Marek Fota. Lament nad przedmieściem: Chojnicka
sobota, 02 lipiec 2011
Walczą we mnie dwie tendencja. Jedna - dokumentalna, starająca się ująć wszystkie aspekty rzeczy w miarę obiektywnie, zdejmując jej wymiary, proporcje, notując wszystko - tak na wszelki wypadek. Druga jest wybiórcza, jej kryterium nieokreślone, enigmatyczne. Wystarczy jej drobiazg, jedno zestawienie. A ponieważ przedmiotem tych pożądań jest nastrój, z natury trudny do opisania, zawsze utrwalić chciałoby się więcej niż można. Bierze się to stąd, że aura przedmiotów zawiera się bardziej w materii malarskiej, a równie mocno jest uchwytna przez powonienie jak przez dotyk. Natura, bogatsza od opisu, może być wyrażona tylko w skrócie, metaforze albo przypowieści. To, w gruncie rzeczy proste przekonanie, ma głębokie filozoficzne odniesienie.



















Zakłada ono, że w części, w małym elemencie, zamyka się czas, i że odzwierciedla on cały kosmos. Według stoików jest to zasada harmonii, w której wszystkie byty, wyrażone przez okręgi o różnych długościach ramion, posiadają to samo, wspólne centrum. W taoizmie przez uznanie, że To jest tu zawsze, wiec miejsce nie ma znaczenia. Oddaje je dobrze przypowieść o niezadowolonym ze swego losu kamieniarzu, który chciał być kimś lepszym. Kupcem; a gdy nim został - wysokim urzędnikiem. Potem słońcem i deszczową chmurą. Wreszcie wiatrem l potężnym głazem. Już jako skała, słysząc odgłos kamieniarski młotek uderzający w jego twardą powłokę, pojął wreszcie, że pierwsze wcielenie niczym się nie różni od pozostałych. Dlatego w topografii miasta pomińmy to co reprezentacyjne, a skupmy się na obrzeżach.

Rozrastanie przedmieść odbywało się wzdłuż ciągów komunikacyjnych. Był to proces powolny, zakłócany jedynie przebudową samych traktów na bite (czyli o twardej nawierzchni), przez co spełniały one nowe - strategiczne lub pocztowe - funkcje. W pierwszej połowie XIX wieku z tego właśnie powodu buduje się nowy, szerszy most na Wierzycy za młynami, a drewniana konstrukcja przed Bramą Chojnicką przeistacza się w murowany wiadukt. Niedatowany (ale z pierwszej połowy XIX wieku), schematyczny odrys Neufeldta wykazuje, że przelotowa droga z Chojnic do Tczewa biegła południowo-wschodnią stroną Rynku. W związku z tą regulacją rozbierane są bramy: Chojnicka i Tczewska. Pierwszorzędne znaczenie traci zachodnie przedmieście dopiero przez wybudowanie w czasie ostatniej wojny tzw. autostrady Berlin - Królewiec, Od tej pory staje się ono tylko jedną z wielu ulic, o dziwnym - peryferyjnym klimacie. Mówienie o świetności tego miejsca dzisiaj wydaje się anachroniczne.


Ilustracja. Ulica Chojnicka od strony cmentarza (wtedy Wilhelmstrasse lub Wilhelmowska) pod koniec pierwszej wojny. Po prawej stronie budynki z początku, a po lewej z końca XIX wieku. [kartka wydana przez A. Gunthera w Starogardzie]

Dotyczy to wszelkich obrzeży, niezauważanych i niepoważanych. Taka już jest specyfika przedmieść z zabudową małomiasteczkową, mieszaniną sielskości i zwartych budynków. Stare domki, budy, warsztaty i szopki. Drewniane lub ryglowe z wypełnieniem glinianym, trzcinowym lub ceglanym. Zamieszkiwane przez posiadających status mieszczan± rzemieślników, ale leż "nowych ludzi", przybyszy ze wsi, szukających zatrudnienia najuboższych obcych. Czasami osiedleńcy działali jako tzw. partacze, czyli niezrzeszeni i bez uprawnień nadawanych przez cechy. Przez nie zwalczani jako nielegalna konkurencja. Nie dla wszystkich - również z powodu barier majątkowych - starczało miejskiego obywatelstwa. Tutaj, już po rozbiorach, łatwiej można było rozpoznać pozostałości z polskich czasów. Były biedniejsze, ale spolonizowane.

