. nacz. Na skutek trudności z określeniem zasad współpracy z właścicielami spółki wydającymi "IP" pojechaliśmy z Jackiem Legawskim do Warszawy i zarejestrowaliśmy jeszcze w urzędzie cenzury, która akurat zwijała swój majdan, "Gazetę Kociewską". Czyli musiało to być w maju bądź czerwcu 1990 r. Wspominam "IP", którego ukazało się 15 numerów, gdyż po pierwsze - było to pierwsze wolne pismo w Starogardzie, a po drugie – pewne istotne elementy z tego pisma przeniosłem do "Gazety Kociewskiej". Pierwsze numery "GK" były drukowane jeszcze w drukarni typograficznej w Starogardzie, w miejscu, gdzie dziś znajduje się Polmed. Biuro ogłoszeń prowadził Antoni Górski (Wasz Kaźmniyrz) na Rynku. Wkrótce potem, po zakupie za pieniądze fundacji polsko -amerykańskiej pierwszego komputera przeskoczyliśmy do innej epoki drukarskiej. Komputer stał u mnie w domu. Nie bardzo wiedzieliśmy, co z nim robić. Przychodzili informatycy, cmokali, uuu, jaka pamięć, aż w końcu wrzasnąłem: Pokażcie, jak wykorzystywać to jako maszynę do pisania! No i zaczęliśmy na tym pisać w edytorze TAG. Od tego czasu jeździłem z dyskietką do drukarni w seminarium w Pelplinie, gdzie "GK" składano i drukowano. Teksty wpisywaliśmy w moim domu, również robiłem tam wywiady, wklepując je od razu do tego komputera. Raz robiłem wywiad z prezydentem Pawłem Głuchem. Od początku był to wywiad – furia, szalenie emocjonalne pytania i odpowiedzi. Wokół nas zgromadziło się kilka osób, zdumionych, że może być coś aż tak va banque. Były to wywiady w stylu "Adrych kosa podatkowa", "Dobić Grzecznowskiego", "Sadownik story", "Czarno-biały świat KPN-u". Tuż po zakończeniu odsapnęliśmy, żeby zlazły z nas te emocje i po chwili, po chwili... – Panie prezydencie - mówię - Paweł, cholera, przepraszam, ale nie nacisnąłem dwa razy F8, F8 i całą naszą rozmowę diabli wzięli! Paweł Głuch myślał, że to specjalnie. Wywiad próbowaliśmy powtórzyć, ale to już nie było to. Po roku męczarni w drukarni seminaryjnej miałem dość. Drukowano mi szpalty, brałem je, ciąłem, zaznaczając miejsca na tytuły i leady, naklejałem na makietę i korektowałem. Męczarni, bo działo się to albo w portierni seminarium, albo w jadalni, albo gdzieś tam przy stoliku w korytarzu. Tam poznałem Czesława Czyżewskiego i Wojciecha Kreffta, właścicieli Wydawnictwa Pomorskiego. Przekonali mnie, że razem będzie lepiej. Po roku od powstania tytułu daliśmy go Wydawnictwu Pomorskiemu, powiększając jego stan posiadania do bodajże trzech – "Tczewska", "Malborska" i my. Potem zrobiło się trzynaście. Było to największe tego typu wydawnictwo w Polsce. Oni mieli wizję i ideały, i to zaważyło na sukcesie w pierwszej dekadzie. A ja prowadziłem "GK" do 2000 r. pokonując wraz z ekipą kolejne bariery dźwięku – bodajże w 1996 r. 10 tys. nakładu, w 1999 – już ponad 15 tys. To dało mi też mandat do uczestniczenia w zespole red. nacz. najlepszych pism lokalnych w Polsce i wydawców dyskutujących w sprawie udziału kapitału obcego w mediach w Polsce.

- Można powiedzieć, że "Kociewska" to Pana dziecko. Tak też ją Pan traktuje?

