www.mamboteam.com
 
STRONA GŁÓWNA
niedziela, 23 luty 2020
 
 
Agnieszka Osowska - stuletnia Kociewianka z Gdyni Drukuj E-mail
niedziela, 05 październik 2014


Gdynia, to bardzo młode miasto, które z rybackiej wsi przekształciło się w prężny ośrodek miejski. Jego port w latach międzywojennych był prawdziwym oknem na świat. Tu osiedlali się przybysze z całej Polski, ale najwięcej z pomorskich wsi i miasteczek. Budujące się miasto potrzebowało rąk do pracy w każdej dziedzinie. Zamieszkało tu również małżeństwo z Kociewia. On pochodzący z Borzechowa, ona z Białachowa. A było tak...

Agnieszka Kurszewska urodziła się dnia 17 września 1914 roku w Białachowie w domu państwa Strzelków, który stoi do dziś w sąsiedztwie przydrożnej kapliczki. Rodzicami byli Jan Osowski i Franciszka z Dywelskich. To za ich sprawą i Bożą pomocą przyszło na świat jedenaścioro dzieci. Oto ich imiona: Franciszek, August, Józef, Bernard, Edmund, Zofia, Helena, Marianna, Agnieszka, Łucja i Leokadia.

Ochrzczona została w Zblewie, tam przyjęła I Komunię Świętą, tam też ślubowała swemu mężowi miłość i wierność małżeńską. Chodziła do szkoły w Białachowie i w Radziejewie. Od czternastego roku życia pracowała w ogrodnictwie majątku Augusta Gramsa w Radziejewie. Do tej wsi Kurszewscy przeprowadzili się około 1925 roku. Po kilku latach u ogrodnika zaczęła pracować w majątkowym spichlerzu. Rozdawała fornalom karmę dla koni, a było ich sporo, bo trzynaście, a każdy miał 4 konie. Zarządcą i księgowym majątku był pan Bielecki. Spichrzowym natomiast pan Leida. Nikt nie narzekał na warunki pracy – to były zwykłe rolnicze zajęcia. Właściciel płacił uczciwie i regularnie. Były też zabawy na majątku. Kiedy zakończyły się żniwa, robotnicy przystroili wstążkami grabie, kosy i widły. Upleciony został dożynkowy wieniec, z którym na czele korowodu ze śpiewem podążano pod pałac. Tam zostali przywitani przez właściciela i jego żonę Meitę. Na jednym z pięter spichrza urządzona została zabawa dożynkowa.

Przed wojną jak i po niej w Wirtach odbywały się zabawy taneczne do białego rana. Na jednej z nich na początku lat trzydziestych panna Agnieszka Kurszewska poznała kawalera Dionizego Osowskiego z Borzechowa, urodzonego 2 kwietnia 1911 roku. Młode serca zadrżały i zapałały do siebie szczerą miłością. Zanim powiedzieli sobie sakramentalne tak, minęło siedem lat. Dionizy pracował u bauera (gospodarza) na Żuławach. Codziennie rano musiał wydoić trzydzieści krów. Widywali się rzadko. Później była służba wojskowa w 66 pułku piechoty, gdzie w kompanii strzeleckiej pełnił funkcję sapera.



Dionizy Osowski w wojsku. Pierwszy z lewej w górnym rzędzie


Wesele Agnieszki Kurszewskiej z Dionizym Osowskim w Radziejewie. Najwyżej stoi Janek Lampkowski z żoną Gertrudą

Agnieszka i Dionizy Osowscy z córką Kazią w Borzechowie

Mówi Agnieszka Osowska: To nie było tak jak teraz, chodzą, tulą się do siebie i się rozchodzą, i już jest po miłości. Wtedy były listy, te z Żuław i z wojska. Tylko raz przyjechał do mnie na rowerze i było wszystko. Na zakończenie dodaje ze śmiechem: A na tych listach to ja pierwszą kawę ugotowałam po ślubie.

Ślub miał miejsce dnia 26 lipca 1937 roku w kościele parafialnym w Zblewie. Do domu weselnego państwa Kurszewskich w Radziejewie zjechało wielu gości. Wśród prezentów była też owca podarowana na wesele przez rządcę Bieleckiego. Przygrywała orkiestra z Bietowa, a jednym z muzykantów był niejaki Ossowski.

Oglądamy pożółkłe fotki sprzed lat, wśród nich tę, gdzie „młodzi” w otoczeniu gości weselnych pozują do zdjęcia fotografowi ze Zblewa – panu Dubielli. Na tym zdjęciu rozpoznaję Jana Lampkowskiego z Borzechowa z żoną Gertrudą. Agnieszka mówi, że Janek Lampkowski był wesołym człowiekiem (takiego i ja zapamiętałem). Gdy kończyła się zabawa w Wirtach, mawiał do kolegów i koleżanek: Słońce wschodzi. Wirty las – nasz las! Po zaślubinach Agnieszka już nie pracowała na majątku. Zamieszkali w Borzechowie w domku Piłatów. To był dom o białych ścianach kryty strzechą. Stał do lat sześćdziesiątych. Tu, w Borzechowie, w 1938 roku przyszła na świat ich pierwsza córeczka Kazimiera.

