HENRYK GUSSMANN. Stałem od tej kuli w odległości półtora metra
piątek, 15 listopad 2013

Henryk Gussmann miał wtedy najczarniejsze włosy w Starogardzie 

PIORUN KULISTY

- Do historii mojej rodziny będę wracał. Jest powikłana i sporo w niej luk. Opowiem tutaj o czasach powojennych.

Po wojnie rodzice wrócili do Starogardu, chociaż matka miała otrzymać w Słupskiem gospodarkę. Matka nie patrzyła na obcy lep. Chciała do wszystkiego dojść swoim wysiłkiem.




Dał mi banknot koloru gór

- Rodzina od strony matki była bogata. Mieszkała w Swarzewie, w Tarnowskiem. Matka miała siedem sióstr i jednego brata – dla mnie wujka Władka. Wujek miał w latach pięćdziesiątych warsztat wulkanizacyjny. Dał mi, jak tam byłem w 1958 roku (miałam wtedy 5 lat) 10 złotych. To było dużo, bardzo dużo pieniędzy jak dla dzieciaka. Matce dałem. Papierowy banknot koloru brązowego – pamiętam barwę, bo mi przypominał kolor gór, które od Swarzewa były na 3 kilometry.

Babka Franciszka nas nie lubiła

- W 1949 roku rodzice dostali lokum w Starogardzie. To prawda, rodzice Ojca posiadali ziemię i dom – w zasadzie kamienicę w Owidzu, ale rodzice nie bardzo mogli tam zamieszkać. Moim zdaniem babka Franciszka nie chciała nas przyjąć ze względu na kolor włosów. Uważała, że jak ktoś ma czarne włosy, to znaczy, że Rusek. Ja byłem czarny od urodzenia.

Babka była kiedyś w Chinach i musiała mieć jakieś przykre doświadczenia związane ze Wschodem. Nawet przed śmiercią mówiła coś o Chinach. Z babką mało się kontaktowałem, więcej – mnie nie lubiła i najstarszego brata Ryszarda też. A przecież matka była czarna, a ojciec też miał ciemne włosy. Brat ojca był blondynem.


Urodziłem się jako czwarty

Henryk Gussmann przegląda papiery. - "Orzeczenie w sprawie przydzielenia lokalu". Czytamy, że Komisja Lokalowa "postanowiła uwzględnić wniosek Maksymiliana Gussmanna i przydzielić mu lokal (...) składający się z 1 pokoju i kuchni w nowo wyremontowanym baraku, będącym pod zarządem miejskim, położonym przy ulicy Gdańskiej".

- Urodziłem się właśnie tam, 22 lipca 1953 roku, jako czwarty. Byli już Renata, Ryszard i Zbigniew. Mirek urodził się po mnie, w 1955 roku, i jeszcze jedna siostra Różna, w 1957 roku.

Najpierw mieszkaliśmy w jednym pokoju, a po urodzeniu Róży otrzymaliśmy drugie mieszkanie, tuż obok. Z dwóch mieszkań powstało jedno, 3 -pokojowe lokum.

Tam mieszkałem do 1962 roku, czyli do okresu II klasy Szkoły Podstawowej nr 2.


Dzieciństwo przy ulicy Gdańskiej

- Tym zdaniem bym rozpoczął. Lata dzieciństwa przebiegały w sposób skromny, lecz bogaty we wrażenia.

Po roku mego życia dowożono mnie do przedszkola przy ulicy Kanałowej (tam był żłobek, później przychodnia). Po ukończeniu 3 lat uczęszczałem do Przedszkola nr 1 przy alei Wojska Polskiego – do 1960 roku.

Trudno dziś w to uwierzyć, ale baraki były otoczone przez pola. Jedynie w odległości 350 metrów stało przedszkole i stare kamienice przy alei. Bloki przy Wybickiego były wybudowane pod koniec lat 50.