- Oczywiście. Raz, że ją założyłem wraz z Jackiem Legawskim, dwa, że ją prowadziłem jako red. nacz. przez 12 lat (policzyłem na palcach). W sumie wydałem jako red. nacz. ok. 580 numerów na ok. 1000 numerów tygodników, jakie prowadziłem, bo dochodzą jeszcze "Tygodnik Kociewski" i tygodnik "Kociewiak" – magazyn w "Dzienniku Bałtyckim".


Czego by tu się nauczyć od winniczka? Fot. Michał Majewski

- "Gazeta Kociewska" kiedyś często zmieniała swoją siedzibę. Krążą nawet opowieści, że gdy mieściła się w Pałacu Wiecherta, dziennikarze mieli dyżury nocne a tam podobno straszyło...

- W Pałacu Wiecherta byliśmy do 2006 r., w miejscu byłego przedszkola. Za wielkimi drzwiami mieliśmy lumpeks. Pałac Wiecherta, bo tam miało być coś o wiele więcej, niż tylko siedziba redakcji. Miała być też galeria sztuki oraz miejsce spotkań ludzi kultury, polityki itp. Ważne tematy przy stolikach i przy piwie. Galeria sztuki, o nazwie "Młyn", powstała. Na wernisażu pierwszej wystawy śpiewała nawet wokalistka ze "Starego dobrego małżeństwa". Po podliczeniu strat czym prędzej ją zamknęliśmy. Dyżury miały być z prostego powodu. Na biurku stał jedyny komputer, okna po przedszkolu takie, że wystarczyło pchnąć od zewnątrz i się otwierały. Monitoringu jeszcze chyba nie mieliśmy. Więc rzuciłem hasło dyżury nocne. Nikt nie chciał tam przebywać, bo wieczorem faktycznie rozlegały się dziwne dźwięki. Myślę, że ciągle pracował parkiet, no i pracowała wyobraźnia. Ale w końcu odetchnąłem, bo zamieszkał tam przyjaciel gazety, pseudonim Siwy (wokół "GK" kręciło się wielu przyjaciół). Później rzeczywiście zmienialiśmy siedziby dość często, szukając czegoś odpowiedniego powierzchniowo i cenowo. Druga połowa lat 90. to burzliwy okres rozwoju "GK", coraz więcej sprzętu, coraz więcej ludzi, więc trudno się dziwić.



- Jak wyglądał system pracy w tamtych czasach? Jak tworzył się tygodnik informacyjny?

- To nigdy nie był tygodnik informacyjny, choć oczywiście miał strony z informacjami. Były strony reportażowe – coś w rodzaju "boso przez Kociewie", strony z życzeniami (dziwię się, że tego nie ma w necie), gospodarka, rolnictwo, kultura - literatura, strony młodych. Średnio pisało do niego ok. 30 ludzi. W sumie przez te wszystkie lata setki piór. Robię o tym opracowanie i wszyscy oni zostaną wymienieni. Wchodziły oczywiście teksty osób zatrudnionych na etatach, ale i osób robiących wkładki gminne (np. Skarszewy, Smętowo, Zblewo, Kaliska, Lubichowo) oraz autorów stałych i luzaków. Materiały przychodziły pocztą tradycyjną, dopiero pod koniec lat 90. e-mailami. Po zrobieniu makiety jechaliśmy do Tczewa, gdzie robiono skład. Co było bardzo sympatyczne - gdy tylko wchodziliśmy do siedziby wydawnictwa, witano nas: "O, Kociewaki przyjechali!" Tam robiono skład i korektę. Pod koniec lat 90. nastąpiła decentralizacja składu i robiliśmy ją na miejscu. Na sukces "GK" miały na pewno wpływ trudne narady redakcyjne, podczas których oceniano świeżo wydany numer, a po tym planowanie - o czym napisać, wziąwszy pod uwagę, co się zmienia w mieście i powiecie itp. Te narady to był znój zespołowego abstrakcyjnego tworzenia. Później, gdy zostałem w WP dyrektorem ds. prasy, jeździłem po innych redakcjach i patrzyłem, czy mają takie narady. Wychodziło mi, że tam, gdzie nie dyskutuje się o tym, co ma być, a robi to, co nakazuje red. nacz., "bo on wie najlepiej", z góry jest skazane na porażkę. Dobrze skomponowane pismo to wypadkowa realizowanych pomysłów wszystkich członków kolegium.