Mój teść, Bronisław Kołodziejski z Łąckiego Pieca koło Śliwic, ożenił się z Józefą Piłat z Borzechowa. Tam zaprzyjaźnił się z Dionizym Osowskim, bo ich małżonki przyjaźniły się od dawna. Kiedy wybuchła II wojna światowa, Dionizy z Bronisławem zostali przymusowo zatrudnieni w Organisation Todt – była to niemiecka instytucja kierowana przez Fritza Todta, przeznaczona do budowy obiektów wojskowych. W czasie II wojny światowej zatrudniała przymusowych robotników i inżynierów z krajów okupowanych. Bronisław Kołodziejski i Dionizy Osowski pracowali tam jako mechanicy przy naprawie sprzętu i maszyn. To było na Litwie.

Pamiętam jak mój teść powiadał, że niezastąpionym ciągnikiem na tamtych terenach był rosyjski „Staliniec” na gąsienicach. Radził sobie doskonale w grząskim terenie ciągnąc za sobą sznur samochodów. Teść opowiadał też o pladze pluskiew gnieżdżących się w barakach, które atakowały ich podczas snu. Wymyślali różne sposoby walki z nimi. Nogi od łóżek wstawiali w puszki po konserwach wypełnionych wodą, myśląc, że będą mieli spokój. To było do czasu. Żądne krwi paskudztwa i to obeszły. Po ścianach wlazły na sufit i spadały na śpiących robotników.

Kiedy zbliżał się koniec wojny, zostali przetransportowani drogą morską do Niemiec. Tam dostali się do niewoli amerykańskiej. Kiedy wojna się skończyła, namawiano ich do zamieszkania w Ameryce czy Anglii. Mój teść koniecznie chciał zostać, planował ściągnąć swoją żonę i czteroletniego syna Ryszarda. Był przewidujący – wiedział, że tu zapanuje nowa okupacja. Dionizy chciał wracać do swoich bliskich – żonki i córki Kazimiery. Tu zwyciężyła przyjaźń i razem, po prawie sześciu latach, wrócili latem 1945 roku do Borzechowa, gdzie z utęsknieniem czekali ich najbliżsi.

W krótkim czasie Osowscy i Kołodziejscy przeprowadzili się do Gdyni. Kołodziejscy zamieszkali w Orłowie, a Osowscy na Obłużu u państwa Bigotów. Mówi nasza bohaterka: Mąż chciał koniecznie pływać. Miał wszystkie papiery, a ja mu mówiłam - sześć lat na ciebie czekałam i znowu chcesz mnie zostawić? Dionizy otrzymał pracę w elektrowni cieplnej jako maszynista turbinowy, gdzie do końca swych dni pracował. Zapisał się do Spółdzielni Mieszkaniowej i 11 listopada 1961 roku zamieszkali przy ulicy Migały. Jeszcze na Obłużu urodził się syn Jerzy i kolejna córeczka – Mirosława.

Mieszkanie na Migały było wygodne, słoneczne, wymarzone. Radość nie trwa długo. Dionizy zaczął chorować. Rozpoznanie było równoznaczne z wyrokiem śmierci. Umarł dnia 25 lipca 1966, w przeddzień rocznicy ślubu w wieku 55 lat, po 27 latach małżeństwa. Agnieszka powiada: Ani razu nie szliśmy spać, byśmy byli pokłóceni.

Młoda wdowa musiała iść do pracy. Mirka chodziła jeszcze do szkoły, mieszkanie kosztowało, potrzeb wiele. Zatrudniła się w Polskich Liniach Oceanicznych. Jakby nie było dość nieszczęść, na nieuleczalną chorobę zapadła najstarsza córka Kazimiera, matka gromadki małych dzieci.

Był rok 1974. Z Akademii Medycznej w Gdańsku przewieziona została helikopterem do Katowic. Pisała o tym nawet prasa, jak to pilot w trudnych warunkach meteorologicznych przewoził młodą mamę, by ratować ją od śmierci. Niestety – śmierć jest nieubłagana. Kazia umarła na początku stycznia 1975 roku mając 37 lat. Był to wstrząs dla całej rodziny i znajomych. Osierociła sześcioro małych dzieci w różnym wieku. Najmłodsze nie chodziły jeszcze do szkoły. Babci Agnieszce serce się krajało, bo trudno pogodzić się ze śmiercią własnej córki. Nie załamała jednak rąk, tylko pomagała jak mogła osieroconym wnuczętom. Realnie patrzyła na świat i walczyła z przeciwnościami losu. W tym wszystkim pomagało jej niezwykłe poczucie humoru. Gdzie trzeba płakać to płakała, a gdzie można było się śmiać, to się śmiała. Nawet słowa starej piosenki mówią, że śmiech to skarb – zapamiętaj sobie to.

