www.mamboteam.com
 
niedziela, 20 październik 2019
 
 
STEFAN BAHR. Kartki z dni wyzwolenia Starogardu [archwalia] Drukuj E-mail
środa, 05 październik 2016


Zmusiłem swą pamięć do cofnięcia się, a ściśle mówiąc do stycznia 1945 roku...

Po wczesnozimowym powrocie z Brodnicy do domu, gdzie przebywałem na tak zwanym Osteizatz przy kopaniu umocnień obronnych dla Wehrmachtu, powróciłem do rodziny.

Życie ówczesnych starogardzian, jak i u nas w domu, było bardzo nerwowe i pełne niepewności. Z Brodnicy do Starogardu zwolniono małą grupę. Większość kolegów wcielono do Volkssturmu.

Być może tę pocztówkę Stefan Bahr przywiózł lub przysłał do domu z Brodnicy, gdzie kopał rowy


Z oddali dochodziły do nas odgłosy głuchej kanonady. Niedawno opadły śnieg pokrył ziemię białym całunem. Było trochę mroźno – słyszało się chrzęst kroków. Pewnego dnia gruchnęła plotka, że transporty Niemców z Prus Wschodnich ulicą Mickiewicza zdążają w kierunku Chojnic do Niemiec. Co ciekawsi poszli to oglądać. Do tych ciekawych należałem i ja.

Była godzina 17, miasto całkowicie zaciemnione, a na białym śniegu widoczni byli przechodzący ludzie. Poszedłem z kolegą Mietkiem na ulicę Mickiewicza, a tam zastopowały nas niekończące się kolumny wozów konnych i sań. Konie okryte kocami. Na wozach ludzie opatuleni pierzynami, drżące kobiety i płaczące z zimna, strachu i głodu dzieci. To flischtlingi z Prus Wschodnich – żalu godne czy nie?


Nasza nienawiść mieszała się z litością. Od czasu do czasu z pobliskiego domu jakaś Polka przyniosła im gorącą kawę czy zupę. Pełni sprzecznych uczuć wracaliśmy do domu. Na Rynku gromadka ludzi otoczyła i spoglądała na trzech zabitych mężczyzn. Skrwawione ciała leżały na śniegu. Obok nich tablica – "Kto kradnie i rabuje, tego czeka to samo". Prawdopodobnie były to trupy więźniów. Przyglądający się temu Niemcy cieszyli się, szydzili i opluwali zwłoki. Jakże byli inni od nas, litujących się nad uciekinierami. W dwóch oknach wystawowych również umieszczono trupy, aby zastraszyć Polaków. Widok był makabryczny.

Upływały znowu dni. Samoloty sowieckie bombardowały Starogard. Nasza rodzina postanowiła się rozdzielić. Ojciec z babcią udali się do pobliskiego Kolincza, a ja i matka poszliśmy do schronu w tzw. Amstgericht. Tam, na dole, w piwnicy, na szerokich ławach siedziało około 30 osób. Nikt z nikim nie rozmawiał, bo nie wiadomo było kto jest kim, Polakiem czy Niemcem. Matka poradziła mi, żebym na wszelki wypadek schował się pod ławką. Spadające bomby słychać było to dalej, to bliżej.


Stefan Bahr z rodzicami - Rozalią (z domu Gajda) i Stanisławem


Przysnąłem. Zbudził mnie niesamowity smród. Mówię do mamy, że chyba Niemcy chcą nas zagazować. Wyszedłem spod ławki. Smród strachu. Na domiar złego nagle otworzyły się drzwi. Do schronu wchodzi w hitlerowskim mundurze rzeźnik Strauss, a z nim dwóch uzbrojonych. Z okrzykiem "Hier ist noch eine" i "komm mit" wyprowadzają mnie z pomieszczenia i prowadzą na policję. Starogard płonął.

Policja mieściła się w willi przy ul. Dworcowej. Było już tam sporo mężczyzn. Podobno mieliśmy być konwojentami bydła do Gdańska. Wpuszczono nas pojedynczo do piwnicznego pomieszczenia. Po pewnym czasie i mnie zawołał szupo. Zaprowadził na dół i pyta o nazwisko. Odpowiadam: - Jestem Bahr. A on na to po polsku: - Ten z Kościuszki? - Tak.

Było nas tylko dwóch. Wyprowadził mnie na zewnątrz. - Bierz rower i uciekaj do domu. - rzekł.

