www.mamboteam.com
 
STRONA GŁÓWNA
poniedziałek, 14 październik 2019
 
 
TADEUSZ MAJEWSKI. Spacerując po winnicach i wśród danieli Drukuj E-mail
niedziela, 19 maj 2013

Uwielbia spacerować po winnicach

Choć daleko po południu, nadal upał, mocne słońce, ale robi się parno i gryzą komary. Kwatera "Pod Orzechem" Henryki i Marka Wysockich leży w sołectwie Miradowo, uściślając – bliziutko berlinki przy szosie na Skarszewy.

Pani Henryka zdradza, że uwielbia spacerować po winnicach. Nic w tym dziwnego, jeżeli ma się winnicę u siebie. Zresztą kto nie lubi buszować w winoroślach, zwłaszcza jak już są dojrzałe owoce. Polecam jej film "Spacer w chmurach" z Keanu Reevesem w roli głównej, którego akcja toczy na terenie wielkiej winnicy w Kaliforni...




Co nowego w kwaterze? Bonsai, miniaturowe drzewa. I może to, że kwatera jest teraz urządzona typowo pod dzieci. Dzieciaki mają tu wszystko, nawet miniaturowe króliki. Część z paintballem została zamknięta, gdyż to zbyt niebezpieczne.

Wracamy do motywu głównego – największą atrakcją kwatery jest wspomniana wyżej winnica, istniejąca od 2006 roku. Dzisiaj wygląda niewyraźnie, właściwie nie na aparat – suche, jakby martwe patyki przy drutach. Na zdjęciach, jakie otrzymuję od pana Marka, te patyki wyglądają już zupełnie inaczej.

Robię zdjęcia bonsai, królikom, winnicy i przepisuję treść zaproszenia: Gospodarstwo Agroturystyczne „Pod Orzechem” i Zielonogórskie Stowarzyszenie Winiarskie zapraszają (...) na degustację win z winnicy „Pod Orzechem”. Prowadzić ją będzie Prezes Zielonogórskiego Stowarzyszenia Winiarskiego dr n.med. Marek Senator (czasami senatorem się nie bywa, a po prostu jest). W trakcie degustacji przedstawione zostaną założenia enoturystyki oraz przyszłość rozwoju gospodarstw winiarskich w Polsce. 15.06.2013 – strój nieoficjalny.


Podoba mi się ten dopisek – "strój nieoficjalny". Co to "enoturystyka", wyjaśnia "doktor Google". Sporo tego, więc nie będę kopiować. Pan Marek wyjaśnia, że jesienią 2012 r. winnica "Pod Orzechem" została członkiem Zielonogórskiego Stowarzyszenia Winiarskiego i że wino z 2012 roku (miradowskie, żeby było jasne) będzie wystawiane na konkursie winiarskim w Zielonej Górze we wrześniu 2013 roku. Z pierwszych degustacji przeprowadzonych przez Prezesa Senatora wynika, że doświadczeni winiarze z okolic Lubuskiego mogą czuć się zagrożeni.





Przy dawnej drodze nie było miejsca na Claasa

Przejeżdżam przez Semlin. Pierwsi plażowicze nad Jeziorem Semlińskim cierpliwie jeszcze grzeją blade ciała. Wzdłuż szosy ciągnie nowy chodnik z szarego polbruku. Wąski bo wąski, ale jest. Właściwie z uwagi na duże drzewa, stojące przy szosie i bliskość niektórych zabudowań nie dałoby się zrobić szerszego. A powinna być – o czym mówiła mi pani Henryka – od berlinki do Kleszczewa Kościerskiego, a może i dalej, do Skarszew, ścieżka rowerowa, bo przecież teren jest bardzo malowniczy – kociołki, oczka wodne, rzeczki, zjazdy i podjazdy jak choćby między Karolewem a Piesienicą. Ale stare drzewa przy szosach są nienaruszalne, bo wiadomo, ekolodzy, których jesteśmy co do niektórych inwestycji zakładnikami. I zakładnikami historii, gdyż ta bliskość drzew wiąże się z ich nasadzeniem ze sto lat temu przy jakiejś nic nieznaczącej drodze gruntowej, może brukowanej, która stała się przez lata łożyskiem dla dzisiejszej asfaltówki – przy drodze o wiele węższej, na dwie mijające się bryczki, a nie na Claasa czy dwa jadące w przeciwne strony TIR-y.


Trzeba zrobić zdjęcie chodnika – nowej inwestycji. Ale chodnik bez ludzi z punktu widzenia reporterskiego nie ma żadnej wartości. Pojawiają się jakby przywołani przez myśl – ona i on. Wysiadam z auta i pytam, czy by nie zapozowali. Dlaczego nie? Cofają się w stronę krzyżówki na Pinczyn, a więc chyba na północ. Po chwili idą na obiektyw. Robię dwa zdjęcia – któreś na pewno się nada. Na podglądzie widzę, że oba są kiepskie, źle wybrałem światło. Trudno. Ruszam do auta, a mężczyzna proponuje, że może jeszcze należy zrobić z drugiej strony, to znaczy chyba od południa, ściślej mówiąc od strony Talaśki. Powtarzamy scenę, robię ujęcia. Patrzę na podgląd – rzeczywiście lepiej, nawet o wiele. Pan chyba, chyba, ma coś wspólnego z fotografią – bąkam. Potakuje – tak, ma o tym pojęcie.


