www.mamboteam.com
 
czwartek, 05 grudzień 2019
 
 
JACEK LEGAWSKI. Bydgoski desant - Starogard tuż po wojnie (archiwalia) Drukuj E-mail
wtorek, 27 wrzesień 2016


Kontynuujemy historię PRL-u. Dziś, szczególnie lata 1945 – 1948, wspomina Franciszek Piechowski, znany działacz harcerski. Jego wspomnienia uzupełniamy zdobytymi przez nas informacjami

- Taka byłą rzeczywistość, w której przeżyliśmy te 45 lat. Czy wszystko można potępiać, skoro to nasze życie? - zastanawia się na początku Franciszek Piechowski i od razu sobie odpowiada: - Na pewno nie.

Rozmawiamy w domu rodzinnym przy ul. Lubichowskiej.

Rodzina Piechowskiego pochodzi z Kościerzyny. Tam też urodził się pan Franciszek, dokładnie 15 grudnia 1915 roku. Ma ponad 80 lat, lecz pamięć doskonałą.

- W 1921 roku wyemigrowaliśmy do Osia, gdzie ojciec, Franciszek, objął funkcję drogomistrza. Miał 50 km dróg pod sobą. Był urzędnikiem powiatowym. Po 2 latach przenieśliśmy się do Bobowa. Od właściciela majątku ojciec wynajął dom, w którym dzisiaj jest ośrodek zdrowia.

Tak Piechowscy trafili w okolice Starogardu.

Wojna Franciszka Piechowskiego – krótko: wrzesień, obóz, ukrywanie się pod fałszywym nazwiskiem Samek w Generalnej Guberni. Dużo szczęścia.

- W marcu 1945 roku wraz z bratem Feliksem (później został znanym starogardzkim adwokatem) wróciliśmy z Krakowa do Starogardu. Pokonaliśmy pieszo sporo kilometrów. Cała podróż była koszmarna. Tu dotarliśmy trzy dni po zajęciu miasta przez Rosjan. Jeszcze wtedy, gdy szliśmy z bratem, przy drodze od Skórcza, choćby w Pączewie, leżały trupy. Rozerwane ciała, porozrzucane ubrania, straszny widok. Dowiedziałem się od rodziny, że w Starogardzie nie było typowych działań wojennych, w 1945 roku też. Miasto tak bardzo nie ucierpiało. Trochę bombardowali Rosjanie. Ale po wyzwoleniu to oni podpalali miasto, także domy na Rynku choćby hotel Vorbach. Zniszczyli dużo domów. To była dzicz. Spalili też dom brata teściowej (z rodziny inż. architekta Okonka – budowniczego "kościoła na polu") przy ul. Pelplińskiej. Nikt nie powie, nikt nie wie, dlaczego Rosjanie podpalali. Ponoć oficerowie mówili żołnierzom: "Jak tutaj wejdziecie, to możecie robić, co chcecie". Rosjanie traktowali te ziemie jako niemieckie. Człowiek miał szczęście. To był chaos. Na początku chodziło o to, żeby wyżyć, sklepów przecież nie było. Ludzie byli wystraszeni. Jeszcze gorzej było, gdy przejeżdżały rosyjskie tabory. Z czasem przyszła wiosna, było trochę lepiej i cieplej.

Piechowski miał wiele szczęścia, miał też do kogo wracać w Starogardzie. Rodzice i przyszła żona pana Franciszka mieszkali w różnych domach przy ul. Lubichowskiej.

Tuż po wyzwoleniu, jeszcze w marcu 1945 roku do Starogardu przyjechało z Bydgoszczy pięć osób: Adam Tomajer, Ludwik Wiliński, Michał Toruniak. Zygmunt Raczkowski i Karol Gan. Starogardzianie uważali ich za bydgoski desant. Mówiono też "desant podporuczników", bowiem właśnie w mundurach podporuczników przybyli Tomajer i Raczkowski. Pozostali trzej byli cywilami. Zygmunt Raczkowski trafił do Starogardu jako członek grupy operacyjnej Ministerstwa Rolnictwa. Reszta "desantu" należała do grupy operacyjnej Polskiej Partii Robotniczej.

Powstaje pytanie, dlaczego przyjechali akurat z Bydgoszczy. Wyjaśnił nam to Józef Milewski. Starogard do końca maja 1945 r. należał do województwa bydgoskiego. Grupa operacyjna miała ukonstytuować władzę ludową w Starogardzie. Mieli odpowiednie uprawnienia.

Franciszek Piechowski znał niewiele osób z ówczesnych władz. Bliżej poznał tylko starostę, Tadeusza Ziółkowskiego.

