www.mamboteam.com
 
wtorek, 18 czerwiec 2019
 
 
Dlaczego z Kociewia starogardzkiego pochodzi tak niewielu wybitnych sportowców? Drukuj E-mail
piątek, 15 wrzesień 2017


Prawdziwe talenty zawsze wypłyną

Dlaczego z Kociewia starogardzkiego pochodzi tak niewielu wybitnych czy choćby bardzo znanych sportowców? Czy jesteśmy sportowo mniej uzdolnieni, mniej pracowici, słabiej radzimy sobie ze stresem, wysiłkiem? Gorsze są u nas nabór i selekcja, następnie szkolenie? Brakuje zwyczajnie szczęścia, bez którego w sporcie zawodowym niewiele można osiągnąć?


Zaskakująco krótka lista

Podobnych pytań można by postawić dziesiątki, lecz niewiele – raczej – by z tego wynikało, bowiem nikt tak naprawdę nie badał przyczyn, dlaczego na palcach jednej ręki możemy zliczyć wybitnych sportowców, którzy zaczynali tu swoją karierę. Tenisista stołowy Andrzej Grubba, piłkarz nożny Kazimierz Deyna, lekkoatleta Grzegorz Gajdus, może siatkarz Marcin Prus i jego kolega z reprezentacji Polski Paweł Papke, jeszcze kilka nazwisk, ale ciężko tak z pamięci wymieniać kolejnych sportowców. Nawet ekspozycja najwybitniejszych starogardzkich sportowców i trenerów, którą na co dzień można oglądać w starogardzkiej hali sportowej, jest skromna, a przecież obejmuje całą praktycznie historię sportu wyczynowego. Niedaleko Starogardu Gd. urodził się też Bogdan Wenta, lecz trener reprezentacji Polski w piłce ręcznej mężczyzn, która zdobyła srebrny i brązowy medal na mistrzostwach świata, tylko się tu urodził, a całą przygodę z piłką ręczną zaczął w Tczewie, bo tam się uczył - miał bliżej do szkoły.

Krótka ta lista. Nie będziemy wymieniać przecież na przykład piłkarzy nożnych, którym udało się zagrać w ekstralidze. 16 zespołów razy 30 zawodników w kadrze daje 500 graczy w sezonie. Poza Deyną do reprezentacji żaden się nie przebił. Przez „sekundę” był w niej młody koszykarz – Bartosz Sarzało. Miły to był epizod w karierze gracza, który pierwsze kroki sportowe stawiał u boku ojca - Jarosława, też koszykarza, lecz dzisiaj niewiele wskazuje na to, by ten epizod się powtórzył.

A czy wśród obecnie trenujących młodych sportowców są jacyś wybitnie zdolni? W dyscyplinach olimpijskich? Choćby jedno nazwisko… Oktawia Nowacka w pięcioboju. Może Karmen Bunikowska, która skacze o tyczce. Swego czasu ustanowiła nawet rekord Polski juniorek wynikiem 4,20 metra, zajęła szóste miejsce na młodzieżowych mistrzostwach Europy, ale o wychowance Andrzeja Piechowskiego ostatnio nieco ciszej. Niezwykle trudne jest to przejście ze sportu starogardzkiego do wyczynowego. Bardzo wielu młodych sportowców go zwyczajnie nie sforsowało.



Po treningu bez kolacji

Nawet śp. Andrzej Grubba był niezwykle blisko rezygnacji z kariery sportowca. I to już na początku swojej drogi. Zaczynał na małej salce w Zelgoszczy grając z tatą Alojzym. Podłoga wyłożona zwykłymi deskami, przesmarowana jakimś olejem, by się nie kurzyło. I tak grali. Całymi dniami. Po szóstej klasie szkoły podstawowej Andrzej Grubba trafił do Starogardu Gd. i Agro, następnie do Gdańska. Załatwiono mu na początek internat przy szkole zawodowej. Dla młodzieży w nim mieszkającej nauka wcale nie była najważniejsza, sport jeszcze mniej.

- Bardzo szybko Andrzej chciał zrezygnować – mówi Lubomira Grubba, mama jednego z najwybitniejszych sportowców w dziejach Kociewia starogardzkiego. – Źle się czuł w internacie „zawodówki”. Był bliski załamania.

