www.mamboteam.com
GMINA STAROGARD GDAŃSKI  
STRONA GŁÓWNA
czwartek, 14 listopad 2019
 
 
Klonówka - historia i legenda [z opowieści FELIKSA GOŁUŃSKIEGO] Drukuj E-mail
sobota, 02 styczeń 2016
Pies na łańcuchu. Przez długość podwórza - od budy prawie do furtki - zamontowana na ziemi stalowa linka. W nocy łańcuch jest odczepiany od budy, doczepiany do linki i może się ślizgać na ogniwie. W nocy pies ma większą przestrzeń do pokonania: buda - furta, północ - południe. Hm... Ciekawy pomysł.

Feliks Gołuński, jak wszyscy Gołuńscy mieszkający w okolicach Starogardu i w samym mieście, pochodzi z Gołunia koło Wiela. Chętnie opowiada o majątku, do którego niegdyś, jeszcze przed wielką parcelacją, należało Ornasowo, Smoląg, Najmusy i Marywil. Dziedzicem był Rudowski. Tenże w 1927 roku - bez przymusu, według parcelacyjnego planu - porozdawał rolnikom część ziemi. Majątek był nielichy. W samej owczarni przebywało około 1000 owiec. W majątku pracowało około 100 ludzi. Byli murarze, kowale, kołodzieje, robotnicy pracujący w cegielni, kuźni.
Rudowski w Klonówce czuł się nieszczęśliwy. Na gospodarce się nie znał, każdy go oszukiwał. Feliks nieraz z litością obserwował dziedzica, jak pospiesznie siadał do bryczki zaprzężonej w cztery konie. Kazimierz Tomaszewski trzaskał z bata i wywoził właściciela majątku jak najdalej od posiadłości. Zastanawiam się, ile lat ma Feliks Gołuński. Tak na oko wygląda...
- Panie Gołuński, pan znalazł chyba sposób na długowieczność. Gołuński uśmiecha się enigmatycznie i ciągnie opowieść.

Feliks ogrodnik

Młody Feliks Gołuński po ukończeniu praktyki na plantacji i w przetwórni warzyw w Gorzędzieju nad Wisłą wrócił do Klonówki i podjął pracę w majątku ziemskim Rudowskiego. Prowadził tu ogrodnictwo - warzywa i kwiaty. W Klonówce spędził też 5 lat okupacji hitlerowskiej . Mieszkał w pustym początkowo pałacu, gdzie było biuro i ogrzewanie. Sami Niemcy w pałacu nie mieszkali, bo podobno straszyło. Wybrali ładne domostwo, stojące bliżej drogi.
Gołuński prowadził ogrodnictwo „na zasadzie niewolnictwa" -okupanci nic mu nie płacili, po prostu kazali robić. Co roku brali go na egzamin z języka niemieckiego i co roku wzruszał z udawanym wstydem ramionami - nadal ani w ząb nie rozumiał niemieckiego. Sposób zdawania egzaminu był wcześniej uzgodniony z „burgermajstrem" - sołtysem wsi, który kazał Feliksowi za każdym razem wstrząsać ramionami. Obaj mieli z tego korzyść – Gołuńskiego nie brali do wojska, „burgermajster" nadal mógł być tłumaczem ogrodnika.

W czasie okupacji w majątku pracowało około 200 osób różnych narodowości - Anglików, Polaków, Ukraińców i Rosjan. W ogrodnictwie pod Gołuńskim pracowały też dzieci Polaków mieszkających w Klonówce i na wybudowaniach. Ogrodnik zlecał im lekkie roboty, żeby zbytnio się nie przemęczały. Zimą łuskały fasolę i wyplatały maty. Niemcy nie dawali Polakom żadnych kartek żywnościowych, też na warzywa, ale Gołuński ten ostatni problem rozwiązał - Polacy przychodzili do ogrodu, niby zrywali kwiaty, tymczasem pod kwiatami czekały na nich warzywa.
Problem był nie tylko z wyżywieniem. Też z obuwiem. Feliks dostał pewnego razu przydział na buty, niestety na łaciaki. Poszedł do sklepu w Starogardzie, pokazał przydział, ekspedientka udała się do szefowej, szefowa „prześwietliła" wzrokiem młodego ogrodnika i wydała mu buty... myśliwskie. - Ach, buty - wzdycha Gołuński. - Nie bały się ani rosy, suszy, ani błota, ani pluchy najgorszej. Początkowo ogrodnik smarował je „wedle nakazu rycynusem", potem towotem (było nerwowo: spalą się od tego towotu, czy nie spalą? - nie spaliły się). W tych butach chodził jeszcze długo po wojnie.

