www.mamboteam.com
 
czwartek, 21 listopad 2019
 
 
JACEK LEGAWSKI. Jak budowano drogę Chojnice – Malbork (archiwalia) Drukuj E-mail
poniedziałek, 26 wrzesień 2016


Po raz drugi rekonstruując historię PRL-owskiego Starogardu odwiedzamy Franciszka Piechowskiego. I musimy na tydzień przerwać wątek, bo dowiedzieliśmy się od pana Franciszka o sprawach fascynujących. Cofniemy się trochę w czasie i opowiemy, jak od początku wojny budowano drogę Chojnice – Malbork.



Droga na Wschód



- W 1939 roku zima była straszna. Śniegu napadało tyle, że musieliśmy nosić wysokie buty – rozpoczyna opowieść pan Franciszek.

Tak, tak, tegoroczna zima jest tylko namiastką tych, z którymi starogardzianom przyszło się kiedyś potykać. O przebudowie drogi Chojnice – Malbork Niemcy myśleli jeszcze przed wojną, opracowując wstępne plany! Franciszek Piechowski dowiedział się o tym, gdy w 1940 roku Starogard odwiedził pewien niemiecki inżynier – autor planu przebudowy. Dla Niemców było to bowiem najlepsze drogowe połączenie z Prusami Wschodnimi, a w przewidywanej (przez nich) przyszłości – także z północną częścią Rosji Radzieckiej.


Pomocnicy


Od razu po zajęciu Polski Niemcy przystąpili do budowy odcinka Chojnice – Malbork (zwanego dzisiaj potocznie "autostradą") i budowy mostu w okolicach Czarlina. Także do Starogardu zaczęli zjeżdżać specjaliści z Niemiec. Rodzice Franciszka Piechowskiego mieli duże mieszkanie i nie chcąc ryzykować przymusowego dokwaterowania lub przekwaterowania wynajęli pokój niemieckiemu mierniczemu.

- Moi teściowie aż trzykrotnie byli przekwaterowywani na coraz mniejsze mieszkania – mówi Piechowski. - W listopadzie 1939 roku rozpoczęły się pomiary, wymierzanie nowej drogi. To trwało do końca stycznia 1940 roku. Ja i mój brat Jan pomagaliśmy mieszkającemu u nas niemieckiemu mierniczemu, nosiliśmy aparat niwelacyjny i mierzyliśmy taśmą. Nie pamiętam, czy za tę pracę dostaliśmy jakieś pieniądze. Oni (Niemcy) wyznaczyli tylko kierunek (oś drogi) i wysokości – dodaje pan Franciszek. - Najpierw określono stan faktyczny, potem co 50 metrów były podane wysokości, na zakrętach nawet co 10 metrów. Niemcy byli tak dokładni, że przy odbiorze już gotowej drogi tolerancja wysokości wynosiła najwyżej 2 centymetry.

Pan Franciszek pieniędzy nie otrzymał, lecz dzięki zdobytym umiejętnościom znalazł później pracę przy budowie drogi. Pytamy otwarcie, czy była to praca przymusowa.

- Wie pan, każdy musiał gdzieś pracować, więc Polacy dobrowolnie poszli do pracy przy budowie drogi. Ale dla nas były niższe stawki. Pracowaliśmy przy robotach fizycznych, byliśmy pomocnikami, kierowcami. Ponadto ci, którzy pracowali, mieli "bezpieczniej". Mieszkałem u rodziców, wypłata była co dwa tygodnie, to jakoś się żyło.


Do pracy

Drogę zaczęto budować wiosną 1940 roku, jeszcze gdy były roztopy. Niemcy zwozili maszyny i urządzenia. Odcinek Chojnice – Malbork podzielono na mniejsze, mniej więcej 10-kilometrowe i każdy z nich wykonywała inna firma. Franciszek Piechowski otrzymał pracę w firmie realizującej odcinek od Strzelnicy do Swarożyna. Była to spółka niemiecka z Drezna. Miała też udziały we Wrocławiu. Firma, która robiła krótszy odcinek – od lasu (Strzelnica) do wysokości starogardzkiej Mleczarni, miała na przykład siedzibę w Nowym Dworze.