Rodzice, także tata Alojzy, przyjeżdżali do niego w każdy czwartek i podtrzymywali na duchu. Przekonywali, że to tylko rozwiązanie tymczasowe - na jedno szkolne półrocze, że następnie zostanie przeniesiony do lepszego internatu. Czasami Andrzej nie chciał tego słuchać. Zapewne wtedy jadł. Tu Alojzy Grubba zdradza jeden ze smutniejszych epizodów w życiu młodego syna, a czasy przecież nie były łatwe, lata 70. Dokładnie 1973. Uczeń Andrzej Grubba wiele godzin trenował popołudniami, wieczorami. Często do internatu wracał późno, zmęczony i głodny. Co prawda zostawiano dla niego kolację, lecz tylko teoretycznie. Zawsze ktoś mu ją zjadł, opiekunowie specjalnie się tym nie martwili, gdyż ich godziny pracy kończyły się wcześniej. Tak w okolicach internatowej kolacji. Tej oficjalnej. Na „spóźnialskich” czekały pusty talerz i kubek. Młody Grubba po dużym wysiłku kładł się często spać głodny. Sytuacji trudnych było więcej.

- Andrzej się jednak ostatecznie nie załamał, choć kilka razy chciał, byśmy go zabrali do domu, do Starogardu, na zawsze. Już nie chciał być sportowcem – mówi z dumą Alojzy Grubba. – Po pierwszym semestrze powiedział nam nawet, że wytrzyma w tym miejscu do końca roku szkolnego.

Wytrzymał. Następnie trafił do internatu Technikum Budowy Okrętów. Zupełnie inny świat, także gdy chodzi o kadrę wychowawczą. Alojzy Grubba zauważa, że tam kolacja zawsze na niego czekała, choćby wrócił przed północą. Dbał o to kierownik internatu. Uważał, że to jego obowiązek.

Andrzej Grubba miałby dzisiaj 51 lat. Ledwie. Był, jest i pozostanie wzorem do naśladowania. A ilu młodych, zdolnych sportowców z Kociewia starogardzkiego zakończyło swoją przygodę ze sportem „w internacie”, gdzieś poza domem? A ile takich „internatów”, a raczej pułapek jest na drodze do zawodowej kariery?! Do medali mistrzostw Europy, mistrzostw świata, do występów na igrzyskach olimpijskich? Andrzej Grubba miał też trochę szczęścia. Jego rodzice byli nauczycielami wychowania fizycznego, a nie pracowali na przykład w szkole muzycznej czy nie byli lekarzami. Rodzice też muszą mieć sportowe zacięcie.








Pierwszy jest zawsze nauczyciel


No właśnie, i tu się pojawia nauczyciel wychowania fizycznego. Ten pierwszy, i ten kolejny. Już w szkole podstawowej. Od nich bardzo wiele zależy. Oni muszą wyłowić talent i zacząć z nim pracować. Nie zawsze trafia się na taki samorodek, jakim był Grzegorz Gajdus ze Skórcza – najwybitniejszy Polski maratończyk, do którego do dzisiaj należy rekord Polski seniorów. On sam, uczeń, podszedł do nauczyciela i powiedział, że chce razem z nim pobiec w maratonie warszawskim, choć wcześniej nie biegał nawet na dłuższych dystansach, tych pięć i dziesięć kilometrów na bieżni, a z domu do szkoły miał blisko i nie pod górkę. Nauczyciel Jerzy Mykowski miał intuicję. Kazał 13-letniemu chłopakowi przebiec kilka kółek, dostrzegł do razu, że ma talent i zabrał go do tej Warszawy. W pierwszym swoim starcie Grzegorz Gajdus dotarł do mety przed wuefistą! Talent czystej wody, lecz swoje największe sukcesy i tak zawdzięcza ciężkiej pracy i to bez zawodowego trenera. W Polsce nie było specjalistów od biegów maratońskich. Dzisiaj on jest chyba pierwszym profesjonalistą. To, czego się przez lata nauczył, z sukcesami przekazuje młodszym. Za kilka lat wróci na stałe do Skórcza i może uda mu się wyłowić kilku kolejnych „Gajdusów”, lecz równie dobrze może nie trafić na żadnego. Czy przez te lata kolejne talent biegowy się bowiem pojawił? Nauczyciele wuefiści tak samo pracowali i pracują… Nie ma co ich pracy oceniać, bo trzeba by ich obserwować na co dzień, być obok nich na każdej lekcji, na każdym treningu. I jeszcze się na tym znać. Spełnienie wszystkich warunków jest nierealne.

Ale powspominać ich można, gdyż nauczyciele zawsze pozostają w naszej pamięci. Po latach z reguły w pozytywnej jej części.