- Czy jakieś momenty z redakcyjnej codzienności szczególnie utknęły Panu w pamięci?

- Hm, codzienność w piśmie Panie znakomicie znają. Tempo, tempo i jeszcze raz tempo. Pod tym względem nic się nie zmieniło. Może powiem o przypadkach niecodziennych. Np. o wywiadzie z prof. Longinem Pastusiakiem z SLD w Pałacu Wiecherta. Przyjeżdża ze Stachowiczem, zadaję pytanie, a on patrzy zdegustowany, że nie ma dyktafonu. Więc go uspokajam: Proszę mówić, panie profesorze, będzie dobrze. Zaczyna odpowiadać, a tu jakiś szaleńczy grzechot – to pani Wiesia furkocze palcami po klawiaturze komputera, tego wtedy jedynego. Ona wpisywała w szalonym tempie o wiele prędzej niż mówił pan profesor. Po wywiadzie Pastusiak stwierdził, że udzielił tysiące wywiadów, m.in. w Japonii, ale jeszcze czegoś takiego nie doświadczył. Albo wywiad ze zdobywcą I miejsca w Polsce w konkursie prozy i poezji więziennej. Pierwsze pytanie: To dlaczego pan siedział tyle lat? Odp. Bo zabiłem... – i tu drastycznie, w jaki sposób. Brzdęk, spadła szklanka w kuchni (robiłem ten wywiad w domu). Albo piękna niecodzienność w tej codzienności. Bodajże z okazji 200. numeru "GK" zebranie wszystkich autorów w "Wiechercie". Patrzyłem zdumiony, ilu ich zebrałem, z ogromną dumą, że mam taką wielką, wielopokoleniową wspaniałą armię.



- W jaki sposób dobierał Pan sobie współpracowników? Kto wówczas miał szanse zostać dziennikarzem?

- Żadnych CV. Panowała zasada, pokaż co potrafisz. Inaczej mówiąc – określamy temat i do boju. Autorów znajdowałem też podczas wyjazdów reporterskich. Pewnego dnia w Skórczu robiłem wywiad z Zygą Anhaltem, red. nacz. "Tygodnika Parafialnego". Zacząłem czytać jeden z numerów i zafascynował mnie tekst niejakiej Honoraty. Jeszcze tego samego dnia pojechaliśmy do Marii Honoraty Romanowskiej. Poprosiłem ją, żeby napisała do "GK" kilka kawałków. Pisała przez 6 lat – piękną powieść autobiograficzną wileńsko-pomorsko-kociewską. Czy ja sobie dobierałem... Oni zgłaszali się sami. Niektórzy pisali tematycznie – o rolnictwie dr Henryk Pauli, potem Gerard Kuchta, o historii dr Józef Milewski, dr Marek Fota, dr Janusz Marszalec, Edward Zimmermann, Wiesław Brzoskowski (we wkładce "Dziennik Skarszewski"), o gospodarce Marek Grygiel, o sporcie Marek Gutjar, Eugeniusz Cherek, reportaż z targu Janusz Rokiciński, reportaż – Jacek Legawski, też Eugeniusz Cherek, satyrę, felietony – Bogdan Kruszona, gawędy – Antoni Górski, kipki opałki – Bernard Janowicz, opowiadania Albin Lubiński, wiersze – wielu poetów... W ogóle wielu, wielu autorów. Wszyscy będą w monumentalnym opracowaniu.

- A jak wyglądała wtedy współpraca z samorządami, politykami?