- To był przedwojenny, dobry urzędnik i dlatego musiał odejść. PPR nie chciał mieć we władzach ludzi z PPS-u. Poznałem go przez naszych znajomych w Kaliskach, rodzinę dzisiejszego wójta Antoniego Cywińskiego. Ojciec Antoniego, Florian, w latach 30. przyjechał do Kalisk z Torunia budować drewniane domki. Tu go zastała wojna i został na stałe. Po wojnie zaprzyjaźniliśmy się, byliśmy jak jedna rodzina. Pod koniec 1945 roku albo na początku 1946 w Kaliskach była uroczystość, chyba urodziny kierownika szkoły Błeńskiego. Przyjechał też starosta Ziółkowski. Pamiętam to, bo przyjechał z elegancką sympatią, siostrą żony kierownika szkoły.

Tu patrzymy na pana Franciszka z ukosa.... - Już byłem żonaty, ale ona mi się podobała, naprawdę elegancka kobieta. Chyba nie byli małżeństwem. Wracaliśmy z Ziółkowskim do Starogardu jego samochodem. Mieszkał w budynku starostwa.

W oczach pana Franciszka dostrzegamy łezkę, gdy wspomina zmarłą przed pięcioma laty żonę, Leokadię z domu Makowską.

- To była wspaniała kobieta. Po wojnie mieliśmy niewielki sklepik przy ul. Paderewskiego (dziś RUCH), elegancki, jeszcze z niemieckim wyposażeniem. Żona była artystką do dekoracji. Pracowaliśmy razem. Byłem kimś w rodzaju zaopatrzeniowca. To był tekstylno-dziewiarski sklepik z damską bielizną. W 1948 r. Zniszczyły nas podatki, słynny trzeci domiar.

Przechodzimy do rozmowy o czasach PRL-u.

- W 1945 r. miałem 30 lat. Ocena lat 1945 – 1948 nie jest taka prosta. Na początku nie wiedzieliśmy co będzie. Bieda była, ale głodno nie. Nie myśleliśmy o komunie, jak to dzisiaj mówią. Oni (władza) mówili, że to ZSRR zmierza do komunizmu, a u nas miał być socjalizm. W pierwszym okresie entuzjazm miał być taki, że nie ma pan pojęcia. Chcieliśmy tylko pracować. Rosjanie wyjechali pod koniec 1945 r. Jeszcze przed wyjazdem walczył z nimi niejaki Barc, ojciec lekarza z Kocborowa, kierownik Młynów. Mieli już zdemontowane, załadowane i przygotowane do wywiezienia maszyny, ale Barc się przeciwstawił i nie wywieźli.

Według pana Franciszka, komunistyczne nastroje były tylko w hucie szkła. Stamtąd głównie wywodzili się starogardzcy komuniści. To nie byli "tutejsi", gdyż sporo pracowników (hutników) ściągnięto do pracy ze Skierniewic. Na przykład Stanisław Garbala, który współorganizował milicję, był hutnikiem. Antoni Gronowski i Kurcwald też.

- Społeczeństwo nie było podzielone tak jak dzisiaj, nie było tak różnych poglądów – uważa pan Franciszek. W politykę się nie bawiliśmy. Jeden cel – odzyskanie niepodległości i Polska – został spełniony. To była radość. Wszyscy pomagali, choćby w odgruzowywaniu. Przy ul. Kanałowej był szpital miejski. Ówczesny burmistrz Ludwik Żalik (pisze o nim w innym miejscu Józef Milewski w tym numerze "GK" -T.M.) chyba na początku 1946 r. Powiedział do nas: "Pomóżcie uruchomić szpital. Za to dostaniecie dla harcerstwa barak przy Szkole Podstawowej nr 2". Kilku elektryków dokończyło instalację, znaleźli się też malarze i szpital został uruchomiony. Burmistrz dotrzymał słowa i dostaliśmy barak dla Komendy Hufca Harcerzy i Harcerek. Większość starogardzian uważała, że będzie lepiej, chcieli tego. Odnosiliśmy wrażenie, że władza też do końca nie wiedziała, co nastąpi. Ona nie była aż tak komunistyczna. Nawet radia nie było. Ludzie nie wiedzieli, co się dzieje na górze.


Odwiedzić Franciszka Piechowskiego i nie porozmawiać o harcerstwie jest niemożliwością.

- Harcerzem byłem z krwi i kości. Jeszcze dzisiaj prowadzę krąg seniorów, który powstał 15 lat temu. Wstąpiłem do harcerstwa mając 13 lat. W 1932 r. Założyłem w Bobowie drużynę harcerską. Wyjeżdżaliśmy nawet na obozy. Byłem też w drużynie żeglarskiej w Tczewie, ale to historia na inną opowieść.

Odrodzenie starogardzkiego harcerstwa nastąpiło już w 1945 roku, powstały drużyny. Była Drużyna Wodna (utworzył ją Józef Szwedowski) i Lotnicza (!). Tak, to prawda. Harcerze lotnicy dysponowali dwoma szybowcami, które później zabrano do Gdańska, bo loty z górki były zbyt niebezpieczne. Pan Franciszek zdradził nam, skąd harcerze startowali.