Odszedł ostatni ze znanej grupy

Niedawno na emeryturę odszedł Andrzej Piechowski. Był ostatnim z chyba jedynego pokolenia starogardzkich nauczycieli wuefu. W ogóle pokolenia nauczycieli. Pokolenia, bo tworzyło zgraną grupę, zresztą w podobnym wieku. Ci, których chodzili do starogardzkich szkół podstawowych w latach 70. i 80., nie będą mieli żadnych problemów z wymienieniem osób, zwłaszcza tych sztandarowych. Los dobierał ich jakby parami. Leszek Rykaczewski i Stanisław Wieczorek w Szkole Podstawowej nr 7, Mieczysław Sikorski i Tadeusz Gajda w jedynce, Jerzy Hoppe i Ryszard Ławniczak w szóstce, Roman Szyc i Andrzej Piechowski w trójce, chyba tylko w czwórce nie było takiej pary. Lubomira Grubba była parą samą dla siebie. Oczywiście pracowało i to dobrze znacznie więcej nauczycieli, którzy odnosili sukcesy ze swoimi wychowankami, ale to ta grupa tworzyła niewątpliwie trzon pokolenia. Niezwykle zaangażowanego w to, co robiła. Też nie udało jej się wychować zbyt wielu wielkich sportowców, wyłapać zbyt wielu wybitnych talentów, bo może ich po prostu nie było, ale przyciągnąć do sportu ci nauczyciele potrafili.

Lech Ślązak, także wuefista, z którym często rozmawiamy, nie należy do tego pokolenia, lecz – jak mówi – przyglądał się nauczycielom i wysoko ich ceni. Taki Mieczysław Sikorski miał świetne podejście do młodzieży, a przy tym nie upierał się, że najzdolniejsi muszą grać w siatkówkę. Lepiej wypadali na treningach koszykówki, mogli chodzić na zajęcia do szóstki, do Ryszarda Ławniczaka albo Jerzego Hoppego. I odwrotnie. Leszek Rykaczewski i Stanisław Wieczorek również często przekazywali zdolniejszych do innych grup. Mimo oczywistej i ważnej dla wszystkich rywalizacji oni się uzupełniali i dzielili. Na to zwraca uwagę Alojzy Grubba, który przecież pracował przez pewien czas jako nauczyciel wuefu. On sam miał zdolnego chłopaka, który się nazywał… Adam Sykut. Przez wiele lat grał następnie w siatkówkę, a teoretycznie powinien grać w tenisa stołowego. O tym przekazywaniu najzdolniejszych zawsze warto pisać, bo dzisiaj ponoć są problemy, by w jednej szkole przesunąć ucznia z klasy do klasy, by miał zajęcia w „swojej” grupie. Dzisiaj jest znacznie „sztywniejsze podejście”. Ostrzejsza walka o swoje. Tymczasem znacznie młodszy trener siatkarzy Jacek Toczek najlepiej wie o tym, że silny zespół można stworzyć z graczy z różnych miejsc i szkół. On odnosił sukcesy przy wsparciu nauczycieli z pokolenia wuefistów. Bez nich byłoby mu trudniej. Oni rozumieli.



Integracyjna rola obozów

Alojzy Grubba wyjaśnia, że ważną rolę w integracji środowiska odgrywały swego czasu letnie obozy sportowe, organizowane nie dla koszykarzy czy siatkarzy, a dla najzdolniejszych grup w różnych dyscyplinach i z różnych szkół.

- Organizowaliśmy je dla zespołów, które już coś osiągnęły, ale też dawały nadzieję na dobry wynik w następnym roku – mówi Alojzy Grubba.

Na takie obozy, które miały miejsce w różnych miejscowościach Pomorza, jechało przeważnie osiem grup, gdyż na tyle udało się organizować środki. Był one więc przeglądem najzdolniejszych sportowców, ale i też miejscem spotkań, rozmów nauczycieli. Zawsze coś z nich wynikło. Ważny był też system igrzysk, miejskich, wojewódzkich i jeszcze wyżej. Prawie wszystkie dyscypliny gromadzono w jednym czasie w jednym miejscu. Takie rozwiązanie miało sporo plusów, choć było zapewne drogie. Czy sport może być jednak tani, nawet młodzieżowy czy typowo szkolny? Ile da się pozornie zaoszczędzić na rozbijaniu mistrzostw na wiele pojedynczych imprez, co się obecnie robi? Gubi się zaś ten kontakt, nie tylko między nauczycielami, ale także młodzieżą.

Lubomira Grubba uważa, że warto by powrócić także w Starogardzie do tej tradycji. Wspomina, jak to przygotowywała się corocznie do swoistej rywalizacji z Jurkiem Hoppe. Chodzi o zawody lekkoatletyczne. Raz to jej uczniowie minimalnie wygrywali klasyfikację drużynową, innym razem jednym punktem przegrywali.