- Źle, czyli bardzo dobrze. To żart, ale coś w tym żarcie jest. Dziś myślę, że między władzą a prawdziwą wolną prasą powinien być zimny dystans. Ale skąd my to mieliśmy wiedzieć?! Były różne okresy. "GK" na początku próbowała ciągnąć linię "Informatora Pomorskiego", właściwie niepisanego organu Komitetu Obywatelskiego, ale okazało się to niemożliwe. Byłem radnym RM Starogard z ramienia KO i spotykałem się z coraz bardziej napastliwymi uwagami, że "GK" obraża prawicę itp., a nawet że "GK" to takie kociewskie "NIE". Nie podobało się, że do nas mógł przyjść polityk każdej opcji z tekstem i wypowiedzieć swoje zdanie. Oczywiście drukowaliśmy je w imię pielęgnowania idei różnorodności poglądów. Przecież nie po to zwalczyliśmy komunę, żeby ją zastąpić drugą. Z przykrością zauważałem u moich dawnych kolegów z pierwszej S i z KO te same cechy satrapów, jak u PRL- wskich kacyków. Teraz miało być tak samo, ale po ichniemu. W 1994 r. na groźbę pozwu czy na pozew ze strony władz Marek Wdziękoński przygotował rysunek przedstawiający mnie w pasiaku i to chyba mnie wybroniło.


Ja - wiezień. Rysunek Marka Wdziękońskiego. Niżej - wtorkowe wydanie "Gazety Kociewskiej" (przez 10 miesięcy "GK" była dziennikiem)



W ogóle 1994 był dla "GK" bardzo ciekawy - znaleźliśmy się w ósemce najlepszych pism lokalnych w Polsce propagujących ideę samorządności lokalnej. Dyplom odbierałem w hali Arena w Poznaniu na jakimś ogromnym zjeździe samorządowców. Gdy schodziłem z podium, przechodziłem obok Pawła Głucha. Chcąc nie chcąc pogratulował mi sukcesu, człowiek, który za coś tam trochę wcześniej chciał mi wytoczyć proces, mówiąc: Widocznie z boku to się inaczej widzi. Generalnie w skali powiatu ta współpraca była bardzo dobra, bo przecież nam tak samo zależało na zmianach, jak wszystkim, tak samo te zmiany przeżywaliśmy. Mieliśmy też samorządowe wkładki. Samorządy dzięki nim pokazywały swoją pracę na zewnątrz i – z tego co wiem - nawzajem się podglądały. Idea wielkiej gazety, gazety totalnej, skupiającej na swoich łamach wszystko, co w możliwym najszerszym stopniu udaje się uchwycić zdjęciem i słowami, się sprawdzała. To nie jest tak, że w drugiej dekadzie lat 90. mieliśmy sprzedaż 13 tysięcy tygodniowo, bo nie było konkurencji. Ona była, pojawiała się, ale nie miała szans. "GK" z tymi wszystkimi dodatkami naprawdę mogła budzić respekt, zwłaszcza w tymże właśnie 1994 r. Wówczas, na wieść, że pojawi się kolejna konkurencja, uruchomiłem wtorkowe wydanie "Gazety Kociewskiej" – ekspresowe, poweekendowe, 4 duże strony. Prowadził je Jacek Legawski. Wytrzymaliśmy 10 miesięcy. Co to znaczyło? Przez 10 miesięcy "GK" była dziennikiem! Pierwszy pachnący farbą numer wydawca wiózł do Bratysławy na spotkanie "wyszechradzkie", gdzie oglądano to jak jakieś wielkie dziwo. Na poziomie sublokalnym (powiatowym) dziennik to była jakaś abrakadabra.



W Pałacu Wiecherta. W rozmowie z Wiesią Stawicką

- O "Gazecie Kociewskiej" do tej pory wielu mieszkańców powiatu mówi „Moja Gazeta”. Czy już wtedy zauważał Pan takie przywiązanie do tytułu?