Pałac jak Belweder

Na początku Gołuński mieszkał w pałacu, potem sprawy się skomplikowały. Niemcy opanowali jedno skrzydło, własowcy drugie, w trzecim skrzydle zamieszkał szwajcer (oborowy). Pojawili się też Litwini, znający język polski. - W salonie stał fortepian - wspomina pan Feliks. - Pięknie grali na nim Niemcy. Ładnie też śpiewali - Blum blau i inne piosenki. Nie bawili się z Rosjanami. Własowcy często wybierali się do wsi i sprowadzali, pod karabinem, dziewczyny do zabawy.
W 1945 roku, dokładnie 25 maja, a więc już po wyzwoleniu, Gołuński wyjechał rano do Starogardu. W drodze powrotnej ujrzał wielki słup dymu. Do południa pałac doszczętnie zgorzał. Podpalacze zaczęli z pomyślunkiem - od wszystkich rogów dachu. Właściwie nie wiadomo kto podpalił. Najprawdopodobniej własowcy, którzy bali się, że NKWD znajdzie dokumenty na ich temat. Potem NKWD próbowało wyciągnąć te informacje od dziewczyn ze wsi.

Próbowano coś ratować. Pałac zaczął płonąć od szczytu. Józef Suchomski, który troszeczkę umiał grać na fortepianie, wszedł do środka i chciał ratować ten szlachetny instrument, ale czym prędzej wyskoczył, bo w środku zaczęły pękać granaty.
W ten sposób zniknął „pałac jak Belweder", który przed wojną przyjmował samego Hallera (jego wojsko stacjonowało w Klonówce) i który generalski kronikarz nazwał w prasie „dworkiem w modrzewiach". Rudowski prostował później, że dworek stoi w klonach, a ze trzy modrzewie owszem, są, ale dopiero nad samą rzeką. Cóż jednak po sprostowaniach - słowo drukowane poszło w świat.
Gołuński w 1944 roku wykonał zdjęcie - pod słońce, od strony bramy, na którym widać córkę szwajcera, kolumny, front budynku, część oranżerii. Do oranżerii wchodziło się z salonu, gdzie bardzo lubiła się bawić Maria Rudowska - zawodowa artystka, wyuczona w Szwajcarii.

Legendy

Mówią, że tu, w Klonówce, jest zaklęta góra, ma kształt kapelusza i wgniotka jak to w kapeluszu. Wgniotek wskazuje na to, że w tym miejscu zapadł się kiedyś zamek. Inna wersja mówi o klasztorze z zakonnicami. Z drugiej strony góry, patrząc od wsi, jest źródełko, przy którym pewnego dnia w samo południe jakiś pastuch spotkał mniszkę. Napytanie, dlaczego tu przychodzi, odpowiedziała, że musi nosić wodę za pokutę. Poprosiła pastucha o pocałunek, co tenże uczynił. Mniszka po pocałunku zmieniła się w żabę. Pastuch położył na płaza chusteczkę, pocałował ponownie, żaba zmieniła się w żmiję. Tego już pastuch nie mógł znieść i nie pocałował. Żmija zmieniła się po chwili z powrotem w mniszkę, która z żalem powiedziała: „Teraz będę spadać siedem dni w dół". Westchnęła i znikła.

Gołuński zawsze był ciekawy życia. Zaklęta góra budziła jego ciekawość. Doszedł do tego, że jakieś 600 lat temu we wgniotku góry palili zwłoki i napełniali popiołem urny. Ogrodnik ma na to dowody -jak się odgrzebywało stoki góry, można było znaleźć węgiel drzewny, albo jak się kopało kopce na ziemniaki, napotykało się na urny. Co ciekawe - niektóre były otoczone polnym kamieniem, ułożonym w studnie o prostokątnym (60 x 40 cm) lub pierścieniowym przekroju. Często pługiem zahaczało się o taką studnię ze stojącą na jej dnie na głębokości 1,5 metra urną. Identyczne urny i przypalone kamienie Gołuński znajdował przy kościele. Urny na pewno wyrabiano na miejscu, gdyż była dobra niebieska glina. Wybudowano nawet cegielnię. Początkowo koło kościoła, o czym opowiadał Gołuńskiemu Michał Świeczkowski.

Długowieczność

Człowiek bez papierosów i używek innego rodzaju, obserwując przyrodę i obcując z nią za pan brat, może trzymać się długo. Feliks Gołuński robił spacery bez oddychania, to znaczy nabierał powietrza do płuc i szedł tak z tym powietrzem 3 minuty. Kiedy chłopcy topili się w pobliskiej rzece, Gołuński wchodził pod wodę, wyszukiwał nieszczęśnika i wychodził, trzymając go już na powietrzu na wyciągniętych rękach, sam będąc jeszcze pod wodą. W jednym miejscu Wierzyca była bardzo głęboka. Chłopcy mówili, że diabeł ma tam swoją dziurę. Gołuński ściął pręt leszczynowy, nabrał powietrza do płuc i wszedł do dziury na te swoje 3 minuty, wystawił leszczynę i zmierzył głębokość - 5 metrów! Dziurę według niego spowodował gigantyczny, szeroki na 5 metrów głaz, leżący na dnie rzeki.

