www.mamboteam.com
 
wtorek, 22 październik 2019
 
 
Andrzej Grubba: Wokół sportu musi być otoczka tajemniczości... [archiwalia] Drukuj E-mail
poniedziałek, 05 wrzesień 2016


Lubi opowiadać, o sobie, o świecie, o wszystkim. Ma wyrobione poglądy i może dlatego mówi pewnie i szybko. W jego życiu czas jest najważniejszy, żyje w ciągłej pogoni za sukcesem, na walizach. Nawet tu, w domu rodziców, po dwugodzinnej rozmowie Alojzy Grubba – senior przypomina mi przez krótkofalówkę z drugiego pokoju, że już przekroczył limit czasu. Andrzej Grubba – life.


- Po raz pierwszy spotkałem Pana na ogólnopolskim turnieju młodzików w Olsztynie. Przed Pana przyjazdem od czasu do czasu ktoś wchodził na halę i mówił, że przyjechał Andrzej Grubba. Dzieciaki kładły rakietki nie bacząc na wynik i biegły do wyjścia. Nazwisko i imię "Andrzej Grubba" elektryzuje dzieci i młodzież. W światku tenisistów stołowych krążą różne wersje na temat początków Pana kariery. Jak było naprawdę?

- Od małego byłem na swój sposób związany ze sportem. Przez oglądanie. Jeździłem na mecze z rodzicami, którzy byli i są zapaleńcami, jeżeli chodzi o sport. Kochałem piłkę ręczną, ale nie miałem odpowiednich predyspozycji do gier zespołowych, byłem "egoistą". W pingpongu wszystko ode mnie zależy. W Zelgoszczy często grałem z bratem w szkole. Oczywiście, kiedy była zła pogoda. W szkole w Zelgoszczy przenosiliśmy ławki w stronę tablicy i rozstawialiśmy stół. Czasami nauczyciele mieli żal, że nie poustawialiśmy ławek z powrotem... Od 1972 roku zacząłem dojeżdżać z Zelgoszczy do Starogardu, do klubu "Neptun". Początkowo dwa razy, później cztery razy w tygodniu. Podpatrywałem Szymańskiego, (Mariana - przyp. T.M) Mroczka, (Erwina) Lindenaua i (Leszka) Sławińskiego. To była moja najczęstsza poza, podpatrywanie. Później, w Gdańsku, podpatrywałem Klimkowskiego, Mielewczyka i innych. Wiele zawdzięczam rodzicom. Mój ojciec był do pewnego czasu nauczycielem, mama również.

- No i były te słynne wyprawy "syrenką" na turnieje...

- Tak. Były "łyse" opony. Milicjant "Pawełek", który pytał, gdzie jedziecie na takich oponach i  mówił, to jedźcie.

- Związał więc Pan swoje życie z pingpongiem. Czy po latach uprawiania tej morderczej dyscypliny nie ma Pan poczucia niedosytu?

- Całe moje życie jest jednym wielkim niedosytem. Zresztą w sporcie to jest coś, co za każdym razem pozwala znaleźć kolejną motywację.

- Chodzi mi też o niedosyt związany z dyscypliną, którą Pan wybrał...

- My, jesteśmy z pingpongiem przez cały czas. Kwestia tego niedosytu – chciałem dowartościować tę dyscyplinę. Jest to kwestia wyników sportowych.

- Na pewno też i Pana postawy, indywidualności, oprócz oczywiście wyników, o których Pan mówi.

- Najważniejszych rzeczy w życiu nie wygrałem. Byłem blisko, ale zdarzało się, że po wygraniu na przykład 6 rund człowiek balansował na granicy przytomności. Nieraz krew leciała z nosa. Czasami w odniesieniu pełnego sukcesu przeszkadzały inne sprawy. Miałem na przykład zadrę z Waldnerem i to nie pozwalało mi z nim wygrać. Zresztą to miało też i swój urok. Wokół czystego sportu musi być pewna otoczka tajemniczości. Sportowiec powinien mieć osobowość, która może odpowiednio "sprzedać", oddać coś z siebie. Jest to tworzenie image wokół sportu. Nie każdy to potrafi robić.

- W światku tenisistów stołowych jest Pan wzorem, jeżeli idzie  o podejście do uprawianej dyscypliny. Czy to coś więcej niż pracowitość? Często dzisiaj używa się słowa "etos"...