Pędziłem ile sił. Był mróz, a ja cały spocony. Podjechałem pod sąd i zawołałem matkę. Poszliśmy do domu, zabraliśmy co konieczne i poszliśmy do piwnicy szkoły nr 2. Tam przebywało mnóstwo ludzie, każdy miał legowisko na słomie.

Czołgi sowieckie ostrzeliwały Starogard. Im większa strzelanina, tym większa radość Polaków. Za kilka godzin odzyskamy wolność. Coraz wyraźniej słyszeliśmy serie z karabinów maszynowych i pojedyncze wystrzały. Skądś z daleka dobiegał zmasowany okrzyk "Urra!". Jeden z bardziej niecierpliwych młodzieńców zdecydował się na wyjście na zewnątrz. Po chwili wrócił – zbroczony krwią, na chwiejących się nogach – do naszego schronu i osłabionym głosem wyszeptał, że do niego strzelano.



Stefan Bahr z ojcem Stanisławem


Poderwało się kilku mężczyzn, ktoś przyniósł nosze, ktoś inny na kijach od mioteł zawiesił białą szmatę. Kilku zdecydowało się zanieść rannego do szpitala. Nagle gruchnęły strzały na korytarzu i do piwnicy wskoczyło kilku sowieckich żołnierzy. Radość była wielka. Zaczęto ich częstować papierosami i tym, co kto miał w torbach. Przeszli się między nami pytając: "German jest?".

Na krzesełku siedział z założoną nogą pan Jurczyk. Na nogach miał lśniące oficerki. Obok przechodził żołnierz, zerknął raz, drugi i zaproponował wymianę butów. Pan Jurczyk ze łzami w oczach musiał oddać swoje nowe buty, a przyjąć w zamian rozwalające się szmaciaki.

Strzały milkły i większość z nas postanowiła wracać do domów. Wstawał niby blady świt. Niby, bo niebo było czerwone od płonących domów. Nie mogliśmy z matką wejść do naszego mieszkania zajętego przez żołnierzy. Poszliśmy do znajomego w sąsiednim domu, do rodziny Kęsy.

Wojsk sowieckich było co niemiara, istne mrowisko. Na terenie ogrodu szkolnego stały trzy sowieckie moździerze, które zaczęły ostrzeliwać nieprzyjaciela. Huk był okropny. Przed południem wszystko ucichło. Poszliśmy do domu. W naszym mieszkaniu nie było już żadnego żołnierza, a ślady po wojsku liczne. Żadnej szyby w oknach. Zacząłem szukać tekturę i deski, aby zabezpieczyć okna przed zimnem. Z resztek szkła zrobiłem mały świetlik.

Zabraliśmy się z matką do robienia porządków, rozpaliliśmy ogień w piecu. Opał był bardzo dziwny – na podłodze leżało kilkanaście sztuk damskiej bielizny, które matka, pomagając sobie długim kijem, wsuwała do pieca.

Wojna to koszmar. Nie było wody ani światła. Wodę nosiłem z pobliskiego rowu, nie zdając sobie sprawy, że kilkanaście metrów dalej w tym samym rowie leżą trupy. Z czasem dowiedzieliśmy się, gdzie jest "zdrowa" studnia. Kolejka była duża, ale udało nam się wodę zdobyć.

Kamienica narożna pani Jaglewskiej to róg Kościuszki i Sobieskiego. Tam mieściła się komendantura Armii Czerwonej. Co jakiś czas żołnierze chodzili po mieszkaniach w poszukiwaniu rzekomych germanów, że aż drzwi od mieszkań były pozbawione zamków albo wyłamane, wejście do nich nie było trudne.

W naszej kuchni na taborecie stało wiadro z winnym octem. Wiadro i ocet były niewiadomego pochodzenia, nie nasze. Woń winno-owocowa drażniła nozdrza. W pewnym momencie weszli trzej żołnierze i jakby węchem kierowani szli w stronę wiadra. Zawołali: "Ej, chaziajka, wodku masz?". Matka powiedziała, że nie ma. Na to jeden z nich wskazując na wiadro rzekł: "Eto wino". Bojąc się jednak podstępu kazali mojej matce wypić. Matka – krzywiąc się niemiłosiernie – wypiła połowę szklanki. Wtedy Rosjanie w mig osuszyli całe wiadro, po czym zadowoleni odeszli. Po chwili wypity przez matkę ocet dał o sobie znać w postaci silnych bólów brzucha. Matka, pomimo swoich dolegliwości, myśląc o trzech żołnierzach śmiała się na cały głos.