Karate i Gołuński

W ślicznym przypałacowym parku Feliks Gołuński prywatnie uczył młodzież sztuki walki, szczególnie uczył władać nogami w celach obronnych. Wkrótce młodzi mieli tak wygimnastykowane nogi, że dotykali nimi żarówek po chałupach. Uczył ich boksu, korzystając nieraz z rad kuzyna, Franciszka S. - boksera z Tczewskiego Klubu Kolejowego. Bywało tak, że ci co przybyli z kresów (mieszkali na ogół na wybudowaniu), przybywali do Klonówki i prowokowali bójki. Wyciągali noże i młotki i było po sprawie. Pewnego dnia Gołuński zaproponował uczciwe spotkanie na boisku w Klonówce. Bili się bez rękawic. Gołuński jako sędzia określił strefy uderzeń. Nie można było ani w twarz, ani w żołądek. Uderzano w pierś. Kiedy któryś z chłopaków Gołuńskiego brał lanie, ten wystawiał Kazimierza Krauzego z Najmusów - najlepszego w boksie, ale też i najwyżej „rzucającego" nogą. W 1939 roku Krauze mając 18 lat zgłosił się jako ochotnik do wojska. Po trzydniowym marszu bez snu dostał się do Bydgoszczy i tam zasnął na armacie. Prawdopodobnie - uważa Gołuński - skulał się z armaty i został przez nią rozjechany.

Jestem jak kamień

Gołuńskiego interesuje cała przyroda. Wszystko co człowieka otacza od małego go zastanawiało i budziło zdziwienie. W dzieciństwie myślał sobie, że dobrze byłoby żyć tak długo jak drzewo. Teraz żyje już długo, a drzewa umierają. Trzeba było więc wtedy pomyśleć - rozmyśla pan Feliks - żeby żyć tak długo jak kamień. A były takie chwile, kiedy można było żyć jak drzewo. Na przykład kiedy dostał pierwszy wyrok śmierci.
1940 rok. Żniwa, Niemcy w Klonówce. Gołuński zgłosił się jako ogrodnik do wydziału pracy w Starogardzie z dziwacznym pytaniem, czy jako ogrodnik ma iść do prac żniwnych. SS-man Winz, administrator, który z upodobaniem wysyłał ludzi do obozu zagłady, zareagował natychmiast - wyrok śmierci i „szlus". Niemiec udał się do matki Gołuńskiego i kazał stawić się jej na polu o godzinie 17 po zwłoki syna, którego zastrzeli o 16. Gołuński jakby nigdy nic pracował na polu, choć rządca Ludwikowski namawiał go, by choć widłami natarł... O 16 Gołuński kątem oka dostrzegł sylwetkę Niemca, ukosem patrzył, czekał, jednak nie miał zamiaru nacierać z widłami - „bo kulka jest za chwatka". Koń przejechał całą długość, stanęli twarzą w twarz: Winz i Feliks Gołuński. l wtedy uratowała go wyższa siła. Niemiec znalazł się nagle w białym słupie deszczu. Nastąpił zawał chmury. Woda była tak gęsta, że obezwładniła konia. Szła 10-centymetrową warstwą z dwukołówki w dół. Koń się szarpał, więc próbował go poskromić - nic z tego. Deszcz miał kilka metrów średnicy. Niemiec odjechał ze sto metrów dalej, wir wody ciągnął za nim jak czarny magnes. Od tego czasu Niemiec unikał Gołuńskiego.

Po wojnie Feliksa aresztowało UB. Ubowcy byli tylko tłumaczami, sędzią było NKWD. W Starogardzie, w budynku dzisiejszej policji, Gołuńskiego wrzucili na 14 dni do piwnicy. Siedział na kamieniach wyjętych z magla. Nie dawali mu spać. Wieczorem podawali „kibel" (wiadro), dwa razy dziennie jedzenie - ziemniaki z gotowaną wodą. Siedział za to, że udało mu się w czasie okupacji być Polakiem, co znaczyło, że musiał być w AK. Ubowiec brał rewolwer, przystawiał lufę do skroni Gołuńskiego, wyprowadzał go w ten sposób za drzwi do piwnicy i tak co pół godziny. W końcu wyznał, że był w Gryfie Pomorskim i że nocą biegał na nartach z jakąś konspiracyjną prasą do Szpęgawska, „mając za przewodnika północny wiatr".

Dłużej niż drzewo

Człowiek żyje czasami dłużej niż drzewo, czasami chce żyć jak kamień. W Klonówce wszystko żyje jakby w innym czasie - teraźniejszość, historia i legenda splatają się w jeden warkocz. Gołuński nie zdradził, ile ma lat.

Tadeusz Majewski

Tekst z książki Janusza Marszalca i Tadeusza Majewskiego pt. "Klonówka obszar magiczny"
Tekst zmieszczony również w książce Tadeusza Majewskiego pt. "Oj, oj, Ojczyzna" (str. 172)


Klonówkę wspomina Michał Rudowski w tekście pt. "Klonówka należała do Kalksteinów. Nagle pojawiają się Rudowscy..." (z "Oj, oj, Ojczyzna" - str. 182) - przejdź


 
wstecz   dalej »
 
Top! Design by Mamboteam.com! Top!