www.mamboteam.com
 
STRONA GŁÓWNA
piątek, 15 listopad 2019
 
 
Oto co ma do powiedzenia pani Krysia z Biedronki! Drukuj E-mail
sobota, 07 styczeń 2017



NALEŻY SIĘ PANU ZAPROSZENIE [do znajomych na Fb - przyp. T.M.], BO PARĘ LATEK PAN BYŁ DOBRYM WYCHOWAWCĄ – napisała Caps Lockiem wczesną wiosną nieznana mi z nazwiska Krystyna Dusowska, na dodatek bez zdjęcia profilowego.
No i jak zwykle w takich przypadkach dopisek: "Pan mnie nie pamięta".

Pamiętam!
W innym miejscu, znacznie później, napisała:
– Ja Pana pamiętam i nie zapomnę aż do śmierci... Nawet pamiętam brata Pana, którego Pan przedstawiał nam jednej z lekcji.
– No tak, był, dobrze pamiętasz – odpisałem. – Przyszedł, wtedy marynarz z Polskich Linii Oceanicznych. W ramach spotkań z ciekawymi ludźmi.
-
Krysia Szweda chodziła do mojej klasy. Mieszkała przy ulicy Kościuszki, w domu przed Hutą Szkła (patrząc od strony centrum). Przy ulicy porównywalnej chyba tylko do ulicy Bieruta i z ówczesną Palestyną. Te ulice plus Linowiec i Krąg tworzyły moją klasę.
Krysia miała mamę i ojczyma. Czasami mama, Maria, pokazywała jej ojca "na mieście" – rudego faceta, którego nigdy nie miała poznać.
Po drugiej stronie Kościuchy, naprzeciwko jej domu, mieszkało bezdzietne małżeństwo, Leokadia i Józef Walińscy. Józef miał w małym pokoiku pracownię fotograficzną. Kilka razy Krysia (dziś Dusowska) była u nich z mamą. Józef, fotograf, robił jej nawet zdjęcia, ale dziewczynce się nie podobały.
Krysia urodziła się 25 marca 1969 roku, a ochrzczona została 23 kwietnia.
I w tym momencie naszej rozmowy na czacie kompletnie mnie zaskoczyła.
Jej ojcem chrzestnym miał być niejaki Nakielski, z rodziny Szwedów, pracujący w aptece, ale akurat "niby" zachorował. To "niby" Krysia oczywiście pozostawiła bez wyjaśnienia.
Wobec tego kłopotu – mają być chrzciny, a chrzestny się zawieruszył – jej mama poprosiła Walińskich, mieszkających z drugiej stronie ulicy, ale właściwie obcych jej ludzi, żeby zostali chrzestnymi. Ci z radością się zgodzili.
Potem chrzestni przychodzili do Szwedów w urodziny Krysi i na święta ze skromnymi prezentami. Byli bardzo dobrymi, serdecznymi ludźmi – wspomniała Krysia.
-
W 1974 lub 1975 r. Leokadia i Józef Walińscy otrzymali mieszkanie w bloku przy ulicy Wybickiego 12, naprzeciwko Szkoły Podstawowej nr 7, do której Krysia chodziła kawał drogi z ulicy Kościuszki od 1979 roku.
I właśnie wtedy nasze losy się na kilka lat splotły. Uczyła się w klasie, której byłem wychowawcą.
Teraz dopiero, po tylu latach, prowadząc z nią jakieś takie smutne rozmowy na czacie, dowiedziałem się, dlaczego po pozostawieniu tej klasy (pozostawiłem ich po ukończeniu klasy siódmej, a było osiem) mieli do mnie pretensje. Nie ma co tego jednak tutaj wyjaśniać. Nie ma co w tym miejscu opowiadać, co się działo po mojej ucieczce ze szkoły. Ale do tego tematu prędzej czy później wrócę. Jestem im to winien.
Jeszcze za moich czasów w "siódemce" – po tylu latach dowiedziałem się naszych rozmów na czacie – Krysia wraz z koleżanką Bożeną Śledź, też z mojej klasy, zachodziła w drodze do mieszkania do swoich chrzestnych w bloku stojącym przy szkole.
A potem się nimi opiekowała – aż do ich śmierci.
W 1987 r. zmarł Józef, Leokadia w 2002 roku. Pięć lat leżała w łóżku, zanim wydała ostatnie tchnienie.
-
Po śmierci Józefa Walińskiego dyrektor regionalnego muzeum ekscytował się tajemnicą – gdzie się też podziały legendarne zbiory zdjęć przedstawiających przedwojenne i powojenne miasto mistrza Józefa Walińskiego? Tymczasem Krysia mi tu, na czacie, napisała, że gdy opiekowała się chrzestnymi, w każdej szufladzie natrafiała na setki zdjęć. Westchnęła przy tym – oczywiście westchnieniem wirtualnym, przy użyciu kretyńskich ikonek i wielokropków – że nie zdawała sobie sprawy, jaki to był skarb, który przecież za cierpliwą i czułą opiekę mogła mieć.
Pełne szuflady zdjęć śp. Józefa Walińskiego, coraz słabsza, leżąca Leokadia, opiekująca się nią przypadkowa córka chrzestna Krysia i oczywiście problemy finansowe – taka sytuacja.
Do Leokadii przychodzili ludzie, zawodowcy – dyskretni zbieracze fotografii, historycy, i kupowali zdjęcia śp. Józefa. Z czegoś przecież musiała żyć – powiedział mi niedawno jeden z nich.
Zaintrygowany zapytałem Krysię, czy mogą gdzieś jeszcze jakieś być, niekupione. Przecież to byłoby wielkie okrycie i możliwość spełnienia że tak powiem obywatelskiej powinności mieszkańców tego miasta – zrobić Józefowi Walińskiemu pośmiertną wystawę.
Krysia odpisała, że może ma pani doktor Kopaczewska w Kaliskach.
Pani doktor nie miała. Wszystkie zostały kupione przez (tu nazwiska).
Samej Krysi pozostało kilkanaście prywatnych zdjęć Józefa i Leokadii z 1947 roku, nieinteresujących dla zbieraczy. Przedstawiają Leokadię w lesie i nad morzem w Gdyni. Jest też kilka zdjęć dowodowych Walińskiego.
Kiedy wkleiłem Krysi link do opowiadania "Ile siarki we mnie" z "Przeplotni" (z e-booka) o jej koleżance z klasy Beacie z ulicy Bieruta, napisała, że żyła w podobnych warunkach. Ale, co cieszy, chyba wszyscy z tej mojej klasy z Kościuchy, Bieruta i dwóch wsi wyszli na ludzi. Krysia cieszy się szacunkiem jako sprzedawczyni w Biedronce, lubią ją klienci, lubią pracownicy, ma rodzinę, "chociaż dookoła wszyscy albo się rozeszli, albo się rozchodzą."
Taki happy and. Prawie.
Wpisuję w Google "Józef Waliński" i co wyskakuje? Jedno zdjęcie dowodowe mistrza Józefa Walińskiego, to, które tutaj daję. I nic więcej! O, przepraszam – jest jeszcze Towarzystwo Fotograficzne im. Józefa Walińskiego. A reszta jego zdjęć? A pośmiertna wystawa?
Być może Józef Waliński krąży gdzieś tu i tam w swoich zdjęciach w bezwzględnej Sieci, niepodpisany, nieistniejący...

Tadeusz Majewski
Przejdź do komentarzy na Faceboku













 
wstecz   dalej »
 
Top! Design by Mamboteam.com! Top!