Spółka z Drezna była typowym przedsiębiorstwem budowy dróg. Na swoim odcinku przyjęła do pracy 200 osób. Oprócz tego w pewnym momencie (zapewne po zajęciu Francji) – 80 Anglików z baraków przy ul. Gdańskiej w Starogardzie.

- Anglicy za długo nie pracowali – zauważa pan Franciszek. - Zresztą większego pożytku z nich nie było. To byli jeńcy wojenni i Niemcy traktowali ich bardzo porządnie. Anglicy mogli stać i nic nie robić. Dostawali nawet paczki i czasami mieli lepiej od Niemców, nieraz im nawet coś dawali. Na naszym odcinku więźniowie nie pracowali. Tutaj, w okolicach Starogardu, i tak była tania siła robocza. Może na jakimś odcinku w lesie... Nie wiem nic o tym...Tak zwane biuro zarobkowe firmy mieściło się w Strzelnicy na pierwszym piętrze. Tam tylko obliczano i wypłacano zarobki. Pracowała w nim Czeszka, a kierownikiem był Niemiec Heize. Piechowski jeszcze dzisiaj ze zdziwieniem zauważa, że Heinze był zapartym komunistą, przeciwnym Hitlerowi. Polscy robotnicy bali się z nim rozmawiać, wdawać w polityczne dyskusje. Nigdy nie wiadomo było, co może się stać.

Pierwszy kierownik budowy zamieszkał w słynnej leśniczówce, leżącej po drugiej stronie drogi.

- Mój niemiecki szef był bardzo leniwy - śmieje się Piechowski. - On się mną wyręczał. Bimbał sobie z roboty i raczej jeździł do pewnej panny w Kręgu. Była to Niemka.






Leśniczówka (Waldhaus), należąca do dwóch panien, Niemek, stojąca niedaleko Strzelnicy. Mieszkał w niej pierwszy kierownik budowy. Na zdjęciu z Franciszkiem Piechowskim, który mówi o Niemcu: "To był duży chłop i udawał ważnego. Jeździł motorem z przyczepą"

Włoski asfalt

Przed wojną droga miała 6 metrów szerokości, ale była asfaltowa. Asfalt położyła włoska firma. Zrobiła to dobrze, a i droga była dobrze utrzymana.

- To wszystko trzeba było najpierw zrywać – mówi Piechowski. - Bardzo ciężkim zajęciem było przemieszczanie mas ziemi, wszystko robiono ręcznie, bo robocizna była bardzo tania.

Z problemem ziemi Niemcy poradzili sobie bardzo ciekawie. Ściągnięto tory wąskotorówki – mogły mieć nawet kilometr długości, przeważnie jednak miały 200 – 300 metrów. Specjalna lokomotywa, zestaw 15 do 20 wagoników i ziemię już można było przerzucać z miejsca na miejsce. Po zakończeniu prac ziemnych w danym miejscu wąskotorówka też była "przerzucana".

W zasadzie codziennie byłem na budowie. Później wziąłem sobie pomocnika. Nazywał się Domachowski. Zatrudniłem go, bo doskonale mówił po niemiecku, a ja się dopiero uczyłem. Pomagałem mierniczemu, to znaczy znałem wszystkie obliczenia i mówiłem robotnikom, ile ziemi zebrać, jak zniwelować. Mimo wszystko to była bardzo ciekawa praca. Tak się wprawiłem, że Niemcy zaczęli traktować mnie bardzo poważnie.

Piechowski z żalem zauważa, że Niemcy, którzy przyjechali z Rzeszy, traktowali Polaków znacznie lepiej niż Niemcy tutejsi.

