www.mamboteam.com
 
STRONA GŁÓWNA
środa, 12 grudzień 2018
 
 
O KSIĄŻCE I HISTORII GMINY Pierwszy i ostatni naczelnik – omówienie cz. 2 Drukuj E-mail
niedziela, 12 kwiecień 2015



W książce pojawia się przed czytelnikiem jakby rozbudowany obraz krótkiej rozmowy między panem, wójtem a plebanem, obraz gminy, której włodarz prowadzi umiejętnie dialog z przedstawicielami Partii, ale przede wszystkim serdecznie rozmawia z proboszczami, ba, bywa u nich na obiadach, gra z nimi w karty, cieszy się podczas kolacji na parafii w Borzechowie w chwili wyniesienia Karola Wojtyły na papieski tron.
Sukces odniesiony przez najmłodszego naczelnika w dziedzinie gminnej ekonomii bierze się również z jego cech charakteru – człowieka twardego, uparciucha, politycznego lisa, jak go nazywano. Do tego koniecznie dodajmy szczęście oraz wiedzę na temat, czego potrzebuje wieś, zdobytą nie zza biurka, a podczas wizyt u gospodarzy, bo to była podstawowa forma jego komunikacji społecznej z mieszkańcami gminy, a także a może przede wszystkim wcześniej wyniesioną z dzieciństwa, o której czytamy w pierwszej części książki. Spędził je na wsi kaszubskiej Puzdrowo. To tu właściwie ukształtował się naczelnik, wychowany w swoistej kaszubskiej kulturze wiejskiej, w pracowitej rodzinie wielodzietnej, uważnie obserwujący otaczającą go rzeczywistość i w niej uczestniczący. To tu od początku poznaje świat kompromisu, w którym nieraz ważniejsza jest harówka na kolanach przy wykopkach niż lekcje w szkole (umęczony klęczy jeszcze późnym wieczorem przy pacierzu). Mocno przeżywa korzystne zmiany spowodowane dziś wydawałoby się pozornie prostymi wynalazkami, na przykład pompą do wody, która zdjęła z pleców szuńdy – codzienną gehennę noszenia wielu setek litrów wody z dość odległego od zabudowań gospodarczych stawku. Poznaje z autopsji – co najistotniejsze – kulturę wsi, jej swoistą wspólnotę, obserwuje mężczyzn przy kartach, kobiety przygotowujące dom do świąt, obyczaje itp. Poznaje smak i cenę śliwek i jabłek, wartość wypieczonego w domu chleba, wyprodukowanego masła, wyplecionych przez mężczyzn kip z korzeni. Sporo tej jego wiedzy bierze się z doświadczenia, a nie z teorii. Tu liczy się dotyk, konkretna praca, coś, co można ocenić bez popełnienia błędu – zdaje się mówić Damaszk. To jest to samo, jak odbiera rzeczywistość ileś lat później dyrektor PGR-u w Miradowie, który oskarżony w donosie o złą robotę, prosi naczelnika o posmakowanie z garści... kiszonki i sam ją w ten sposób smakuje.

Polityczny spryt przydaje się Damaszkowi już od czasów młodzieńczych, gdzie – jak to w wielu powieściach z początków XX w. – dwie potężne siły walczą o przyciągnięcie młodego zdolnego w swoje szeregi – tu ogólnie mówiąc siły Kościoła i Partii. Młody Damaszk chce zostać księdzem, ale jego charakter i samo życie go od tego odwodzą.


21 Komendant Terenowego Oddziału Samoobrony podporucznik Kazimierz Laniecki składa mi meldunek


Chce odgrywać istotną rolę w życiu społecznym, ale nie za cenę sprzedania się Partii, uosabiającej system komunistyczny. W związku z tym dla uspokojenia sumienia wybiera Zjednoczone Stronnictwo Ludowe. Taki "myk" był oczywiście wyśmiewany przez opozycję (ZSL – arbuzy partii: zielone na zewnątrz, w środku czerwone), ale niekoniecznie tak go widzieli sami zainteresowani. Oni byli dumni z tego wybiegu, tak jak dumny był Damaszk załatwiający sobie legitymację ZSL-u z wcześniejszą datą.

Co jeszcze ważne, a może najważniejsze w życiu naczelnika, to wyżej wspomniane szczęście włodarza, a patrząc na rozdział o wieloletniej chorobie nerek – szczęście w nieszczęściu człowieka. Ile to razy szczęście – zrządzenie losu, przypadek, wola boża – powoduje, że coś się naczelnikowi udaje. Widzę bardzo plastycznie scenę, gdy Damaszk idzie zmęczony w przerwie sesji Gminnej Rady Narodowej coś zjeść i odpocząć do Feniksa, restauracji w budynku stojącym naprzeciw budynku Urzędu Gminy. Mija pełną salę (wtedy były pełne), wchodzi do pustej salki obok i rozmawia z siedzącym tu samotnym przejezdnym. Obaj o sobie nic nie wiedzą. Poznają się. Naczelnik i emerytowany specjalista do spraw oczyszczalni ścieków. Dochodzi do wstępnego porozumienia w sprawie budowy oczyszczalni w Zblewie. W efekcie tego przypadkowego spotkania powstaje koncepcja budowy oczyszczalni, a sama oczyszczalnia jest zbudowana pod koniec lat 90.

Szczęście w nieszczęściu – tu już piszę o rozdziale książki, który mógłby być (i chciałem żeby był) właściwie jej osobnym tomem, o historii człowieka przez długie lata chorującego na przewlekłą niewydolność nerek, trzy razy w tygodniu poddawanemu hemodializie. Na kanwie tego rozdziału można by stworzyć nie mniej ciekawy film niż "Bogowie" o Relidze i przeszczepach serca. Przez pryzmat opowieści pacjenta można by pokazać niesamowicie dramatyczny obraz rozwoju działu medycyny dotyczącego chorób nerek, dializ i przeszczepów.