Stado znika i czarny koń też

Tamten tekst pan napisał chyba ze dwa lata temu – mówi Mieczysław Siebner, gdy idziemy do jego domu, gdzie chcę ponotować. Na chyba wschodniej stronie nieba zgromadziły się szaro-bure chmury. Powietrze gęstnieje od potu z chwili na chwilę. I nagle spadają rzadkie, ale duże krople deszczu. Spokojnie – ponotuję w domu, przy stole, a jak skończę, się rozjaśni. Tak, dwa lata temu zapisywałem, że tu, w Kleszczewie Kościerskim, a raczej między Kleszczewem a Małą Lipią Górą (jakby ta leżącą nieco dalej Lipia Góra była metropolią) powstanie spore gospodarstwo agroturystyczne z niezwykłymi atrakcjami, z których największą, istniejącą już dwa lata temu była możliwość oglądania czy raczej podglądania około 200 danieli. Teraz jest ich niestety o połowę mniej, a docelowo ma być jeszcze mniej, bo 50. Z czegoś trzeba żyć – krótko zauważa gospodarz, gdy pytam, dlaczego tak się stało. Te 200 danieli żarło 30 ton samego zboża, a niestety tutaj nie ma ziemi uprawnej. Ogrodzone prawie 30 hektarów to ogolona przestrzeń tylko dla tych zwierząt, 8-hektarowe jezioro i młodniki. Niemniej plany stworzenia miejsca agroturystycznego nadal są, a część z nich została nawet zrealizowana. Powstały pomosty dla wędkarzy, miejsce na grilla, na ognisko, boisko do piłki plażowej – czeka na piasek, będzie mała plaża, są kajaki, canoe. Jezioro zostało zarybione karpiem i amurem, ogromną, ruską rybą, która jak maszyna czyści jezioro z trzcin i sitowia. Zapisuję numer telefonu – 513 814 130 – gdyż ten podany w reportażu sprzed 2 lat jest nieaktualny.


Idziemy zrobić zdjęcia danielom. Poprzednio wyszły kiepsko z powodu deszczu, ogólnej szarości i zimna. Wychodzimy z wiatrołapu, a tu znowu deszcz. Siebner daje mi parasol, bierze drugi. Deszcz nie jest zimny, rozpuszcza barwnik na moich sandałach, robią mi się od niego czerwone paluchy. Ponad 20 hektarów to kawał ziemi. Daniele byki kryją się w brzozowym zgajniku. Po prawej lśni metalicznie jezioro. Jest ogrodzone, żeby zwierzęta nie mogły wchodzić zimą na kruchy lód. Daleko z szuwarów ciężko startuje zdaje się żuraw. Skądś, nie mogę zlokalizować kierunku, wyraźnie dobiega gęganie dzikich gęsi. W oddali ponad zielenią krótkiej trawy majaczy szeroka krecha o miękkim konturze stada młodych danieli, a ponad nią pasącego się z nimi czarnego wielkiego konia. I znowu nic z tych zdjęć nie będzie. Stado jest płochliwe. Kilka razy na głośne "baaasia", które działa na nie jak dotknięcie prądem, stado zbliża się o kilkanaście kroków, wyraźnieje, ale – nażarte – stało się nieufne. W końcu zgodnie pryska jakby obdarzone wspólną inteligencją do lasu, a wraz z nimi przepada czarny koń.




Pan Mieczysław mówi, że przyjeżdża tu powędkować sporo ludzi, pojawiają się i tacy, którzy rozbijają namioty. Do zrealizowania marzeń o kwaterze potrzeba pieniędzy, co dotyczy zwłaszcza budowy domków i infrastruktury, żeby było na przykład cywilizowane pole namiotowe i miejsca na kampery. Nie żałuje, że wrócił z Niemiec. To obojętne, czy w Niemczech, Ameryce, czy gdzie indziej zauważa. - Człowiek i tak jest raz na wozie, a raz pod wozem, bez względu na miejsce zamieszkania. Robię mu zdjęcie z parasolem. Czy takiego nie robiłem dwa lata temu? Jakaś klątwa z tymi danielami, że drugi raz deszcz, a nawet, jak teraz – trochę się niepokoję, bo idziemy po łysej przestrzeni – deszcz z piorunami. Kiedy wyjeżdżałem z domu, nie wierzyłem, że tak będzie, choć przecież informowali w internecie, gdzie się na ogół nie mylą. Wspominamy Wicherka od pogody w czasach PRL, prowadzącego właściwie program loteryjny. Lepszy niż dziś, bo dający sporo zabawy i pogodowych niespodzianek na zasadzie trafi – nie trafi.