- Starogardzcy Niemcy i ci z Gdańska, oni byli najgorsi. Niemców może było dziesięciu, reszta pracowników była Polakami. Tylko kilku znałem: Guzowski, Franciszek Rutkowski, Maksymilian Kuna był kierowcą. Franciszek Rutkowski później trafił do Włoch i doskonale nauczył się języka. Po wojnie uczył w Technikum Ekonomicznym w Starogardzie i wykładał język włoski na Uniwersytecie Gdańskim.





Maszyna – tzw. łamacz kamieni. To nią przygotowywano tłuczeń, którym następnie wykonywano podkład pod asfalt. 1. Szpęgawsk, październik 1940 r.

Nowości

- Opowiem panu pouczającą historię. Do ubijania ziemi Niemcy używali specjalnych urządzeń. Te maszynki, które widziałem pierwszy raz, nazywali "babami". Operator brał akumulator na plecy (na szelkach), podłączał do tego przewód od maszyny, która na końcu miała specjalne ciężkie w kształcie koła (30 lub 60 cm średnicy) "zakończenie". To podskakiwało i ubijało ziemię. W latach 60. byłem na wystawie budowlanej na Placu Defilad w Warszawie, gdzie pokazywano podobne urządzenie i mówiono, że to nowość. A Niemcy używali takie urządzenie znacznie wcześniej.

Musimy wreszcie napisać, jak droga powstała. Po niwelacji i ubiciu ziemi kładziono specjalne kamienie (miały kształt stożkowaty), ostry zakończeniem ku górze. Taką konstrukcję wypełniano przygotowywanym na miejscu tłuczniem – tak otrzymywano podłoże o grubości 25 cm. Na to wylewano jedną warstwę asfaltu, a dopiero następnie asfaltowy dywanik. Inaczej było na odcinku do Czarnej Wody, gdzie wylano 25-centymetrową warstwę betonu. Nowa droga miał 9 m szerokości, po bokach z każdej strony wyłożona była dwiema kostkami granitowymi o szerokości 20 – 25 cm, czyli w sumie miała szerokość ok. 10 m. Miała też 2 procent spadu (9 cm różnicy). Na zakrętach ten przechył mógł dochodzić do 7 procent. Można było jechać całą parą. Jak zauważa Piechowski, w tamtym czasie Niemcy nie mieli takich dróg.




Takimi walcami wyrównywano i ubijano drogę Chojnice – Malbork. Na zdjęciu prace w Szpęgawsku w październiku 1940 roku



Szpęgawsk, październik 1940 r. Prace przy rowie odwadniającym

Szacunek do ziemi


Ciekawe. Przy budowie drogi zbierano wierzchnią warstwę ziemi i układano ją starannie w pryzmy, grabiono i obsiewano trawą. Niemcy mówili na nią "ziemia matka", dlatego o nią dbali. Za to zresztą mieli dodatkowo ekstra płacone.


Wyjazd

Prace przy budowie odcinka Strzelnica – Swarożyn trwały dwa lata. Na początku 1942 r. Franciszek Piechowski wyjechał z firmą do Kijowa (a raczej został z nią przeniesiony).

- Wykonywaliśmy w zasadzie drobne naprawy. Niemcy się bardziej dekowali niż pracowali. W Kijowie byłem już lumbuchalterem, wypełniałem listy opłat dla 20 osób, pracy więc specjalnie nie miałem. Po pół roku przyjechałem do Starogardu na urlop i do Kijowa już nie wróciłem. Nawet dobrze, bo ponoć później Rosjanie zabili wszystkich pracowników firmy.

Jacek Legawski

Wszystkie zdjęcia pochodzą ze zbiorów Franciszka Piechowskiego i nie były dotąd nigdy publikowane

Gazeta Kociewska nr 9/311, s. 6.

1.03.1996 r.


 
wstecz   dalej »
 
Top! Design by Mamboteam.com! Top!