Ze względu na bliskość komendantury sowieckiej żołnierze odwiedzali nasze mies

W połowie kwietnia na nasze podwórko zajechał konny wóz. Gospodarz z Kolincza przywiózł moją babcie i rannego w nogę ojca. Babcia, staruszka, opowiedziała, jak było.

Mężczyzn na wsi było niewielu. Tamtejsze kobiety w poczuciu zagrożenia zwróciły się do ojca o ratunek przed napastliwymi żołnierzami. Ojciec wziął je w obronę i otrzymał strzał w nogę. Położono go u nas na łóżku. Rana sprawiała mu wielki ból. Wymagała oczyszczenia i opatrunku. Zwróciliśmy się o fachową pomoc do doktora Schwabe. Doktor przybył, kazał podłożyć pod nogę większą miskę i zaczął oczyszczać ranę. Nie było środków przeciwbólowych i dezynfekcyjnych. Ojciec cierpiał. Nazajutrz w ranę wdała się infekcja i wkrótce potem ojciec zmarł.

Kim był mój ojciec? Prawdziwym Polakiem i gorliwym patriotą w pełnym tego słowa znaczeniu. Pełnił funkcję kuratora i opiekuna społecznego, był członkiem Stronnictwa Narodowego, ale bardzo tolerancyjnym dla mniejszości narodowych. Przed wojną zamieszkiwały u nas trzy rodziny niemieckie i jedna żydowska. Żyd Hain Wielodruż prowadził sklep "Towary krótkie". Ojciec nie dopuszczał, żeby sklep żydowski bojkotowano. Zawsze twierdził, że każdy ma prawo do wolności i życia. Nigdy nie zapomnę, że narażając się uratował mnie od śmierci z rąk Niemców.

Tak jak polskojęzyczne rozgłośnie nadawały wiadomości, tak i ja w moich wspomnieniach staram się upamiętnić – chociaż nie w chronologicznym porządku – okropności i przeżycia w danym okresie. Nie sposób ująć i opisać wszystkich faktów z życia, ale staram się opowiedzieć to, co pamiętam.

Wiosna 1945. Dużo domów w gruzach. Na początku ulicy Kościuszki straszliwe szkielety domów, zwaliska murów przewalały się na chodniki. Brak wody, światła, żywności. Od kogoś życzliwego otrzymaliśmy lampkę karbidową i karbid. Mimo unoszącego się w powietrzu przykrego zapachu karbidu, cieszył nas malutki płomyk, nieznacznie oświetlający mieszkanie.

Mój kuzyn w czasie wojny pracował w piekarni. Mieliśmy dość duży zapas suszonego chleba, ale zniknął wraz z wojskiem sowieckim, które opuściło nasze mieszkanie. Przez kilka dni kiszki grały nam marsza. Matka przypomniała sobie, że mamy ręczny śruciak. Powiedziała o tym znajomym i za wypożyczenie śruciaka otrzymaliśmy ziarno żyta. Śrutowaliśmy to ziarno, a babcia w kaflowym piecu zaczęła wypiekać chlebopodobny produkt. Skórka była brązowa, w środku znajdowała się kleista masa. Jedliśmy jałowo, ale nie byliśmy za to głodni.

Cieszyła nas wiadomość, że pan Wirkus przy ulicy Podgórnej uruchomiła olejarnię. Zakupiony olej pan Wirkus wlewał do przyniesionych butelek. Olej był bardzo ciemny, o intensywnym ostrym zapachu. Wylewaliśmy go na talerzyk, maczaliśmy w nim chleb posypany solą, jedliśmy z apetytem aż się uszy trzęsły. Były to nasze pierwsze posiłki na wolności.

Jako burmistrza wybrano pana Deutscha. Jednym z późniejszych, mianowanych został pan Gromski.


Stefan Bahr w pumpach


Zaczęły się prace przy odgruzowywaniu miasta. Jednym z pierwszych odbudowanych budynków był biurowiec PZGS.

Pamiętam wielka radość, kiedy zapaliły się pierwsze żarówki, a z kranów popłynęła woda. Nabraliśmy chęci do życia.