- Nieraz w piątek stałem blisko kiosku stojącego na rogu przy al. JP II i ul. Kopernika i patrzyłem, patrzyłem, patrzyłem na długą kolejkę. Przez okienko kiosku widać było z półmetrowej wysokości sztapel gazet. To niezwykłe uczucie, gdy się widzi, jak tak masowo kupują to, co przez kilka wcześniejszych dni robiliśmy, że stoją w długiej prędko przesuwającej się kolejce, bez słowa w stronę kioskarki co chcą, bo wiadomo było, o co im chodzi. To coś pięknego, gdy kupuje to, co znowu napisaliśmy, statystyczna połowa powiatu. Wszędzie było tak samo, bo "GK" była o nich. Nieraz przecież jeździłem i widziałem. Mówimy o czasach nie tak znów odległych, gdy RUCH miał blisko 500 punktów sprzedaży w powiecie. Co za "geniusz" ekonomiczny to rozwalił!

- Czy na łamach "Kociewskiej" był temat, z którego jest Pan szczególnie dumny?

- Trudno wymienić konkretny temat. Z czego byliśmy dumni? Z tego, że tworzyliśmy gazetę będąc tak bardzo blisko ludzi, pisząc o wydawałoby się prozaicznych sprawach. Przykładem jest tu serial "Objazdy" – w terenie, gdzie wszystko było dla nas tematem, jak dla Stachury wszystko było poezją, a w Starogardzie "Ulice" – szliśmy ulicami co tydzień po 50 metrów, spisując opowieści z kamienic, o ich historii i o życiu mieszkańców. Wzruszająca była strona życzeń, ze 40 co tydzień. Przecież ludzie przyjeżdżali nieraz z bardzo daleka do redakcji, by zostawić zdjęcie i wierszyk. Kilka razy stoczyłem batalię w wydawnictwie, żeby były bezpłatne i były.


- Jest Pan wybitnym reportażystą. Jakich wskazówek udzieliłby Pan młodym, którzy stawiają swoje pierwsze kroki na reporterskim szlaku.

- Udzielam takich wskazówek. W Ognisku Pracy Pozaszkolnej prowadzę warsztaty dziennikarskie. W szkołach prowadzę zajęcia na temat reportażu i felietonu. Hasło przewodnie tych warsztatów "O sztuce zadawania pytań" oraz "Mapa naszej miejscowości jako świat przedstawiony w reportażu lub opowiadaniu". Próbuję zwrócić uwagę na to, że nie da się napisać nic ciekawego z "czapki", nic ciekawego na temat całkowicie wymyślonego świata z anglosaskimi imionami bohaterów i hektolitrami krwi, bo trendy jest saga o anglosaskich wampirach. Reportaż to tu i teraz i w myśl tej zasady powstają bardzo ciekawe dokonania młodych. Ich reportaże i inne formy można przeczytać na stronie OPP w piśmie młodych "Zielony Autobus". Jest w formacie pdf lub na moim portalu kociewiacy.pl. Mówię młodym, że jeśli dostrzeżesz piękno i tajemnice świata, który ciebie otacza, i masz wyobraźnię, zrobisz z tym światem w tekście wszystko, co będziesz chciał. I tak się nieraz dzieje. Pewna uczennica napisała świetne opowiadanie pt. "Romeo i Julia w... (... tu miejscowość)". Oczywiście fikcję. Nie dałem do druku, gdyż dyrektor szkoły powiedziała mi: Panie Tadeuszu, ona wymyśliła, ale u nas rzeczywiście miała miejsce taka historia, jak u Szekspira. Zamiast włoskich rodów były mieszkające obok siebie rodziny radnego i sołtysa.


- Minęło 25 lat. Jak teraz ocenia Pan rynek lokalnych mediów? Jest łatwiej czy trudniej, Pana zdaniem?