- Ale jak myśmy to przeżywali… - wspomina pani Lubomira.

I te przemarsze na stadion miejski na otwarcie. Ta rywalizacja i to rozdawanie medali. Zapalanie znicza. Że to były stare, inne, złe czasy? W sporcie nie było komunizmu, zresztą gdzie on był na co dzień w Polsce, w takim Starogardzie szczególnie? Pierwszego maja, na okolicznościowych uroczystościach, pewnie w gabinetach lokalnych notabli. Na sportową rywalizację młodzieży socjalizm nie wywierał najmniejszego wpływu, no tego widzialnego.


Każdy sobie rzepkę skrobie

A czasy dla sportu, nawet szkolnego wcale nie były najłatwiejsze. Jedna sala gimnastyczna z prawdziwego zdarzenia (szóstka) i kilka salek gimnastycznych z maksymalnie boiskami do siatkówki na cały Starogard. A… był basen na Piekiełkach, czynny ledwie przez kilka lat. Dzisiaj baza jest zdecydowanie lepsza, ale tej atmosfery z lat 70. i 80. nie ma. Nie ma już też na etacie Andrzeja Piechowskiego. Jakieś godziny tam jeszcze ma, ale i on raczej schodzi. A jak to mówi Lech Ślązak, co roku potrafił wyłapywać te swoje talenty.

On miał piłkarki ręczne, Jurek Hoppe słynny z „kurtka wicek” znacznie wcześniej koszykarki. Tego sportu tak wiele wcale nie było, lecz był on zarazem widoczny.

- Warto by powrócić do idee igrzysk miejskich w jednym czasie i do wspólnych obozów – mówi Alojzy Grubba. – Niestety, to dzisiaj niezwykle utrudnione przez nieudaną reformę oświatową.

Zdaniem Grubbów, utworzenie gimnazjów było pomyłką, tylko nikt nie ma odwagi się do tego przyznać. Rozbiło to też poniekąd sport szkolny i utrudnia współpracę między nauczycielami z podstawówek i gimnazjów. Ktoś coś robi w podstawówce, w gimnazjum ktoś inny stawia na coś innego. Każdy sobie rzepkę skrobie. Kiedyś był podobny problem na styku ze szkołą średnią. Nauczyciele nie spotkają się na zawodach, na obozach, wuefiści często się nawet nie znają, jeżeli nie pracują dodatkowo w klubach sportowych. Uczniowskie Kluby Sportowe miały być panaceum. Czy są, skoro same szkoły patrzą na nie coraz mniej przychylnym okiem?

Nie można oczywiście mówić o kryzysie sportu szkolnego w Starogardzie Gd., skoro choćby młodzież z „nowej jedynki” (podstawówki) wykorzystała w tym roku cztery z pięciu szans medalowych w finałach wojewódzkich. W ubiegłym roku Krzysztof Piątkowski ze swoimi młodymi koszykarzami zajął drugie miejsce w Polsce. To naprawdę wielki sukces, lecz już z kadetami na podobne osiągnięcia nie ma szans. Zostajemy w Starogardzie na tym podstawowym lub gimnazjalnym poziomie, gdy inni nadal się rozwijają. A może tak powinno być? Po co na siłę kreować coś poważniejszego, gdy nie ma na to pieniędzy? I chyba nie mamy zdolnej sportowo młodzieży. W nadmiarze. Sport musi kosztować. Im jest bardziej kwalifikowany, tym jest droższy. Im mniej kwalifikowany, tym mniejsza szansa na kolejnego Grubbę czy Deynę. Choć takie talenty raczej zawsze i tak same wypływają. Jak ten Gajdus w Skórczu. Tę swoją chęć biegania mógłby zgłosić nauczycielowi historii. Starogardzcy tenisiści stołowi – nie licząc Andrzeja Grubby – największe swoje sukcesy odnosili w czasach, gdy ich prowadził polonista i od 20 lat dziennikarz... Tadeusz Majewski. W sporcie wszystko jest możliwe. Jedna zasada jest dla wszystkich taka sama. Im więcej możliwości, tym większe szanse na wyłapanie talentów. Pokolenie nauczycieli, o którym wspominamy, to zapewniało. Wypada mu podziękować. Może jakoś publicznie…

Jacek Legawski
"Kociewiacy.pl" - 2009 r.


 
wstecz   dalej »
 
Top! Design by Mamboteam.com! Top!