www.mamboteam.com
 
STRONA GŁÓWNA
poniedziałek, 11 grudzień 2017
 
 
Już wkrótce w nowym numerze "Kociewiacy.p" ANNA SAKOWICZ. Tu proponujemy "Oswajanie Kociewia" Drukuj E-mail
sobota, 10 czerwiec 2017

I jest jeszcze coś, czego zazdrościłam Kociewiakom. Mają swoją historię właśnie w tym miejscu. Tu żyją z dziada, pradziada. Są stąd (mimo obecności Niemców na tych terenach). W Zachodniopomorskiem wszyscy byliśmy skądś, mieliśmy dziadków gdzieś w Polsce, zapuszczaliśmy dopiero korzenie...


Oswajanie Kociewia

Mówił mi „zakochaj się w Kociewiu”, a ja z politowaniem kiwałam głową, bo w moim wieku już nie tak łatwo się zakochać. Korzenie wrosły w zachodniopomorską ziemię i wątpliwe było, żeby przyjęły się gdziekolwiek indziej. Trzeba było jednak pojechać, sprawdzić, czy umiem żyć daleko od swojego rodzinnego domu. Te pierwsze wrażenia po przyjeździe do Starogardu Gdańskiego już zostały zatarte, bo nieznośne serce wyrwało się i popędziło przez kociewskie łąki i pola. Zatrzymało się potem nad jednym, nad drugim i trzecim jeziorem, wbiło toporek w ziemię i powiedziało, że zostaje. Kokosi się na nowym miejscu piąty rok. Oswaja Kociewie. Teraz już nawet język nie brzmi tutaj tak „egzotycznie” jak na początku. A wtedy wszystko dziwiło. Co prawda ciągle mam wrażenie pewnej schizofrenii, bo gubię się w tym, gdzie jest „u nas”, kiedy opowiadam o Stargardzie i o Starogardzie Gdańskim, ale myślę, że coraz bardziej zakorzeniam się w nowym miejscu.

Najpierw stopniowo oswoiłam „jo”, które, jak się okazało, może znaczyć nie tylko „tak”. Ale pierwsze usłyszane tu dialogi zachowałam w pamięci. Jechałam wtedy autobusem na targ (dla mnie był rynkiem), kiedy wsiedli kontrolerzy. Korpulentna kobitka, która najpierw próbowała mnie staranować wypchanymi siatami, krzyknęła w kierunku męża: „Kontrol je, Jan”. Chórek pasażerów odpowiedział: „Je, jo, jo”. Zabrzmiało jak refren piosenki. W sklepie klientka zapytała: „Ta pora na waga je?”, a z czasem usłyszałam pacjentkę w przychodni, która tłumaczyła, że „była wyjechana”, więc nie mogła się zgłosić do lekarza w wyznaczonym terminie. Potem było powtarzane wokół „To się da!”. Chyba właśnie to ujęło mnie najbardziej. Przyglądałam się spotykanym na przystankach i targu ludziom. Wydawali mi się trochę inni niż w moich rodzinnych stronach. Spokój i brak pośpiechu zadziwiał równie mocno jak nieodmienianie rzeczowników (wiem, że to wpływ języka niemieckiego).

Czasami siadam na przystanku autobusowym i czekam, aż ktoś się przysiądzie. Zaczyna się niewinnie od „proszę” i „dziękuję”, bo przecież przesunąć się trzeba, miejsce zrobić. A potem jakoś tak niechcący jedno pytanie, drugie, by wsłuchać się w melodię głosu, bo przecież melodia jest inna niż w moich rodzinnych stronach, śpiewna. A w tym rytmie zawsze rodzi się jakaś niezwykła historia. Kradnę ją potem, przemycam do domu i wczuwam się w nią od nowa, przenosząc na papier. Jak złodziejka ludzkich losów. Być może dlatego moja pierwsza powieść rozgrywa się właśnie tutaj.

Obecnie mam już na Kociewiu przyjaciół. Poznaję też wciąż nowych ludzi. Najbardziej lubię tych zwyczajnych, spotykanych na ulicach i targu. Bez nadymania i stroszenia piórek. Niezwykle pogodnie nastawionych do życia i chętnie opowiadających mnie – osobie z zewnątrz – jak to jest na Kociewiu, czego powinnam spróbować, co zobaczyć i gdzie pojechać. Dla takiego introwertyka jak ja takie rozmowy są bezcenne.

