www.mamboteam.com
 
niedziela, 20 październik 2019
 
 
STEFAN BAHR. Szczegółowa relacja o wkroczeniu Niemców w 1939 do Starogardu Drukuj E-mail
środa, 10 maj 2017


Popołudniowe promienie słoneczne swym przyjemnym ciepłem rozleniwiały ludzi. Minęła połowa sierpnia. Zbliżał się koniec wakacji. Ludzie co prawda rozleniwieni, ale i mocno zdenerwowani. Patriotyczne podniecenie udzielało się wszystkim. Już nie przebąkiwano o wojnie, lecz stanowczo twierdzono, że ona nastąpi.

 Wyczuwano ją jak burzę wiszącą w powietrzu. Tu i ówdzie żegnano syna oraz ojca odchodzącego do wojska. Posmutniały twarze rodaków, gdy się dowiedzieli, że 30 sierpnia nasz garnizon opuścił miasto i zajął stanowiska obronne w pobliskich wioskach, w Żabnie, Bączku i Bolesławowie.

Przy ulicy Sobieskiego – Szkoła Podstawowa nr 1 – rojno i gwarno. Zmobilizowano tam oddział Obrony Narodowej. Przy płocie toczą się ożywione rozmowy. Widać nieraz, że ktoś dyskretnie ociera spływające łzy. Przytulają się do siebie najbliżsi. W niejednej gromadce skupionych mężczyzn słychać żarty, wybuchają śmiechy. Ktoś głośno krzyknie – "Nie oddamy guzika". I moje serce zabiło raźniej i w piersi, zawrzało. Za 5 groszy kupiłem gazetę i pobiegłem do domu. Miałem lat czternaście. Czułem się skrzywdzony czasem. Dlaczego nie jestem starszy o 4 lata, bo wtenczas mógłbym iść do wojska. "Wojenko, wojenko, cóżeś ty za pani...", a ci chłopcy malowani to moje marzenie. Przeleciałem w podskokach wąziutki wjazd do domu położonego w oficynie, usiadałem na przedprożu i zacząłem głośno czytać gazetę. Pogrom Żydów w Niemczech! Czytałem i o tym, że prześladuje się Polaków i niemieckich ewangelickich pastorów. Posłyszałem trzask zamykanego okna bocznego mieszkania. To pani Szorek, lokatorka parteru, dała znać, że jest w domu. Ten trzask to był jej protest przeciwko mojemu czytaniu gazety.

Prawie z godziny na godzinę życie stawało się coraz bardziej nerwowe. Niemcom chodziło o nasz teren, czyli "korytarz". W tymże "korytarzu" położone jest nasze miasto Starogard. My, młodzi, myśleliśmy, że żyjemy na najważniejszym na świecie skrawku ziemi. Przezorniejsi i bogaci ludzie czynili zapasy. Okna upstrzono pasmami pociętego papieru, wykuwano dziury w murach, ploty z desek nabijano tak, aby pomiędzy deskami były widoczne szpary. Kobiety, starcy i dzieci zaczęli kopać zygzakowate rowy przeciwlotnicze. Komendanci TOPL od rana do wieczora aktywizowali ludność do samoobrony, ale i bez tego każdy czuł się potrzebny, każdy był pracowity i aktywny. Wygospodarowywano miejsca na ustawienie beczek z wodą i skrzyń z piaskiem, ustawiano bosaki, topory, łopaty, wiadra itp.

W ostatni dniu sierpnia gruchnęła wieść, że rodziny wojskowe i urzędnicze zostały ewakuowane do centralnej Polski. Większa część mieszkańców opuściła miasto. Moi rodzice wraz ze mną wyjechali do pobliskiej wsi – Kolincza.

1 września, po nieprzespanej nocy, z bladym porankiem wychodzimy na wiejskie podwórze. W oddali słychać jakieś wybuchy, odgłosy dalekich detonacji. Przelatują z głośnym warkotem samoloty. Posmutniały nasze twarze, bo to znaki nie nasze. Nadszedł wieczór, wieczór grozy i niepewności. W niebo wystrzeliwano kolorowe rakiety. Spadały powoli na ziemię, barwiąc noc na zielono czy czerwono. Często też jaskrawym blaskiem jakby noc zmieniały w biały dzień, oświetlając jasno każdy szczegół. Rozpoczął się potworny koncert. Bliskie i dalsze salwy karabinów maszynowych, wybuchy pocisków, szum i warkot motorów. Nikt tej nocy nie zmużył oka. Myśleliśmy, co tam w domu. Czy trzeba uciekać, czy wracać? Z nastaniem dnia spotykamy na wiejskiej drodze staruszka Niemca, który wola "Antek bez mycy, uciekaj do polskiej granicy!".

Pierwsza niedziela pod okupacją czy też trzeci dzień wojny. O godzinie 19 ja i Wil – prawie rówieśnicy – wsiadamy na stare rowery i żegnani przez rodziców jedziemy do Starogardu. Miasto jakby wymarłe. Od czasu do czasu przemyka pod ścianami domów jakiś przechodzień. W drodze do domu napotykamy trzy razy trójki Niemców z karabinami i opaskami na rękawie – to Selbschtz. Na rynku i przy stacji benzynowej pana Nagórskiego mały tłumek gapiów. Niemieckie samochody pancerne tankują benzynę. Na wozie stoi żołnierz w czarnym kombinezionie. Chrapliwym głosem ogłasza: "Kto z państwa chciałby pomarańcze, czekoladę, cukierki, niech podniesie rękę do góry". Z boku słychać pstryk aparatu fotograficznego. Następnego dnia jest w gazecie wiadomość – "Ludność niemiecka Pr. Stargard entuzjastycznie wita wkraczające wojska niemieckie". Przebiegłość, podstęp i kłamstwo za jednym zamachem Wracamy do wsi, relacjonujemy spostrzeżenia. Odgłosy wojny, o dziwo, milkną. Decydujemy się na powrót do miasta.

Życie bez pewności jutra. Nagle szok. Po podwórku chodzi pijany SA-man i krzyczy na głos, czy tu mieszka jakiś Polak. Pokażcie gdzie, to go zastrzeli. Sąsiedzi, ci spokojni, i ci, co kiedyś się ze sobą kłócili, milczą. SA-man odchodzi. Czy tak będzie zawsze?

Mijają dni i tygodnie. Niespodziewanie przychodzi Szupo i zabiera mnie mnie na Schutzpolizei. Tam prowadzi schodami w dół. Pociemniało mi w oczach. Cios za ciosem. Coś pamiętam... że byłem przywiązany. Nie wiem, kiedy się ocknąłem. Zbolały, okrwawiony, bez górnych zębów, z rozciętą ręką, podartą odzieżą. Frau Szorek idąc do domu szepnęła  z uśmiechem na ustach pani Rogowskiej, że tego Stefana sobie załatwiła. Pani Rogowska, znając doskonale moją rodzinę, dyskretnie zawiadomiła pogrążonych w rozpaczy rodziców, że to jest zasługa pani Szorek.

Stefan Bahr

 
wstecz   dalej »
 
Top! Design by Mamboteam.com! Top!