Pełen entuzjazmu i nadziei na lepsze jutro postanowiłem odnowić komórkę harcerską w Starogardzie. Na siedzibę wybraliśmy budynek bursy gimnazjalnej przy ulicy Skarszewskiej. Tam, na placu za bursą, urządziliśmy pierwsze harcerskie ognisko. Zaproszony na nie sowiecki komendant miasta śmiał się do rozpuku z satyrycznych występów.

Harcerstwo się wzmacniało, gdyż wracali starzy druhowie. Pierwszych z weteranów byli druhowie: Szwedowski, Richter, Piechowski, Bielecki, Zofia Galicka, Jasnoch, Bobinowny, Pomierski, Gajkowski, Życzyński. Później nasza harcówka została przeniesiona na ul. Sobieskiego.

Jestem dumny z tego, że druhowie mojej drużyny zaangażowali się i wznieśli ponownie krzyż na Francuskiej Górce. Na krzyżu umieszczono płaskorzeźbę Matki Boskiej wykonaną przez druha Tramowskiego. Na uroczyste poświecenie krzyża poprosiłem księdza Wieckiego, jednego z księży polskich, którzy przeżyli wojnę w Starogardzie. Ksiądz Wiecki był znany w czasie wojny z tego, że odprawiał msze i wysłuchiwał spowiedzi po polsku w kaplicy szpitalnej, tzw. klasztorku. Gdy młodzież żyła w poczuciu bezpieczeństwa, bez groźby wcielenia do wojska, niechętnie chodziła do spowiedzi do księdza Wieckiego, a to ze względu na to, że ksiądz, mając schorzenie krtani nieumyślnie głośno pytał przy spowiedzi, ile razy i z kim... Grzesznicy opuszczali konfesjonał zaczerwienieni. Każdy pragnął się rozliczyć i przygotować na śmierć.

W radiowęźle starogardzkim przy ul. Dworcowej nadaliśmy harcerskie słuchowisko. Pierwszy obóz harcerski zorganizowałem w Klonówce. Byłem młodym człowiekiem, bardzo upolitycznionym, i gdy tylko spostrzegłem, że harcerstwo ulega innym, obcym wpływom, wystąpiłem z organizacji. Na moją świadomość polityczną wpływ miały rodzinne rozmowy – dysputy mojego ojca z dwoma szwagrami. Ojciec był Pomorzaninem, zwolennikiem Romana Dmowskiego, stryj Franciszek – warszawiakiem, legionistą Piłsudskiego, a stryj Józek – urodzonym lwowiakiem, neutralnym politycznie. Stryj Józek poległ na posterunku w pierwszym dniu wojny. Wszyscy trzej reprezentowali trzy zabory, stąd dyskusje polityczne były bardzo ożywione.

Z czasem zaczęto wydawać z urzędu przy ul. Gimnazjalnej kartki na buty tekstylne, w których ze skóry były tylko noski i pięty. Otwierano pierwsze sklepy prywatne. Ukazały się w sprzedaży solone śledzie. Kto zdrów, objadał się jak najdłużej nieosiągalnym dotąd rarytasem. Z czasem asortyment spożywczy uatrakcyjnił się o tak zwany blok kakaowy. Wyglądem przypominało to stary salceson. Były to pokruszone ciastka w masie kakaowej. Klienci nieśli je jak zapakowaną cegłę – smak nie najgorszy, radość i uciecha dla młodych i starych. Panie modnisie zaczęły szyć z koców płaszcze i całkiem ładne garsonki. Szczytem męskiej mody były skórzane buty – tzw. szkoty i przewieszona przez ramię raportówka. W kinie "Sokół" jako pierwszy film wyświetlono radziecki tytuł o wojnie. Z czasem ukazał się polski film "Zakazane piosenki". Kupno biletów w pierwszych dniach graniczyło z cudem. Piekarnie zaczęły wypiekać pierwszy chleb W domu pana Tuszyńskiego otwarto rzeźnictwo, a u pana Chmieleckiego sklep spożywczy. Zadbano o to, by każdy mężczyzna był ubrany. Otrzymaliśmy kupony na garnitury. Materiał był urozmaicony – albo brązowy w paski, albo granatowy w paski. Na zabawie czy w kondukcie pogrzebowym można było pomyśleć, że uczestniczą dwie organizacje.

Stefan Bahr

"Nasz Starogard" - dodatek do "Gazety Kociewskiej", 19.06.1996 r., str. V







 
wstecz   dalej »
 
Top! Design by Mamboteam.com! Top!