Pamiętam też mój pierwszy raz na Rynku, który urzekł (był inny niż ten mój stargardzki), ale tylko do pewnego stopnia, bo bardziej zdziwiły nieładne szyldy i bilbordy reklamowe ukrywające kamienice. Stałam, patrzyłam i pytałam się „dlaczego”, „kto na coś takiego pozwolił?”. Wściekle kolorowe napisy szpecące zabytkowe zabudowania budziły moją złość. Dzisiaj już je oswoiłam, ale z utęsknieniem czekam na dzień, kiedy znikną. Najczęściej widzę je ponownie, gdy oprowadzam znajomych i przyjaciół po mieście. Wtedy już chyba czuję, że to moje miejsce, bo trochę się wstydzę za te nieestetyczne reklamy. Wierzę jednak, że kiedyś będzie piękniej.

Oswojone do pewnego stopnia Kociewie inspiruje mnie do pisania. Stało się tłem wydarzeń moich trzech powieści wchodzących w skład tak zwanej trylogii kociewskiej, ale też epizodycznie znalazło się w Niedomówieniach. Przyznam, że dopiero po przeprowadzce do Starogardu odkryłam niezwykle ciekawą historię polskiego egzemplarza Biblii Gutenberga, zanurzyłam się w wojennej historii tego najbielszego z białych kruków. Nie mogłam się oprzeć, by wydarzeń związanych z księdzem Liedtkem nie umieścić w powieści. Pelplin i Skarszewy naznaczone w jakiś sposób Gutenbergiem (Biblia, pomnik i medalion na kamienicy) stały się inspiracją do stworzenia fabuły powieści.

I jest jeszcze coś, czego zazdrościłam Kociewiakom. Mają swoją historię właśnie w tym miejscu. Tu żyją z dziada, pradziada. Są stąd (mimo obecności Niemców na tych terenach). W Zachodniopomorskiem wszyscy byliśmy skądś, mieliśmy dziadków gdzieś w Polsce, zapuszczaliśmy dopiero korzenie. Nie było wspólnych strojów regionalnych, potraw, gwary, haftów itp. Moi rodzice z różnych stron kraju – z Warmii i ze Śląska – budowali „legendę” naszej rodziny w obcym miejscu, bez babć, dziadków, ciotek i wujów. Byli jakby zawieszeni w próżni, nad którą unosiły się miraże tradycji wyniesionych z rodzinnych domów.

Kiedyś, gdy szamotałam się sama ze sobą, nie wiedząc, czym zająć się zawodowo, bo po przyjeździe tutaj miałam wrażenie, że nikomu nie jestem potrzebna, że uderzam w szczelnie pozamykane drzwi, koleżanka powiedziała mi, że tu się trzeba urodzić. Może coś w tym jest. Ja jednak urodziłam się w Szczecinie, stałam się przyszywaną Kociewianką, nie wiem też, czy moja córka zechce tu zostać, ale to nieważne. Ważne jest to, co tu i teraz. A teraz właśnie czuję się związana z tym miejscem. Wreszcie mam tu nie tylko ukochanego męża, ale i przyjaciół.

Kociewie odmieniło moje życie, więc stało się dla mnie magiczną krainą. Przeszłam tu chyba na drugą stronę lustra.

Gdybym dzisiaj usłyszała słowa „zakochaj się w Kociewiu”, poszłabym za tym głosem bez wahania. Niewiadoma, która czekała tutaj na mnie ukryta za drzwiami mojego nowego domu, okazała się niezwykle interesująca, warta odkrycia. Nie myślałam pięć lat temu, że tak blisko jest od miłości do Kociewiaka do miłości do Kociewia. Być może te uczucia są ze sobą ściśle zespolone i trzeba oswoić najpierw człowieka, by potem wrastać w miejsce…


Anna Sakowicz – ur. 1972, blogerka, redaktorka i pisarka; ukończyła filologię polską, edukację filozoficzną i filozofię na Uniwersytecie Szczecińskim oraz edytorstwo współczesne na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie; w 2012 roku przeprowadziła się ze Stargardu do Starogardu Gdańskiego. Jest autorką książek: Żółta tabletka (2014), Szepty dzieciństwa (2015), Niedomówienia (2016), Żółta tabletka plus (2017) oraz trylogii kociewskiej: Złodziejka marzeń (2014), To się da! (2016), Już nie uciekam (2017). Pisze również opowiadania do prasy kobiecej, jest redaktorką naczelną pisma pedagogicznego oraz niepoprawną bibliofilką i miłośniczką teatru.

 
wstecz   dalej »
 
Top! Design by Mamboteam.com! Top!