- Doszedł internet, portale. Założyłem w 2002 r. pierwszy na Kociewiu portal z "winietką" WIRTUALNE KOCIEWIE (kociewiacy.pl). Pierwszy czat miał miejsce w Starogardzie też w 2002 r. zapowiedziałem go w "Tygodniku Kociewskim". W redakcji siedział i oczekiwał na pytania starosta Sławomir Neumann... Trudniej czy łatwiej, hm... Dziwę się, że pisma lokalne nadal zamieszczają kronikę policyjną i wydarzenia policyjne, jeżeli ja mam ją i inne portale internetowe zaraz po ich zaistnieniu od st. aspiranta Marcina Kunki. St. aspirant jest najpłodniejszym reporterem, na dodatek występującym pod wieloma postaciami. Chyba szkoda na to miejsca. Z pewnością łatwiej jest wydrukować gazetę, biorąc pod uwagę ceny druku i to z pełnym kolorem, ale o wiele trudniej ją sprzedać, o ile oczywiście nie jest to bezpłatne. A jeszcze trudniej spowodować, żeby ludzie ją czytali, i niekoniecznie z tego względu, że nie chcą czytać, a dlatego, że nie bardzo jest co czytać. W powiecie naliczyłem 6 tytułów, do tego 7 planowany tabloid. Straszliwe rozdrobnienie piór, więc wycinkowość, brak publicystyki, piór zewnętrznych, dyskusji, sporów. Coś ciekawego od pewnego czasu proponuje Krzysztof Łach.

- Nowe technologie, portale społecznościowe zawładnęły światem także mediów informacyjnych, lokalnych. Jak Pan to odbiera? Jest Pan teraz także aktywnym facebookowiczem.

- Miałem napisać reportaż do "Rejsów" na temat spustoszenia, jakie wywołuje Fb w świecie młodych. Zebrałem na ten temat mnóstwo informacji na warsztatach w szkołach. Na końcu reportażu miało być o Fb z autopsji, więc się uaktywniłem. I niestety reportażu nie napisałem. Fb mnie wciągnął, pochłonął, zaczarował i pożarł, jak wnętrze ogromnego flipera. Ale spowodował, że wróciłem do krótkich form, felietonowych, a od grudnia do opowiadań i wreszcie powieści. Tam zaczęła powstawać w odcinkach. Fb fascynuje interaktywnością, niemniej trzeba będzie z niego wkrótce wyleźć, koniecznie!


Z dziennikarską legitymacją w czeluściach stadionu Manchester United. 2013 r.

- Ale nie dla każdego nowe media to jedyne źródło informacji. Dla wielu naszych Czytelników wydanie papierowe jest niezastąpione. I nikt ich a także nas nie przekona, że gazety niedługo znikną, zostaną wyparte przez nowe technologie...


- Obawiam się, że jednak znikną. I nie dlatego, że nowe media lepiej przekazują informacje. One walą w coś bardzo istotnego, co było charakterystyczne dla starszych pokoleń. Walą w coś, co ja bym określił jako nawyk duchowego wyłączania się i spokojnego czytania, zamknięcia się sam na sam z lekturą, w trakcie którego nie patrzy się na czas i nie zerka na urządzenia informujące, że ktoś napisał esemesa czy dał lajka. Nie ma już takiego czytania, które pozwala nam ułożyć świat. A może to z powodu tempa życia? Zachłanności?


- Czego Panu życzyć, bo nasze 25 – lecie to także Pana święto?


- Dokończenia w tym roku siódmej już książki pod roboczym tytułem "Gazetowa historia Starogardu". W dużej mierze o "Gazecie Kociewskiej".

- Dziękujemy za rozmowę.
Anna Czyżewska, Krystyna Giełdon

TEKST W FORMACIE PDF

STR. 1
STR. 2
STR. 3

Data pierwszej publikacji w portalu: 28 lipca 2015




 
wstecz   dalej »
 
Top! Design by Mamboteam.com! Top!