Feliks Kierszka – mistrz malarski (1884 – 1970)
piątek, 10 listopad 2006

Jubileusz 800-lecia Starogardu Gdańskiego skłania do refleksji nad dziejami miasta i jego mieszkańców.

 


Swego czasu niezwykle barwną postacią w mieście był Feliks Kierszka. Mistrz malarski zamiłowanie do zawodu odziedziczył po swoim ojcu, Tomaszu, również malarzu. Jak wieść rodzinna głosi, jego protoplasci zamieszkiwali wStarogardzie od 300 lat.

Feliks Kierszka urodził się w Starogardzie w 1884 z matki Kunegundy i wspomnianego ojca Tomasza. Miał też młodszego brata. Brunona, przedwojennego oficera Wojska Polskiego. Hitlerowcy po kampanii wrześniowej osadzili go jak wielu innych wojskowych w Oflagu II. E. w Neubrandenburgu, nadając polskiemu porucznikowi numer identyfikacyjny: 1395/B/II/ 11. Po wyjściu z niewoli przez krótki czas służył jeszcze w Ludowym Wojsku Polskim.

Feliks Kierszka ożeniony był z siostrą mojej “lólki" po kądzieli, Heleną Skibbą (1885 – 1936). Jego osoba zatem blisko była związana z moją rodziną. Owdowiawszy, nie ożenił się powtórnie, lecz samotnie wychowywał syna Wincentego i młodszą córkę Bronisławę

Jego warsztat malarski od pierwszych lat po zrzuceniu niewoli pruskiej mieścił się w „białym domku" nad Wierzycą, należącym do młynarzy Wiechertów. Zatrudniał w nim uczniów i czeladników, którzy po zdaniu egzaminów „wyzwalali się" na mistrzów.

Ten wielowiekowy cech rzemieślniczy gromadził wielu starogardzian. W czasie światowego kryzysu ekonomicznego lat trzydziestych XX w. niektórzy z nich musieli w poszukiwaniu pracy emigrować do Gdańska, mającego wówczas status Wolnego Miasta.

W firmie F. Kierszki zatrudnienie znaleźli i zdobywali zawody między innymi synowie jego szwagierki, trzej bracia mojej matki, Salomei: Feliks, Klemens i Paweł Warmbierowie; syn właściciela, Wincenty oraz Bernard Butowski, sąsiad znanego bajkopisarza kociewskiego, Bernarda Janowicza, spowinowaconego z Kierszką.

Do największych zleceń jakimi firma mogła się poszczycić należały prace malarskie w latach 1937/38, przeprowadzone na dużą skalę i połączone z wykonaniem wielkich liter na fasadzie budynku Polskiego Monopolu Spirytusowego w Starogardzie. Inne jego przedsięwzięcia to malowanie kościołów, kompleksowe odnawianie domów, mieszkań i klatek schodowych zamożnych mieszczan.

Jeszcze przed wybuchem II wojny światowej Feliks Kierszka przeprowadził się do domu przy ul. Paderewskiego 10, należącego do Niemca. W tym samym domu na pierwszym piętrze mieściło się mieszkanie sławnego na całym Kociewiu dentystyArnolda Herrmanna. Jego 7-pokojowe mieszkanie z gabinetem dentystycznym i klatką schodową „wuja" Kierszka też malował.

W ponury czas hitlerowskiej okupacji niemieckiemu właścicielowi, niejakiemu Samuelowi Conradowi. nie podobał się sublokator-Polak, który został wykwaterowany na ul. Kościuszki do nader prymitywnego mieszkania w wiekowym, ceglanym domku.

Po wyzwoleniu firma malarska F. Kierszki otrzymała ponownie zlecenie na pomalowanie prezbiterium kościoła farnego pod wezwaniem św. Mateusza. Wówczas to mnie, nastolatkowi, „wuja" - pamiętny z sumiastych, podkręconych a'la cesarz „Wiluś" wąsów - zaproponował przystosowanie do tradycyjnie rodzinnego zawodu - malarza. Jednakże moje ambicje sięgały wyżej, dzięki zauroczeniu perspektywą zdobycia innego zawodu.

