www.mamboteam.com
 
STRONA GŁÓWNA
niedziela, 15 grudzień 2019
 
 
Podolaków z Tarnopolskiego przyjechało wielu. Do Lipiej Góry, Kleszczewa, Semlina, Jezierc i Krę Drukuj E-mail
czwartek, 18 sierpień 2016

Piotr Hływa (82) i Marta (79) mieszkają w Lipiej Górze. Gdzie to jest? Przy trasie Zblewo - Skarszewy, kilka kilometrów za Kleszczewem. Tu uwaga - nie przy samej drodze, a przy żużlówce.
Odwiedzamy Piotra Hływę w Lipiej Górze, gdyż niedawno po 43 latach zrezygnował z urzędu sołtysa. W wieku 82 lat.

 



Rozmawiamy z Piotrem Hływą w kuchni. Po chwili wchodzi Marta Hływa i pyta: - A co się tutaj spisuje?

- W gazecie będziem - mówi Piotr.

"Ogniem i mieczem"

Orzechowiec, powiat Skalat, województwo tarnopolskie - to miejsce, gdzie przed wojną mieszkali Marta i Piotr. Jako dzieci mieszkali w chałupach niedaleko siebie, jako dorośli - już ze sobą. Wieś różniła się od tutejszych, pomorskich. Domy byty z gliny. Konkretnie - jak wyjaśnia Hływa - ściany budowało się z żerdzi, a te żerdzie przeplatało się słomianym wałkiem, umaczanym w błocie ukraińskiej ziemi. A ziemia ukraińska była czarna, urodzajna i na słomie kamieniała. Taka była. Później tę ścianę z obu stron kleili gliną i bielili. I w takim domu było całkiem ciepło. Ale kościół w Orzechowcu był ceglany. Powstawał 10 lat, a Piotr Hływa cegły nosił. We wsi trzy czwarte to byli Ukraińcy, reszta - Polacy. Polacy i Ukraińcy w zgodzie żyli, śluby ze sobą brali, ba, podobnie jak Piotr Hywa, czytali „Ogniem i mieczem", i nienawiści nie było. Pokazała się, jak Niemcy weszli i obiecali Ukraińcom państwo. Naszczuli jednych na drugich. W 1939 roku, przed wybuchem wojny, Piotr i Marta wzięli ślub. Ona okres okupacji cicho przeczekała w Orzechowcu, on, w latach 1935-37 ułan 9 Pułku Ułanów Małopolskich, po różnych przejściach trafił do wschodniego wojska polskiego.

Podróż na zachód

W 1945 roku ludzie różnie wędrowali na zachód. Marta z 10-miesięcznym dzieciakiem na ręku, towarowym pociągiem przez 3 tygodnie do Kościerzyny. Piotr wyruszył wcześniej z l Armią LWP bić Niemca. Szedł przez Warszawę, Kołobrzeg i dotarł aż do Elby. W stopniu plutonowego. Zostawili za sobą wieś częściowo spaloną przez ruską katiuszę. Bo jak ruska katiusza zagrała nad Orzechowcem, to iskierki od niej poleciały i 72 numery poszły z dymem. "Ruska katiusza, niemiecka waniusza" - tak tańcowali.

- Na zachód żona przyjechała w przódzi - opowiada Piotr. - Do Kościerzyny, siedziby powiatu. Skierowali ją do Jaroszew. Ale tam domy były bez okien, to wójt powiedział, żeby do Lipiej Góry.

Czy się podobało? Musiało się podobać. Wioska była jeszcze z Niemcami. Marta z dzieckiem zamieszkała w niewielkim domu, gdzie mieszkały dwie niemieckie rodziny. Ciasno było. W osobnych pomieszczeniach ona z dzieckiem, Rózia Orzechowska i Stanisław Oszust (synowie potem nazwisko pozmieniali). Po sześciu miesiącach Niemcy odjechali - w zgodzie, jak należy. Marta nie wzięła ze wschodu przynależnej jej krowy. Dawali krowę, jak ktoś miał dziecko, ale ona zrezygnowała na rzecz siostry, bo gdzieżby jechać w taką podróż z krową, a bez chłopa. Za mlekiem chodziła po wagonach. Jak Niemcy pojechali z Lipiej Góry, w domu nie było nic, w stodole nic - ani mebli, ani sprzętu, nic, a nic.