Dziś robotą trzeba się dzielić nawet z przeciwnikiem

Za kutą bramą stoi jakaś kobieta. Mówi, że Stanisława Oksińskiego nie ma, choć przed chwilą był, a właściwie gdzieś jest, nawet w pobliżu, we wsi, i może będzie. Wyjmuję komórkę – zadzwonię, jeżeli przebywa gdzieś blisko, to przyjedzie. Kobieta odchodzi, a po chwili z domu wychodzi Oksiński, podchodzi do bramy, otwiera i zaprasza do środka. Jest świetnym dyskutantem i ma niezmierzoną wiedzę. Opowiada na przykład, że w niektórych szkołach społecznych w Gdańsku, w podstawówkach od klas I – IV, a nawet w przedszkolach, szachy są przedmiotem obowiązkowym. Zresztą nie tylko szachy. Różne inne dyscypliny też i zajęcia, o których istnieniu zapomnieliśmy, na przykład zetpete.

Co nowego w kwaterze? Może najpierw co nowego przy niej. Nowa droga z płyt jumbo Jezierce – Kleszczewo. A na terenie kwatery altana i duża sala na ponad 40 osób w nowym budynku na spotkania ogólnie mówiąc scalające. Na klientów nie można narzekać. Teraz też, na dwa tygodnie przed Janem. Klienci są dzięki informacji o kwaterze na TUI (www.tui-ferienhaus.de) – ogólnoeuropejskim branżowym portalu informacyjnym. Zasada jest prosta. TUI informuje i koordynuje. Ściąga klientów na przykład z Niemiec, podstawia autokar, którym są dowożeni do kilku stosunkowo blisko leżących obok siebie kwater agroturystycznych. I tam ich zostawia, i przez tydzień ich nie obchodzą. Tacy klienci, od piątku do piątku, dla kwatery są najlepsi. Teraz najwięcej Niemców, gdyż oni w czerwcu już mają kanikułę, nie jak w Polsce, gdzie sezon urlopowy zaczyna się w lipcu. Więc przyjeżdżają, ale byłoby lepiej – zauważa Oksiński – gdyby w TUI znalazły się jeszcze tutejsze kwatery. Wówczas tych przyjazdów do nas byłoby więcej, może nawet tyle, ile na Kaszubach. Oczywiście okoliczne kwatery to konkurencja, ale w dzisiejszych trudnych czasach robotą trzeba się dzielić nawet z przeciwnikiem. Niemcy to dobrzy klienci. Mówią krótko, że chcą całą górę, interesuje ich tylko określona kwota plus za media i to wszystko. Co musi być? Koszykówka, siatkówka, badminton, ringo – polska gra, gdyby dzisiaj ją ktoś wymyślił, byłaby hitem – halma – wie pan co to jest? (dr Google: gra planszowa wymyślona w 1883 lub 1884 r. przez Amerykanina George'a Howarda Monksa, rozgrywana jest na kwadratowej szachownicy złożonej z 256 pól – 16x16).







Idziemy przez zielony teren kwatery. W wielkiej altanie, a właściwie gawrze grupka ludzi siedzi przy kiełbaskach wyciągniętych z grillo-wędzarni model King. Urządzenie jest tak pojemne, że Oksiński robi w nim na raz 20 szynek – koniecznie podkreślić – według starych receptur. I zgaduj zgadula. Co to jest: wieża z ramek, leżących płasko jedna nad drugą, wyglądających jak ramki dla pszczół. Okazuje się – suszarnia do grzybów. A obok kawałek muru z butelek. Całą taką ścianę budynku wybudował ktoś w Osieku. Z nowości jeszcze kociołek po węgiersku – zawieszony na metalowym stelażu 28-litrowy zbiornik. Pod nim drewno do palenia. Dla mnie interesujący jest zamontowany na stelażu kołowrotek, którym można obniżać lub podwyższać gar w zależności od siły ognia, urządzenie zamontowane przez Oksińskiego. Gdy pytam o patent, macha ręką. Kociołek po węgiersku, bo przywędrował tutaj z Węgier. Mało wiemy o naszej historii, a co dopiero o historii innych nacji. I na przykład o tym, że Węgrzy byli pasterzami i wozili ze sobą tylko garnek, a za stelaż służyły im trzy kije. Co jeszcze. Boule. I siłowania wśród iglaków. W takim miejscu siłowni jeszcze nie widziałem.


Na jumbo jak w atelier

Droga z jumbo do Jezierc to jesienna inwestycja. Trzeba ją teraz poprawić, dać odwodnienie, gdyż inaczej jumbo będą się rozchodzić na boki. Ale jedzie się dobrze. Trzeba koniecznie zrobić zdjęcia, tylko że znowu nie ma ludzi. Przed Jeziercami stoją domy. W jednym z nich mieszka Ania – grafik komputerowy. Zatrzymuję auto. Ania na szczęście jest w domu, Krótko wyjaśniam, że potrzebuję jakieś dzieci idące po drodze z jumbo. Po chwili stoją na jumbo jak w atelier u fotografa. Wyjaśniam, że ma ma być naturalnie, w ruch, że ma być akcja, mają iść. I idą. Flesz.


Tadeusz Majewski


 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!