www.mamboteam.com
 
STRONA GŁÓWNA
czwartek, 21 wrzesień 2017
 
 
MARIUSZ KUROWSKI. „Kociewie w gazecie” – tytuł prześmiewczy, ale sprawa poważna Drukuj E-mail
poniedziałek, 03 sierpień 2015


Ech… można przeczytać 150 gazet polskich z okresu zaborów i nic nie znaleźć. Musiała to być tytaniczna praca, szkoda, że bezowocna. Jak się nie umie szukać, to samo czytanie nie pomoże. Wiem, czepiam się, przeczytać to prawie to samo co przeszukać. Tyle tylko, że czyta się zwykle wszystko a szuka konkretnych słów, zdań.


Nie żebym zniechęcał do czytelnictwa, broń Boże! Wręcz przeciwnie, wszystkich zachęcam do czytania starych książek i gazet, szczególnie tych traktujących o historii, i tej bliższej, i tej dalszej. Mój artykuł to taki specyficzny urodzinowy prezent dla pewnego pana, chociaż troszkę spóźniony. Ale podobno niespodzianki najbardziej cieszą?

Ale do rzeczy. Jak donosił „Goniec Polski” w numerze 74 z dnia 27 września 1850 roku, „Kiedy przez ostatnie prawo prasowe wszystkim naszym politycznym pismom śmiertelny cios zadano, powstała u nas w Prusach zachodnich cisza i nader smutne uczucia napełniły serca dobrze myślących”. Aby temu zaradzić Ignacy Łyskowski wraz z innymi postanowił wydawać pismo „Nadwiślanin” wraz z dodatkiem „Gospodarz” (potem zmieniony na „Przyjaciel Ludu”). Pismo miało być drukowane w drukarni Józefa Gółkowskiego w Chełmnie. Tak się też stało i od października 1850 tygodnik zaczął się ukazywać w każdą środę w cenie kwartalnej 15 groszy. Pismo przetrwało do 1866 roku.

W numerze 14 (4 lutego) i ciąg dalszy w 18 (13 lutego) 1863 roku ukazał się tymże „Nadwiślaninie” artykuł anonimowego autora pod tytułem „Mieszkańcy Pomorza Pruskiego”. Bezimienny autor obszernie i wnikliwie opisuje Kaszubów i Boraków lub też jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli Borowiaków. Artykuł ten zajmuje w sumie 2 pełne strony z niezbyt obszernego, bo ledwie 4 stronicowego pisma.

Dwie sprawy mnie zaintrygowały. Pierwsza z nich to osoba autora. Czy na podstawie samego tekstu, sposobu pisania i spraw w nim poruszanych można odgadnąć, kim jest tajemniczy autor? Dla ówczesnego czytelnika było to wręcz niemożliwe, ale dzisiaj? W dobie Internetu? Proste!

Pierwsza przesłanka: „Żądasz, szanowny redaktorze, abym skreślił dla Nadwiślanina obraz ludności, wśród której kołatany losem tyle lat spędziłem".
W tym jednym prostym zdaniu kryją się przynajmniej trzy wskazówki. Redaktor gazety zwraca się do naszego autora jako do osoby co najmniej średnio wykształconej, z pewną dozą talentu literackiego i dużą wiedzą na temat mieszkańców Pomorza. Z czego ta wiedza mogła wynikać, jaki zawód mogła wykonywać taka osoba? Na pewno taki, który umożliwiał kontakt z wieloma ludźmi zamieszkującymi te tereny. Jest co najmniej kilka takich zawodów: nauczyciel, kupiec, ksiądz, lekarz i urzędnik. Te są najbardziej prawdopodobne ale to ciągle niewiele.
Kolejna wskazówka to ta związana z życiem. Musiało być ono burzliwe, rzucające go z miejsca na miejsce i względnie długie już w momencie pisania artykułu.
Hmm… ciągle mało, aby odgadnąć autora. Czytam więc dalej: „Nawet po czasopismach polskich przed kilku laty jeszcze mało, pobieżnie albo wcale nic nie wspominano o Prusach Zachodnich”. Musiał zatem nasz autor znać i czytać pisma polskie nie tylko lokalne, ale również te, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli, ogólnopolskie. Wychodzące na terenie innych zaborów. Ale taka informacja ciągle niewiele przybliża do rozwiązania zagadki: kim jest autor?

