www.mamboteam.com
 
STRONA GŁÓWNA
piątek, 18 październik 2019
 
 
DAWID KURSZEWSKI. W biegach warto również startować dla samej atmosfery Drukuj E-mail
sobota, 27 wrzesień 2014


Festiwal Biegowy w Krynicy Zdrój – 5-7 września 2014. O tej imprezie słyszałem już rok wcześniej, a dokładniej za sprawą trasy biegu Życiowej Dziesiątki, najlepszej do ‘wykręcania życiówek’ w Polsce. I to tyle, nic poza tym nie wiedziałem...

Jednak podczas Biegu św. Dominika, rozgrywanego podczas Jarmarku św. Dominika w Gdańsku, moi koledzy z klubu wpadli na pomysł wzięcia udziału w tegorocznej edycji tego wydarzenia. Ja, wtedy ciężko pracując na budowie, musiałem treningi odstawić na dalszy plan, więc niezbyt byłem chętny na wypad na drugi koniec Polski dla samego udziału w biegu bez nastawienia na chociażby poniżej 36 minut na 10 kilometrów. Jednak podczas spotkania z trenerem ten przypomniał mi, że w biegach warto również startować dla samej atmosfery, poczucia tej adrenaliny, jaka się wydziela, gdy po strzale startera setki, a nawet tysiące biegaczy ruszają na żywioł. Oczywiście, zawsze to czuję, jednak przyzwyczajony już jestem, że start to walka, w której dobre miejsce jest owocem długich, ciężkich treningów.  Ale tym razem postanowiłem wystartować tam bez nastawiania się na ‘mocne bieganie’. Pobiegnę co mogę, trener zawiedziony nie będzie, bo o mojej przerwie w treningach wie i sam mi ją zasugerował, bym się nie zajechał ciężko pracując, a po pracy jeszcze ciężej trenując. Tak że nie miałem nic do stracenia – zdecydowałem się na wyjazd. Oczywiście po decyzji trochę pobiegałem, by pozostać w jakimś ruchu.

Pierwsze wrażenie

Po przyjeździe do Krynicy i zakwaterowaniu się w pensjonacie wyruszyliśmy na rozruch w kierunku centrum Krynicy, gdzie siedzibę miało biuro zawodów. Po dobiegnięciu na miejsce nie mogłem nacieszyć oczu widokiem takiej imprezy. Setki biegaczy wokół mnie, obok, przy linii mety kolejne osoby, uśmiechnięte, lecz zmęczone osoby kończące jeden z (!) 21 biegów, które miały miejsce w ciągu zaledwie 3 dni i obejmowały biegi od 100 metrów dla zaledwie kilkuletnich dzieciaków, po 100-kilometrowy wyścig po górach dla ultrasów, gdyż tak nazywani są biegacze startujący na dystansach dłuższych niż maraton, czyli 42,195 km.

Ale wróćmy do zawodów. Pełno stoisk z posiłkami dla biegaczy, jak i towarzyszących im kibiców, ciągłe występy na scenie uzdolnionych miejscowych śpiewaków, jak i większych gwiazd (my trafiliśmy na zespół Brathanki).

W biurze zawodów, które kilka dni wcześniej było miejscem Forum Ekonomicznego w Polsce , odebraliśmy pakiety i wróciliśmy do hotelu na odpoczynek. Jutro mieliśmy startować na dystansie 10 kilometrów, ze startem w Krynicy, a metą na rynku w Muszynie.

No to start!

O 8:30 pobudka, śniadanie ładujące nasze baterie na maksa, by o 12:00 dać z siebie 110% na trasie. Adrenalina i przedstartowy stres udzielił się mnie i moim kolegom z klubu, m.in. dwóm mieszkańcom Kleszczewa Kościerskiego – braciom Dawidowi oraz Robertowi Burczykom. Obaj w gazie, nastawieni na rekordy życiowe. Naszym kierowcą był pan Wiesław Sosnowski, prezes Kociewskiego Klubu Biegacza, do którego należę od lipca 2011 roku, również biegacz,  legitymujący się najmocniejszym wynikiem na dystansie 10km z naszej czwórki.

Podekscytowani zawodami wychodzimy z pensjonatu i ruszamy po pamiątkowej fotce przed rozgrzewką w kierunku miejscu startu. Już na rozgrzewce dostrzec możemy wiele osób ze ścisłej polskiej elity biegaczy, jak i wiele osób zza granicy. Mowa m.in. o Ukraińcach oraz tych najmocniejszych, czyli Kenijczykach. ‘Oni biegają między sobą’, wspólnie z chłopakami żartujemy.