Sprała go

Po pokonaniu Niemca, Piotr Hływa trafił transportem do Tarnowskich Gór. Potem do Bytomia. Tam mu jakaś kobieta („tam już nasze ludzie byli") powiedziała, gdzie mieszka Marta. Pojechał pociągiem, dotarł do Piesienicy, wysiadł, poszedł do Lipiej Góry. To było przed Świętami Bożego Narodzenia. Marta nie wiedziała, że on tak idzie. Co pierwsze zrobiła, jak go zobaczyła?

- Sprałam go - odpowiada.

Sprała mu bieliznę.



Pierwsze lata w Lipiej Górze

Były trudne. Napływowych, Podolaków z Tarnopolskiego przyjechało więcej. Nie tylko do Lipiej Góry. Byli i są w Kleszczewie, Semlinie, Kręgu. Oprócz Niemców mieszkali tutaj i Polacy, ale cmentarzyk był ewangelicki. Dziś jest zarośnięty krzakami.

- Prądu nie było, koni, krów też. To zabawnie wyglądało - wspomina Marta. - Ciężki dołownik, taki do robienia dołków pod ziemniaki, Piotr ciągnął jak koń, Stanisław Oszust pchał.

Ziemia tu średnia. Urodziła się druga córeczka. Sąsiadka dawała pół litra mleka. Zmieniło się na lepsze, gdy powiat dawał konie i krowy. Właściwie to nie powiat dał, a UNRA z Ameryki, ale to powiatowi trzeba było spłacać. Potem były nawet zabawy, na gromadzkim polu. Marta z kuchni sprzedawała. W każdym razie nie było tak za smutno. Trochę przykro, że tutejsi nie znali historii i geografii.

- Oni nie wiedziały, gdzie Lwów, a my wiedziały, gdzie korytarz.

Ale w sumie nie było smutno, może i dlatego, że więcej ich stamtąd tu mieszkało.


Z Piotra sołtys

W 1954 roku Piotr Hływa został sołtysem. I potem już sołtysował aż do 31 stycznia tego roku (1998 r.- przyp. T.M.). W tym roku poczuł, że na tę funkcję już ma dość lat.

- Czas sołtysowania to kilka epok - wyszczególnia Hływa. - Na początku szarwarki były - roboty obowiązkowe, na przykład szykowanie drogi. Obowiązkowe dostawy - zboże, mleko, ziemniaki. Każdy miał nakaz i musiał oddać.

Organizacja tego wszystkiego należała do sołtysa. Potem była epoka kontraktacji. Trzeba było kontraktować len, zboże, kartofle. Do tego zbierać podatki, organizować w domu zebrania sołeckie. Potem nastała epoka kartek. Trzeba było kartki pobierać i rozdzielać poszczególnym gospodarzom: na wódkę, na papierosy, na mięso, na masło, na cukier. Pieszo, rowerem... Niby żyło się w Lipiej Górze najlepiej w latach 70., ale prawda, że to w ostatnich latach drogę z żużla zrobili, że założono wodociąg, a od zeszłego roku telefony...

Kto pamiętał, kto nie

Kiedy Piotr Hływa przestał być sołtysem, to gmina pamiętała. Dostał kwiaty, pióro wieczne, długopis i... “Ogniem i mieczem".
Gmina pamiętała, ale rząd nie pamiętał. To znaczy, wysokie odznaczenia dał, ale renty wojennej nie. A przecież Piotr Hływa był ranny pod Kołobrzegiem.

Dziwna jest ta Lipia Góra

Kontrastujące z sobą domostwa, jedne nawet upadłe. Pozostałości po kamiennych fundamentach, jezioro, łąki, wierzby. Popegeerowski smutek. Wielu młodych odeszło, a starzy poumierali. Historia zakręciła się tutaj, że hej! Podobnie, jak zakręciła Hływami, którzy przyjechali kiedyś z daleka i już nie tęsknią, bo „co tam starym ludziom tęsknić - mówi Marta. -„Polaki musiały wyjechać i już".

Tadeusz MAJEWSKI. Gazeta Kociewska 1998 r.

 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!