Szczęście w nieszczęściu – dziwne to sformułowanie, a biorąc pod uwagę język wiary, do której bardzo często odwołuje się autor, właściwie o członach wzajemnie się wykluczających, bo na zdrowy rozum jak może być szczęście w nieszczęściu albo nieszczęście w szczęściu? Żeby zrozumieć tę sprzeczność, potrzebna jest bardzo uważna lektura tego trudnego i bardzo osobistego rozdziału. By mieć szczęście w nieszczęściu, jakiego doświadcza Bernard Damaszk, niewątpliwie trzeba niesamowicie mocno wierzyć, że wszystko skończy się dobrze, bo bez tej wiary wszelka walka traci sens. No i trzeba mieć do tego niezwykle oddaną rodzinę i serdecznych przyjaciół. I ten twardy charakter, ale tu w innym kontekście. I takim on jest, ten nasz autor, o czym zresztą świadczy trzecia część książki. Nie dość, że jest ciężko chory, że co jakiś czas balansuje na granicy życia i śmierci, to na dodatek atakują go nowi działacze, ale on absolutnie nie ma zamiaru składać broni.



Dalsi pracownicy. Od lewej na pierwszym planie Bogusław Męczykowski, Mirosława i Sławomir Birnowie, Bogumiła Miszewska



Dalsi pracownicy. Od prawej Andrzej Glaza, Renata Kaszubowska, Maria Wróbel, Barbara Gwizdała, Rita Gollus, Edeltraud Grudniewska


Nieraz w rozmowach budził w mnie irytację jako człowiek dla mnie, z drugiej strony PRL-owskiej bajki, nierozumiejący, że w 1990 roku sporo się zmieniło. Od 1989 r. byłem redaktorem naczelnym opiniotwórczych gazet, piszących m.in. o gminie Zblewo i chcąc nie chcąc opierałem się w tamtym pionierskim dla nas czasie – mówię o swojej stronie – przygodnych korespondentach, rozgrywających w swoich tekstach własną, zrozumiałą dla mnie lokalną wendetę. Dla nich to była przecież rewolucja, dla mnie też. Tak nam się wydawało.

Chciało mi się nieraz powiedzieć Damaszkowi: Wy, prominenci, i tak mieliście szczęście, że w Polsce nie było krwawego przewrotu, nie było wystrzałów i wyroków jak np. w Rumunii, nie było rozliczeń jak w Czechach, że wszystko załatwił kontrowersyjny Okrągły Stół, choć z drugiej strony, jak tak się czyta wspomnienia naczelnika, krwawego rozliczenia w gminie Zblewo nie mogło być, jeżeli istniała tutaj jakaś discopolowa forma ustrojowa, w której oczywiście najwięcej do powiedzenia miał naczelnik z racji wdrażania różnego rodzaju odgórnych partyjnych pomysłów, ale sporo mieli też do powiedzenia mieszkańcy (patrz – forma komunikacji – Damaszk - rolnicy), księża i inne środowiska. Tak naprawdę komunizmu w PRL-u w tej takiej wlaśnie Polsce nie było, a istniał, jak mawiano, siermiężny, ale za to najweselszy barak w obozie RWPG, taki cały czas Cichy Okrągły Stół, pomijając okres stalinowski i przerwy na dramaty jak ten w 1970. I jeżeli PRL była wesołym barakiem, a to dotyczy raczej wielkich miast, to na prowincji – ciągnąc to porównanie – ten wesoły barak często bawił się z cyrkiem, realizując jakiś niewykonany film Barei.



Spotkanie z pracownikami GS. Od lewej wiceprezes Klemens Janca, obok radca prawny Karol Wrzałkowski




Oddanie do użytku przystanku PKP Bytonia - Cis 19.07.1986. Pułkownik Letachowicz, przedstawiciel wojewody, przecina wstęgę


Niemniej Damaszk musiał lekko odpokutować – nie za swoją działalność, ale ogólnie za grzechy systemu, tym bardziej, że był postrzegany przez nieliczne zblewskie siły Solidarności i KO jako mocna twarz tamtej już epoki na szczeblu powiatowym i wojewódzkim. Poza tym – cóż to była za pokuta? Te kilka tekstów z podtekstami ze strachu?

I tu, w tym trudnym czasie tzw. transformacji, też wychodzi ta Damaszkowa nieustępliwość, twardy charakter i zręczność polityka. Pomimo ciężkiej choroby i ataków z różnych stron, przez wiele lat najmłodszy naczelnik PRL-u będzie wywierał wielki wpływ na życie społeczno-polityczne w gminie Zblewo. Zostaje na jakiś czas przewodniczącym Rady Gminy, tworzy pismo regionalne "Moja Ziemia", organizuje niezwykle cenne białe soboty w Zblewie. To wszystko już w czasie, w którym mógłby sobie z powodu ciężkiej choroby usiąść na ławeczce i oddać się o wiele wcześniejszemu spisywaniu wspomnień. No tak, ale nie byłoby wtedy ostatniego rozdziału, właśnie o tym czasie.

Polecam tę książkę. O pierwszym i ostatnim naczelniku. Prawdziwy i być może jedyny obraz gminnego PRL-u, chyba że gmina Zblewo była wyjątkowa w skali kraju.

Tadeusz Majewski

KSIĄŻKĘ MOŻNA NABYĆ W SKLEPIE "RADEX" W ZBLEWIE (OBOK DOMU TOWAROWEGO). 


 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!