 


Start zaplanowany na 12:00 został opóźniony o 12 minut z powodu finiszującego na dystansie 100 kilometrów biegacza. Zajęło mu to 9 godzin i 9 minut. Przez kilka minut nie mogłem w to uwierzyć. Pierwsza rzecz to biec przez 100 kilometrów po górach, druga to zrobić to w takim czasie. Nagle hałas, wrzawa, wszyscy biją brawo – to na metę wpada zwycięzca tego biegu – Marcin Świerc. I następuje cudowna rzecz – Marcin przechodzi przez nas wszystkich, czekających na start. I nie ma mowy o popędzaniu go, robieniu wyrzutów z powodu przesuniętego startu. Wręcz przeciwnie! Każdy go poklepuje, przybija piątkę, gratuluje lub jeśli stoi się dalej, to nieustająco bije brawo. Piękna rzecz, to w tym sporcie jest cudowne. Nie ma mowy o złości, wrogości. Każdy jest kolegą/koleżanką. Przybijamy sobie piątkę z otaczającymi mnie i Dawida Burczyka osobami i życząc sobie powodzenia ruszamy.

Bieg

Bieg minął mi szybciej niż bym się spodziewał, nie zwracałem szczególnej uwagi na czas. Bardziej cieszyłem się z radości biegu i setek ludzi dopingujących nas na trasie. Cudowna sprawa, to naprawdę dodaje sił. Wbiegam na metę. Zmęczony, ale zadowolony, bowiem przed startem myślałem jedynie o połamaniu 40 minut, a na mecie zatrzymałem zegarek na 38:42. Niby bieganie z niczego, a najgorzej nie było. Dało mi to 128. miejsce na aż 1774 osoby, które ukończyły bieg. Na mecie spotykam kolegów, każdy zadowolony z rezultatu prócz Dawida, któremu niewiele zabrakło do życiówki. Jednak nie martwi się tym, deklaruje powrót za rok.

Najcenniejsza pamiątka po zawodach

W tłumie zmęczonych, ale szczęśliwych biegaczy wokół mety zauważam Roberta Korzeniowskiego – naszego kilkukrotnego mistrza olimpijskiego w chodzie sportowym. Nie zwlekając pożyczam długopis od wolontariuszy i biegnę do Roberta po autograf. Po drodze spotykam Artura Kozłowskiego – mistrza Polski w biegu na 10km, który w tym biegu był od razu za dwójką Kenijczyków biegnących razem od początku do końca (pierwszy z Kenijczyków pierwszy kilometr pokonał w szokującym czasie 2:27!).

Pełen radości z autografów Artura i Roberta wracam do kolegów. Ale zauważam poruszający się tłum, a w jego środku Yared Shegumo – nasz srebrny medalista Mistrzostw Europy w Biegu Maratońskim z Zurychu. Przebijam się przez tłum i również Yared podpisuje się na moim numerze startowym. Od tego dnia jest to moja jak i Roberta i Dawida najcenniejsza pamiątka po zawodach.

Rodzinna atmosfera

Po chwili odpoczynku ruszamy do pobliskiej stołówki, gdzie czeka na nas posiłek regeneracyjny. A w niej prawdziwie rodzinna atmosfera – kompletnie nieznający się biegacze rozmawiają ze sobą, komentują bieg, zachwycają się otoczeniem trasy, zupełnie jakby znali się od lat! Zapraszają w swoje okolice na biegi, żegnają się, by po chwili kolejna osoba podeszła i nawiązała kontakt. To według mnie najcudowniejsza rzecz na biegach – brak jakichkolwiek barier między ludźmi. Ze spokojem możesz podejść do kogokolwiek i zacząć z nim rozmawiać jak z dobrym znajomym i masz pewność, że ta osoba nie odwróci się od ciebie plecami. To właśnie ta więź między biegaczami sprawia, że uwielbiam brać udział w takich imprezach masowych. Nie ma wśród osób lepszych lub gorszych. Na mecie wszyscy jesteśmy tacy sami – szczęśliwi i naładowani endorfinami.

Po posiłku wskakujemy w autokar odwożący nas do Krynicy. W drodze oczywiście rozmawiamy z kolejnymi osobami, które dopiero co poznaliśmy. Chciałbym tu jeszcze raz pogratulować Robertowi, któremu udało się nabiegać 34:58 ustanawiając nowy rekord życiowy oraz Wiesławowi Sosnowskiemu, który pobiegł w czasie 32:45 i jednocześnie został mistrzem Polski w kategorii Masters 40-44 lat na dystansie 10 kilometrów. Wielkie gratulacje również dla Dawida Burczyka, który pomimo nastawienia na rekord życiowy, uzyskał wynik 38:08.

Wybierzemy się za rok!

Po powrocie, regenerującym prysznicu i szybkiej krioterapii wracamy do miasteczka biegaczy, by dopingować kolejne osoby mierzące się z kolejnymi dystansami. Z Krynicy wracamy zmęczeni, ale zadowoleni i szczęśliwi, że mogliśmy wziąć udział w imprezie, w której wzięło łącznie udział ponad 7000 osób! Z pewnością wybierzemy się tam za rok, by poprawić swoje rezultaty oraz poczuć jeszcze raz te fenomenalna atmosferę.

Dawid Kurszewski



 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!