Syn Jerzyk pływał w „Dalmorze” na statkach rybackich poławiających owoce mórz i oceanów wspomagając rodzinę. Życie toczyło się dalej. Mirka poznała sympatycznego żołnierza Marynarki Wojennej i niebawem, po skończonej służbie wojskowej, związali się węzłem małżeńskim na całe życie. Na świat przyszły dzieci - Tomasz, Adaś i Marcin - kolejni wnukowie babci Agnieszki. Mieszkała z nimi ciesząc się ich radościami i smutkami. Gotowała, sprzątała, prały. Pracy była zwyczajna i nie bała się żadnego zajęcia. Kiedy Mirka z Kazikiem przyszli z pracy a dzieci ze szkoły – obiad stał na stole. Tak było do czasu, kiedy nieszczęśliwie upadła łamiąc biodro. Pogotowie, szpital i diagnoza, że tu już nic się nie da zrobić, bo mając blisko 100 lat trudno naprawić takie złamanie. Ale nie u Agnieszki Osowskiej. Lekarze się dziwili się, że karta chorobowa czysta, leków żadnych nie brała. Na przekór wszystkiemu złamanie jakoś się zrosło i nasza ciocia przy balkoniku porusza się po mieszkaniu.


Życie u Osowskich byłoby zbyt piękne, gdyby już nic złego się nie wydarzyło. W styczniu będzie dwa lata, jak zmarł Kazik - mąż Mirki, miał zaledwie 59 lat.

Agnieszka Osowska skończyła 100 lat. Na tę miłą niecodzienną uroczystość dnia 20 września 2014, która poprzedzona została mszą świętą w kościele p.w. Najświętszego Serca Pana Jezusa, zjechało się sześćdziesiąt osób chyba z całego Pomorza, bo i z Chojnic, ze Zblewa, z Tczewa, Straszyna, Mierzeszyna i innych miejscowości nie licząc Trójmiasta. W restauracji Neptun, w sąsiedztwie przedwojennego Domu Towarowego w Gdyni zaśpiewaliśmy jubilatce dwieście lat i więcej. Była pogodna, radosna i uśmiechnięta. Na pożegnanie powiedziała mi: Edzio – jestem taka szczęśliwa!

Czy my tyle lat dożyjemy? Mam poważne wątpliwości. Ludzie urodzeni w tamtych latach to zupełnie inny materiał.

Agnieszka Osowska z Kurszewskich doczekała się dwanaścioro wnucząt, dwadzieścia sześcioro prawnucząt i czworo praprawnucząt. Mimo tylu lat spędzonych w Gdyni, w mieście - nadal mówi po naszamu. Nie zatraciła mowy swych ojców. Bo gwara, to nie jest zepsuty język, to inny język.

Na co dzień pani Agnieszka Osowska jest naszą ciocią. Kiedy u Kołodziejskich urodziła się córka Danusia, obecna moja żonka, jej chrzestnymi zostali Agnieszka i Dionizy Osowscy. Moja Danka i jej brat Ryszard są chrzestnymi wnuka Agnieszki – Wojciecha. Ja z Danką byliśmy świadkami małżeństwa Mirki z Kazimierzem Mężydło. Kiedy urodził się im syn pierworodny - Tomasz, siostra Kazika - Lucyna, oraz ja trzymaliśmy go do chrztu. To czego tu jeszcze brakuje, by być rodziną? Ciociu! Żyj nam długo i szczęśliwie w nieustającym zdrowiu i dotychczasowym humorze. Dziękuję Ci za rozmowę i wspomnienia z życia na naszym Kociewiu – krainie najpiękniejszej na świecie. Dziękujemy Ci, że Jesteś z nami.


Gdańsk 20.09.2014 Edmund Zieliński

PS. Powyższy materiał jest modyfikacją tekstu zamieszczonego w mojej książce „Na ścieżkach wspomnień…”



Goście czekają na Jubilatkę


Goście Jubilatki


Goście Jubilatki


Życzenia od prawnucząt


W otoczeniu najbliższych


Praprawnuczek składa życzenia praprababci


Jubilatka z córką Mirką, bratową Terenią w otoczeniu wnucząt, prawnucząt i praprawnucząt.


Jubilatka uwieczniona na porcelanie – dar od najbliższych


Prezentom i życzeniom nie było końca


Rodzina i goście naszej Jubilatki


 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!