Przy wystawności wieku dziewiętnastego to w nich najdłużej zachowała się substancja czasów zamierzchłych, materia chędoga, autentyczna, dawna. Często przylepione do murów, tanie i kruche, o konstrukcji szkieletowej, na szachulec (z wypełnieniem szkieletu słomą nawijaną na żerdzie i maczaną w glinie), ciesielską robotą. Rozrastały się jak grzyby, pęczniały, wykorzystywały każdą szczelinę, uskok i zagłębienie Atrakcyjność miasta jako miejsca zbytu l zaopatrzenia, rynku pracy i ochrony pozwalała nie dostrzegać zagrożeń skupiska: pożarów i epidemii. Niedługa musiała być pamięć zniszczeń dokonywanych przede wszystkim na przedmieściach w czasie działań wojennych zarówno przez oblegających jak i oblężonych, usiłujących pozbawić nieprzyjaciela gospodarczego zaplecza. Szczególnie dotkliwe były te z czasów wojen szwedzkich. Czasy pokoju zabliźniały rany i usypiały świadomość, a zabudowa, jak mitologiczny feniks z popiołów, na nowo się odradza. Które to już z kolei miasto? Ciągle inne, żywe i... oglądające się w przeszłość.

Jak długo w naszym klimacie wytrzymują dom o konstrukcji słupowej? Może sto albo sto pięćdziesiąt lat. To nie Skandynawia z mroźnym klimatem, w którym przechowują się zabytki drewniane z okresu średniowiecza. Jeszcze krótsza jest ludzka pamięć. Nie sięga z reguły dalej jak do czasu po ostatniej wojnie.

Nie zachowały się strzechy jako pokrycie dachów (z powodu ostrych pruskich przepisów ogniowych). Trzcina była materiałem lepszym, trwalszym i tańszym od słomy (warunek tego zastosowania - bliskość zbiornika wodnego, w Starogardzie nie miał większego znaczenia). Występuje za to długo jaszcze jako materiał izolacyjny na stropach i ścianach. Można ją dojrzeć w wykruszającej się coraz bardziej substancji z początku naszego wieku. Reliktach, których początku nikt z mieszkańców nie pamięta, których nie poważa albo z zażenowaniem pomija. Pozostają po nich puste place, złomy cegieł i resztki kamiennych podmurówek. Usuwane dla przejrzystości szlachetniejszych brył - nic ich nie usprawiedliwia, nikt się nie wstawia i żaden czas nie wskrzesi. Żyją dotąd, póki pamięć ludzka wraca do zapachu sieni, dłonie pamiętają ciepło białej ściany, oczy - kota na parapecie. Specyficzną przestrzeń: płoty, furtki i wąskie przejścia. Ławeczkę pod oknem. Jak z Chagalla nosidło na wodę z wiadrami i wychodek nad wodą. O zmierzchu skrzypienie wrót. Pachnące stepem siano nad rzeką i kurz wzniesiony przez drabiniaste koła. Wczesnym zmierzchem wschodzący na niebo księżyc i pierwsze gwiazdy. Takimi potrawami karmią się mity i baśnie. Można to przyprawić barwą buraczanych lub kapuścianych pól na skarpie nadrzecznej, zapachem kwietnych ogródków lub końskiego nawozu. Możemy też tchnąć w nieistniejący przedmiot życie. Wymienić domy i nazwiska, zawody i zatrudnienia, zamienić liczby i litery w przedmiot intencjonalny, domniemany. Zobaczymy wtedy stojącego na progu hotelu jego właściciela Bernharda Loffenholza, a za kontuarem w głębi - hotelowego Oskara. Po drugiej stronie ulicy, na podwórzu, suszące się w słońcu wyciśnięte z form kafle do pieca, które przed wypaleniem czeladnicy pokryją polewą z ołowiowej bieli. Obok wytwórni Alojzego Baucha, ostatniego przedstawiciela dynastii garncarzy, prawdopodobnie są na Chojnickiej jeszcze dwa mniejsze warsztaty ceramiczne. Przed kuźnią Fritza Buhlaua przywiązano konie, a kowal hartuje w zimnej wodzie świeżo uformowaną podkowę. Przez telefon (ten ma numer 11) rozmawia Paul Prinz, szef firmy transportowej i spedycji kolejowej. Na zapleczu domu czeka gotowy do wyjazdu na stację fiakier i zaprzężony wóz. Na końcu ulicy, mimo gróźb sąsiednich lokatorów, już drugą godzinę ćwiczy na trąbce Fritz Peine, a dwa domy dalej drzemie grabarz Jakub Wesołowski.