Pamiętam szablony z wzorami kociewskimi, które pomagałem swoimi dziecięcymi rękoma wykrawać w arkuszach kartonu. Potem podziwiałem - przez wiele lat - bogate w różnorodnąformę, kolorystykę i harmonię malowidła ścienne i stropowe, zdobiące prezbiterium prastarej fary. Ilekroć odwiedzałem kościół, odczuwałem dumę z dzieła rąk moich wujków, rzetelnych, lubiących swoją pracę rzemieślników starogardzkich.

Feliks Kierszka znany był z solidności zawodowej, pedanterii i słowności. Kalkulację kosztów przeprowadzał z największą uczciwością, ciesząc się zaufaniem, uznaniem i wdzięcznością ze strony swych licznych zleceniodawców.

W wieku starczym, będąc już w znacznym stopniu upośledzonym słuchowo i kulawym, miał zwyczaj zwijania dłoni w „tutka" i nadstawiania ucha w kierunku mówiącego, by móc go lepiej słyszeć. Sam zwracając się do kogoś mawiał: „słysz no", pragnąc zwrócić uwagę adwersarza na swoją wypowiedź. Podczas okupacji niemieckiej przeżył w Starogardzie humorystyczną przygodę z udziałem żołnierza stacjonującego wówczas w mieście oddziału Wehrmachtu. Zaprosił swego młodszego „kamrata" do restauracji w celu zwierzenia się nieznajomemu ze swych przeżyć frontowych w I wojnie światowej, kiedy to sam był kirasjerem. Na wstępie biesiady ustalili między sobą, iż każdy zapłaci sam za zamówione dania. Tymczasem po obfitym obiedzie, poprzedzonym przystawkami, trunkami, paroma daniami głównymi i deserem, ów nieznajomy żołnierz oddalił się pod pretekstem pójścia do toalety. Gdy przez dłuższy czas nie wracał do stolika, zaniepokojony weteran w towarzystwie kelnera poszedł jego śladem. Zdębieli, a zwłaszcza „wuja", gdy zobaczyli otwarty lufcik w toalecie i brak współbiesiadnika. Rachunek, i to słony, zapłacić musiał ze swej renty inwalidzkiej (nie starczającej na pokrycie go w całości) zapraszający. Zapożyczywszy się u rodziny, w ratach, honorowo „wuja" spłacił swój dług. Była to kolejna cena, jaką przyszło mu zapłacić za l wojnę światową. Swoje kalectwo obnosił już od lat. Nie tracił jednak humoru i wigoru życiowego.

Wszystkim krewnym i znajomym, którzy tylko chcieli go wysłuchać, opowiadał o swojej przygodzie.

Po przejściu na emeryturę dożył swych dni pod czułą opieką córki, Bronisławy Pałkowskiej. Ciesząc się z wnuków, otoczony prawdziwym ciepłem rodzinnym, malował obrazy. Posługiwał się po mistrzowsku zarówno kredką, farbą olejną, jak i akwarelami. Pozostawił po sobie wiele pejzaży starogardzkich i kompozycji kwiatowych. Niejedna z jego prac zdobi do dziś ściany mieszkań na Kocieiu i w Niemczech, dokąd zawędrowały z falą emigrantów. Zmarł w roku 1970.

Zupełnie nieoczekiwanie w minioną Gwiazdkę obdarowany zostałem obrazem olejnym przedstawiającym bukiet czerwonych maków, sygnowany imieniem i nazwiskiem Feliksa Kierszki. Dar zawdzięczam niegdysiejszej sąsiadce wuja, byłej radnej Rady Miasta Starogardu, mojej współpątniczce z pielgrzymki do Lourdes i Rzymu, pani Danucie Łazórko. Ten niesamowity, bliski memu sercu dar, za który w tym miejscu serdecznie dziękuję, zainspirował mnie do napisania tych wspomnień o moim wuju, swego czasu jednym z matuzalemów grodu nad Wierzycą, którego okrągły jubileusz obchodzimy, pamiętając o tych którzy odeszli i nie doczekali pięknej rocznicy ich ukochanego miasta, Starogardu Gdańskiego.

Hubert Pobłocki, Gazeta Kociewska 1998 r.

PS Na miejsce wuja Kierszki do kamienicy pod nr 10 wprowadził się „Baltendeutscher" nazwiskiem Weiss. Podczas okupacji prowadził on trafikę - sklepik z tytoniem, fajkami i cygarami. Informacje te zawdzięczam córce dentysty A. Herrmanna, pani Edelgardzie Jancy, za co jej bardzo dziękuję!