„Wysyłani we wielkiej liczbie kapłani niemieckiej narodowości zmuszeni byli uczyć się dla ludu języka polskiego, aby tem samem jego zaufanie pozyskać. Wielu na ten sposób kapłanów zpolszczyło się tak, że nietylko w obecnym czasie nie są polskiej narodowości nieprzychylnemi, ale nawet kochają język polski jako język ojczysty”.
No to może ksiądz? No bo skąd zna i dlaczego porusza taką sprawę? To, że wiara mogła być kryterium tożsamości i przynależności narodowej to jasne. Ale skąd znajomość spraw kościelnych? I to w szerszym niż tylko ograniczonym do kilku wiosek czy też miast? Zagadka ciągle nierozwiązana.

Dalsza część artykułu to opis zamieszkiwanych terenów i codziennego życia Kaszubów tak jak autor osobiście je widział. Nie z relacji osób trzecich, ale z pobytu w tych miejscach. Co ważne bardzo często pojawiają się odniesienia do „Boraków”. Tak jakby „Boracy” byli mu bliżsi i względem nich porównuje Kaszubów. Autor dokładnie charakteryzuje Kaszubów widzianych z pespektywy „Boraków” jako „bliższych”, „dalszych” i „głębokich” wymieniając przy okazji wiele różnic w sposobie życia. „Bliższych” korzystających w płodów ziemi, „dalszych” z ziemi i jezior i „głębokich” z jezior i morza. Taki sposób opisu, na podstawie własnych obserwacji i z perspektywy sąsiadów rzadko się spotyka. To skąd mógł pochodzić i gdzie w momencie pisania artykułu mieszkał? Sam to ujawnia „tych kilka krótko zebranych uwag oparłem na własnych spostrzeżeniach, pisząc pod wpływem wrażeń lat ubiegłych, które wnet wszystkie wśród Kaszub i Boraków przeżyłem”.
Taka informacja przybliża do rozwiązania zagadki, ale ciągle nie sposób wskazać konkretnej osoby.

I w końcu coś co ostatecznie naprowadziło mnie na osobę autora. „Mowa bliższych Kaszub nie ma prowincyonalizmów, tylko się różni akcentowaniem pierwszej zgłoski w wyrazach z trzech się składających, nadto niekreskowaniem „s” i „c”. I dalsza, obszerna część opisująca słownictwo, wyrażenia gwarowe, akcenty i deklinacje. Czyli nie tylko wykształcony, ale mający również dużą wiedzę o językoznawstwie. Ciekawe. No i w końcu wszystkie elementy jak w układance zaczynają do siebie pasować.



W tamtym czasie żył tylko jeden człowiek, który mógł posiadać taką wiedzę o Kaszubach, „Borakach” i językoznawstwie, do którego pasują wszystkie wcześniejsze przypuszczenia. To urodzony w 1817 roku w Sławoszynie w powiecie puckim, uczący się w Królewskim Gimnazjum Katolickim w Chojnicach, lekarz po studiach we Wrocławiu i Królewcu, mający brata proboszcza w Kokoszkowych, skazany początkowo na ścięcie toporem po niedoszłym ataku na koszary pruskie w Starogardzie Gdańskim, a ostatecznie osiadły w Bukowcu koło Świecia Florian Ceynowa. Autor frantówek pochodzących w większości z wiosek pomiędzy Świeciem, Tucholą i Rytlem. Czyli z terenów zamieszkanych przez „Boraków”-Borowiaków.