Wielonarodowe przedmieście reprezentowane jest przez wszystkie niemal zawody. Spotykamy na nim robotników l rzemieślników: szewców, murarzy i ceglarzy, bednarzy, siodlarzy, powroźników, stolarzy, cieśli, krawców, rzeźników, piekarzy, szklarzy, kowali, garncarzy, blacharzy i pobielaczy, a także zbrojmistrza. Poza tym ogrodnika, posłańców, stróży, woźne, praczki, wdowy (taka forma określenia zajęcia czy stanu jest bardzo często praktykowana), inwalidów, ubogich (były dla nich prowadzone specjalne rejestry miejskie).

Obok właścicieli domów widzimy kupców, handlarzy (detalistów l hurtowników), przewoźników i spedytorów tytoniowych. Są także: lekarz, technik budowlany, inspektor więzienny i sierżant policji, porucznik, major i podpułkownik, asystenci; biurowy i sądowy oraz nauczyciele l rentierzy.

Przełom ostatnich stuleci. Setki nazwisk. W urzędowej, niemieckiej pisowni spotykamy swojskie: Kralnik (krawiec). Gandzior (posesjonat), Gdanietz i Bławat (robotnicy), Kawka (rentiar). Kromka (ceglarz), Zybura (właściciel nieruchomości). Obok nich formy zniemczone przestawieniem głosek: Liedtke l Pestke (robotnicy), Paprottke (krawcowa), Zielke (rentier), Z polskimi końcówkami: Walaszewskl (szewc), Maletzkl, Kochanskl, Nledzlelski, Obremskl (robotnicy), Legawskl (garncarz), Omiezonski (pisarz). Są Niemcy: Trettln (robotnik), Worsech (bednarz), Dickert (praczka), Kayser (lekarz powiatowy). Egzotycznie brzmiące: Morian (blacharz l poblelacz), Mathea (stolarz), Manthey (kurler), Rook (krawiec), Adomal (robotnik). Oraz Żydzi: handlarze l kupcy - Blumberg, Wolff, Mendelsohn i Blber; szklarz Lewin Jacobi i posługacz w synagodze - Isaak Braun.

Obok wymienionych przedsiębiorstw mieszczą się na Wilhemowskiej: manufaktura powroźnlcza Prutza l firma Janowskiego, która poleca „się wykonania wszelkich budowli, dekoracji l robót złotniczych". Poza tym warsztat mechaniczny Wiktora Przyblelsklego, czyli zakład instalujący urządzenia elektryczne, parowe, wodne i kanalizacyjne. Jeszcze skład kupiecki Maxa Reisenauera (dawniej firma: F. Siewert), oferujący towary kolonialne, delikatesowe, cygara, wina i likiery (specjalność - palona kawa), ale też maszyny rolnicze.

Przez urok przedmieścia przechodzimy do kwintesencji kresów. Do określającej je różnorodności. Języków, obyczajów, kultur. Zniweczone przez kataklizmy i zunifikowane, już tylko martwym językiem kamieni starają się wyrazić prawo do niepowtarzalności i oryginalności. Zacierają się ślady. Bezpowrotnie.

Marek Fota



Źróła: Księga meldunkowa miasta Starogard (lata 1885 – 1888 i 1897 – 1901). Adressbuch fur Kreis und Stadt Pr. Stargard 1905 r.