- ...Etos zawodu, który się uprawia. To jest właśnie filozofia tego, co się uprawia. Dzisiaj wielu sportowców podchodzi do treningu na zasadzie zła koniecznego. Nie ma filozofii sportu. Nie traktuje się sportu jako czegoś, gdzie można się doszukać jakiegoś mistrzostwa, czegoś, co powinno być kultem. Mam punkt odniesienia w krajach azjatyckich. Jest na przykład kilkanaście osób na sali, wchodzi Sei Ono - mistrz i wszyscy przerywają grę, i kiwają głowami po japońsku. U nas mistrz budzi tylko pewne zaciekawienie, a tam jest to kult. W sporcie jest to konieczne i celowe. Nie powinno być spoufalania się z trenerem. Jest trener bądź lider i musi być zachowana określona hierarchia. Poza tym system edukacji u nas jest skandaliczny. Trener jest wszystkim, menedżerem, zaopatrzeniowcem i trenerem. Myślę, że to jest chwilowa zapaść filozofii sportu. Szereg dobrych teoretyków sportu odeszło i powstała dziura. Jest to czas wielkich zmian w podejściu do sportu. Dotychczas sport uprawiało się na bazie amatorstwa i traktowało się go w kategoriach politycznych. Teraz jest w dobrym tonie mówić, że gdzieś tam Andrzej Grubba zagrał i wygrał na przykład 5 tysięcy dolarów. Nie można zapominać, że parę rzeczy było dobrych w tamtych czasach. Zresztą to wszystko zależy od warunków ekonomicznych. Jeżeli ludziom będzie żyło się lepiej, będą uprawiali sport.

- Andrzej Grubba i polityka, filozofia, firma, pismo... to imponuje...

- Jest takie słowo "allround". Uważam się za Dyzia marzyciela i takie tematy nie są mi obce. Wałęsa? Tym mi gość zaimponował, że na przykład Igrzyska "Solidarności" traktował jako kampanię polityczna (...) Nie wyobrażam sobie, żebym wylądował poza sportem. Oprócz pisma "Mecz", które stworzyliśmy ze Zbigniewem Bońkiem i które powstaje dzięki naszym kontaktom (mamy kilku poważnych korespondentów na całym świecie) prowadzę firmę "Gasport". Firma funkcjonuje od pół roku, prowadzi sprzęt sportowy dla klasy juniora i znajduje się w Gdańsku. Jest jeszcze filia w Krakowie, a od przyszłego tygodnia będzie w Warszawie.

- A więc nowa twarz Andrzeja Grubby – biznesmen.

- Ach, to słowo! Jest takie powiedzenie, że życie trzeba przeżyć, żeby nie powiedzieć, że przeżyło się lata bez celu. Był czas nauki i sportu. W tamtym czasie pojęcia "dyskoteka" i "kino' były mi obce. Teraz są sprawy związane z końcem kariery. Pytanie, co dalej? Trzeba odpowiedni wcześnie myśleć o tym przejściu. Boję się tego. Trzeba się odpowiedni znaleźć psychicznie w takiej sytuacji.

- Ostatnio toczyliśmy dysputy na temat nazwania jednej z ulic imieniem Kazimierza Deyny. I przeszło. Jednak ktoś na komisji powiedział, ze Deyna zapomniał o mieście, z którego pochodził...

- Deyna jest to tak wielkie nazwisko w sporcie, że jest to wielkie nieporozumienie, to, co pan przytoczył.

- Pan przyznaje się do jakiejś ojczyzny lokalnej?

- Wiem, że jestem Kociewiakiem, chociaż ojciec pochodzi z Oksywia, a matka spod Kościerzyny. Co mi się podoba gdzie indziej, w innych krajach, to przywiązanie do regionu, manifestowanie odrębności regionalnej, na przykład w Bawarii. U nas też to odżyje. Gdy tylko ludzie czegoś się dochrapią, przypomną sobie, kim byli (...). Żałuję, że do Zelgoszczy nie mogę jakoś trafić. Często przejeżdżam przez Zblewo, ale zawsze jest się pod pręgierzem czasu. Też się boje. Boję się, że dotknę czegoś, co się skończyło 20 lat temu. Boję się po prostu stracić obraz, który pamiętam. Kiedy w Zelgoszczy przebudowano boisko, spowodowało to jakąś obcość tego miejsca. Może to jest to, tamten czas był fajny. Może dlatego, że była to taka ciężka praca, otoczona tajemniczością, początek przygody.

Rozmawiał Tadeusz Majewski

Fot. Adam, Haras

Gazeta Kociewska, 28.09.1990 r. 

 
wstecz   dalej »
 
Top! Design by Mamboteam.com! Top!