- Z tej górki, gdzie dzisiaj jest przedszkole na osiedlu 60-lecia. Wtedy skos był znacznie większy. Naciągali linkę i "puszczali"... Działał nawet Harcerski Klub Sportowy, tzw. HKS. Prowadził go Józef Bielecki. Najpopularniejsze były: piłka nożna i LA. Na zawodach wojewódzkich w LA zdobyliśmy nawet drugie miejsce. Później piłkę nożną przejął "Włókniarz". Kogo jeszcze pamiętam? Drużynowego z Gimnazjalnej Świeczkowskiego i Zadurskiego z Lotniczej, ale imion nie pamiętam. 32. drużynę prowadził Romuald Czyżewski, dzisiaj emeryt.

Kadra harcerska była przedwojenna, stąd starogardzkie harcerstwo nawiązywało do tamtych tradycji. Takie też było przyrzeczenie.

- Harcerze to ludzie związani wspólną ideą – stwierdza pan Franciszek. - Harcerz zawsze panu pomoże. Ten, kto przeszedł przez harcerstwo, nigdy nie będzie się tego wstydził.

Franciszek Piechowski odtworzył struktury harcerskie, stworzył Hufiec Harcerzy. Ten model harcerstwa przetrwał w Starogardzie do rozwiązania organizacji w 1949 roku. 

- Przyszła do mnie grupa ludzi, którzy znali mnie z przedwojennego harcerstwa, i poprosili, bym pomógł założyć hufiec. W tej grupie byli: Józef Szwedowski, Brunon Richert, Jan Krzemiński i chyba Jadwiga Masiak. Później dochodzili inni. Drużyny już istniały. Tu chodziło o skonsolidowanie organizacji – udało się.

Hufiec obejmował cały powiat, były więc też w nim drużyny ze Skórcza, Kalisk czy Smętowa.

- W 1948 r. zaczęły być dostrzegane złe zmiany – ze smutkiem mówi Piechowski. - W maju zdałem komendę hufca Gerardowi Lubińskiemu. Już niektóre sprawy przestały mi się podobać. Był inny klimat i to nie tylko dla harcerstwa. Jeszcze w tym roku obchodziliśmy 750-lecie Starogardu. Z tej okazji daliśmy wybić nawet specjalne blaszki. Zorganizowano mszę polową obok Francuskiej Górki. Przy mnie siedzieli sekretarz PZPR, starosta i i inni przedstawiciele władz. Takie to były czasy. Po roku 1945 także obchody rocznicy 3 Maja były zakazane, ale zorganizowaliśmy tę uroczystość nawet w 1947 roku – z przemarszem drużyn harcerskich przez miasto, zakończonym defiladą na Rynku. Obserwowało to wielu mieszkańców Starogardu. Następnego dnia musiałem się tłumaczyć przed odpowiednim pracownikiem Urzędu Bezpieczeństwa. Wyjaśniałem, że przeprowadzaliśmy tak zwany wiosenny przegląd hufca.... W następnym roku nie odważyliśmy się już urządzić podobnej manifestacji ze względu na coraz większe naciski na harcerstwo, które doprowadziły rok później do likwidacji ZHP. ZMP zabrało nam cały sprzęt i wrzuciło do piwnicy. Zbutwiał. Tak wykończono harcerstwo.

Franciszek Piechowski jeszcze raz mówi, że były to dziwne czasy. Harcerze defilowali 1 Maja, ale też uczestniczyli w procesji Bożego Ciała. Podobnie postępowali przedstawiciele władz. Do 1948 r. w Starogardzie panował swoisty galimatias postaw i zdarzeń. Dopiero później władza zrozumiała, jaka jest jej rola. Według pana Franciszka następny lata, 1945 – 1957, to był najgorszy okres w historii PRL-u, także starogardzkiego.

Jacek Legawski

Gazeta Kociewska nr 8/310

23.02.1996, s. 7

Wszystkie zdjęcia pochodzą ze zbiorów Franciszka Piechowskiego



Maj 1947 rok. Ksiądz Leon Kuchciński święci Dom Harcerzy (barak za SP 2). W okularach Stanisław Ziółkowski, obok podpułkownik Grzenia – Romanowski (pochodził z Łęga). Takie to były czasy...


Tak 2 maja 1946 roku prezentowała się na starogardzkim Rynku Drużyna Wodna. Franciszek Piechowski mówi, że wyglądała jak kompania wojska, takie to były dorodne chłopaki.



Czerwiec 1947. Drużynę Gimnazjalną prowadzi jej drużynowy H. Babiński. Na zdjęciu widać spalony przez Rosjan fragment Rynku


Zdjęcie przedstawia defiladę harcerzy na starogardzkim Rynku 3 maja 1947 roku. W defiladzie brało udział około 600 umundurowanych harcerzy, a odbierali ją stojący na chodniku: komendantka Hufca Harcerek Małgorzata Masiak (pierwsza z lewej) oraz komendant Hufca Harcerzy Franciszek Piechowski


 
wstecz   dalej »
 
Top! Design by Mamboteam.com! Top!