Na początku zaznaczyłem, że dwie sprawy w tym artykule są intrygujące. Pierwsza wyjaśniona, czas na drugą. To fragment artykułu opisujący coś, czego w „Nadwiślaninie” szukałem. „Okrąg „Fetrów" około Gniewu z „Kociewiem" około Pelplina znane są reszcie ludu z dobrych gruntów, których właściciele, gburzy, mogą po kilkanaście koni trzymać. Głos śpiewny w zapytaniach różni ich od innych okolic. Okolicę przy Starogardzie, czyli od Starogardu do Tucholskich borów nazywają boracy „Pola" bo w istocie borów i lasów tam nie masz. W Polach, na Kociewiu i Fetrach najwięcej mamy kościołów”.

Chociaż opis jest więcej niż skromny w porównaniu do objętości całego artykułu, to mimo tego warto pokusić się o jego analizę. Mnie najbardziej interesuje to, gdzie Ceynowa sytuował Kociewie, w jakim miejscu na mapie Pomorza. Cała biografia Ceynowy wskazuje na to, że nie mieszkał na obszarze wyznaczonym przez Starogard Gdański, Skórcz, Nowe, Gniew, Pelplin i Tczew. Oczywiście poza kilkudniowym epizodem z 1846 roku, a związanym z planowanym atakiem na koszary pruskie w Starogardzie i późniejszym uwięzieniem w więzieniu starogardzkim. Zatem jego informacje o tych terenach i jego mieszkańcach mogły pochodzić od spiskowców, brata-księdza lub więźniów starogardzkiego więzienia.
Drugim źródłem tej wiedzy byli „Boracy”. I tak w tekście zostały wyróżnione trzy regiony: Pola, Kociewie i Fetry. Zaczynając od Fetrów, to nikt nie ma wątpliwości, że chodzi o tereny na lewym brzegu Wierzycy pomiędzy Pelplinem a Gniewem. Gorzej jeśli chodzi o wyznaczenie granicy pomiędzy Polami a Kociewiem. Ale spoglądając na mapę widać, że bezleśne lub słabo zalesione Pola to obszar na południe i zachód od Starogardu Gdańskiego. A jedyną naturalną granicę wyznaczają lasy ciągnące się z północy na południe pomiędzy Starogardem a Pelplinem wraz z doliną Węgiermucy. To co pozostaje z takiego podziału, to pas terenów ciągnący się z północy na południe na zachód od Pelplina. Pokrywa się to dokładnie z terenami od Ropuch na północy po Królów Las na południu, który wskazałem w innym artykule. Zatem już po raz trzeci w moich rozważaniach przewija się dokładnie ten obszar. I powtórzę się. Jeśli szukać pochodzenia słowa Kociewie, to właśnie w jakiejś odmienności tego względnie niewielkiego obszaru, jego historii i ludzi go zamieszkujących od innych, sąsiadujących.

Podsumowując, artykuł został opublikowany w 1863 roku czyli na 20 lat przed tym zanim pojawił się w „Słowniku Geograficznym Królestwa Polskiego”. I nie jest to wcale zniekształcone słowo. „Kociewie” jest dokładnie tym samym, jakim je znamy dzisiaj. Przesuwa to w przeszłość datę kiedy po raz pierwszy słowo „Kociewie” pojawiło się w takim zapisie. Tylko jego definicja się zmieniła. Ale czy to źle? Jestem pełen podziwu dla księdza Fankidejskiego, autora tego hasła w Słowniku. Wypromował region, rozszerzył znaczenie tego słowa w rozumieniu terytorium. Sprawił, że dla reszty kraju przestały to być tylko Prusy Zachodnie. Ciekawe, czego by jeszcze dokonał, gdyby nie umarł tak młodo?

Mariusz Kurowski
3.08.2015 r.


 
wstecz   dalej »
 
Top! Design by Mamboteam.com! Top!