Mieszkaliśmy jak na peryferiach. Starogard w tym czasie posiadał 10.5 tysięcy mieszkańców. Zamieszkiwali w centrum miasta, przy Chojnickiej, Kościuszki, Sikorskiego, Świerczewskiego i Gdańskiej – w starych budynkach do Nadleśnictwa.

Baraki do 1960 roku były cztery. W jednym baraku mieszkało 6 rodzin. Z mojego baraku pamiętam (liczę od prawego skrzydła) Dziczkowie, Sznaza, my, Olszewscy, Skowrońscy (między innymi Bronek Skowroński), Jabłońscy. Większość z tych rodzin – ich dzieci – nieraz spotkam.


Budowaliśmy bunkry

- W 1956 roku miała być wojna. Szedłem z matką do miasta. Matka chciała kupić kilogram cukru, a tam wynoszą całymi workami. Sól też. Matka również kupiła, ale zabrała później.

Od 7.00 do 16.00 przebywałem w przedszkolu. Z Przedszkola nr 1 mam zdjęcia. Nie wiem, czy ktoś jeszcze takie ma. Przechodziłem cztery grupy. Kierownikiem przedszkola była pani mieszkająca w Owidzu. Miała czarne, długie włosy.

Po przedszkolu miałem wolny czas. Między barakami toczyła się rywalizacja – podchody, bo tam było gdzie się chować. Budowaliśmy bunkry – na obecnej ulicy Grunwaldzkiej, gdzie rozciągały się łąki. Bunkry kopali starsi.

Deskami przełożone, na to darnina – w środku zrobione jak pokoik. Można było sobie siąść. Nawet gdyby rodzice szukali, by nie znaleźli.

Rodzin nie było stać na kupowanie samochodów na pedały, więc brało się kij, goła felgę od roweru i się jeździło. Potem matka kupiła mi ten samochód na pedały.

 

Gdy przejeżdżali Cyganie

- Do ulicy Gdańskiej miałem z 50 – 60 metrów. Gdańska? Kocie łby, kostka wybijana, nie taka plaska. Najbliższy budynek – Nadleśnictwo. Tamtędy bardzo często przejeżdżały cygańskie tabory. W dzieciństwie, tyle co ja wiem, określano mnie jako Cygana. Względem tych czarnych włosów. Za każdym razem, gdy  przejeżdżali Cyganie, rodzice mnie ukrywali.

Czasami chodziło się dalej, na lotnisko za Kocborowem.


Pamiętam, jak wleciał piorun kulisty

- Bardzo dobrze pamiętam zjawisko nie dla każdego człowieka widzialne. To było w 1958 roku.

Często przechodziły suche burze. Wtedy też taka była. Świeciło słońce, było piętnaście po czwartej, po obiedzie. Wracałem od strony alei i nagle – jeden wielki błysk i za moment potężny grzmot. Ciągle nas uprzedzano, żeby uważać na suche burze, a szczególnie na błysk. Żeby niczego metalowego nie ruszać, nie biec szybko. To widziałem nie tylko ja, ale wszyscy.

To zjawisko... Bodajże lipiec albo sierpień. Cała rodzina już była w domu. Byłem przy drzwiach. Cała rodzina stała w bezruchu. I w pewnym momencie sporej wielkości kula ognista (jak słońce wyglądało) zatrzymała się na równo z futryną. Każdy stał jak zamroczony. Ja w pierwszym momencie chciałem szybko zamknąć okno, ale mówili, żebym się nie ruszał. Stałem od tej kuli w odległości półtora metra. Po kilku sekundach to zaczęło się robić blade i znikło. Jak wspomniałem, staliśmy w bezruchu. Trzeba tak długo stać, aż TO zniknie. Potem, my, chłopcy, wybiegliśmy na zewnątrz, pod okno szukać. Powinna leżeć pozostałość, tak jakby krzemień.

Często chodziliśmy na Rynek. Bodajże w dni targowe przyjeżdżał człowiek z kucykiem. Za zdjęcie płaciło się 5 złotych. Później można było się przejechać bez bryczki dookoła ratusza.

Tadeusz Majewski


47, 48/95