www.mamboteam.com
 
poniedziałek, 21 październik 2019
 
 
TADEUSZ MAJEWSKI. Bobry na Kociewiu (top - 14 tys. odsłon) Drukuj E-mail
niedziela, 06 styczeń 2013
W Zjednoczonej Europie nikt jeszcze nie wie, gdzie leży Kopytkowo. W Trójmieście wiedzą nieliczni. Jednak za 3-4 lata, kiedy w Kopytkowie ruszy węzeł A-1, wszyscy będą sławić tę nazwę pomrukiem swoich bolidów. Bo z Gdańska do Kopytkowa będzie się jechało 40 minut, a nie, jak dziś, 3 godziny.
A po zjeździe z A-1 w Kopytkowie otworzy się przed nimi brama do Borów Tucholskich. Do ogromnego trójkąta, wyznaczonego przez gminne miejscowości Osiek - Osie – Osieczna. Do leśnych wsi, odwróconych jak gdyby plecami do powolnej rzeki Wdy, na przykład do Kasparusa, Suchobrzeżnicy, Zdrójna, Osowa Leśnego czy Klanin. Do rezerwatów, na przykład do Krzywego Koło. Rzut oka na mapę Pomorza wskazuje, że będzie to dla ludzi z Trójmiasta ziemia obiecana – bór dziewiczego spokoju, idealne miejsca na pachnące igliwiem siedliska.

Proces kolonizacji tych ziem przez daczmenów (ludzie budujących dacze) będzie trwał – jak to bywa w przypadku wielu ziem obiecanych - krótko. Potem zapanuje tu ludzki zgiełk. Przez ten trójkąt borów pójdą nowe szosy. Wyniosą się bieliki, odfrunie zielony dzięcioł, zwiędnie dziewanna. Tak będzie za 7 – 10 lat. Myli się jednak ten, który sądzi, że przed tą godziną „W” w owym trójkącie panuje leśna idylla. Przeciwnie. Toczy się tu bezpardonowa walka. Z premedytacją, cicho i podstępnie, kilometr po kilometrze tutejszych leśnych rolników wykańczają niewidzialne dla oka bobry. Obie armie – ludzi i bobrów – są tak pochłonięte nieustanną walką o ziemie, że zupełnie nie myślą, co ich czeka po otwarciu węzła w Kopytkowie.

Gdyby miały pismo święte

Gdyby bobry miały swoje pismo święte, pierwsze zdanie zaczynałoby się tak: „Na początku było Krzywe Koło. A potem przyszedł bobrowniczy Kazimierz Aszyk i dokonał naszej reintrodukcji”.
Znaczy to, że Aszyk sprowadził bobry do tej tutaj ziemi świętej z powrotem, a nie do zupełnie dla nich nowej krainy. Pamięć o owej ziemi świętej, o mateczniku z niewiarygodnie zapętloną rzeką Wdą (stąd nazwa Krzywe Koło), młode bobry ssały z mlekiem matki. W rezerwacie Krzywe Koło rozmnożyły się błyskawicznie. Powaliły na mnóstwo drzew, nabudowały żeremi i zobaczyły, że zrobiło się za ciasno. Część ruszyła na podbój innych domen, gdzie kiedyś, dawno, dawno temu ich pra pra prabobry też budowały tamy. I tak szły – płynęły w górę rzeki. Do wsi Wdy, pod Lubichowo (tutaj zagnieździły się nawet w rowie pod nową oczyszczalnią ścieków), i wyżej, ciągle wyżej, pod Mały Bukowiec - ulubioną wieś letniskową Prezydenta i Premiera, pod Czarne, Klaniny, Zimne Zdroje, Czarną Wodę.
Powstały o nich nawet legendy. Ludzie, choć mało kto je widział, liczą je już nie w setkach, a w dziesiątkach tysięcy.
- W samym Małym Bukowcu jest ich ze dwieście – opowiadał mi w 2002 r. sołtys tej wsi Bogdan Sarnowski.
Skąd wziął taką liczbę?
- Jeden z rolników puścił piłę motorową w tę jejich rurę (wykopany pod ziemią kanał) i zaczęły tak wylatywać, że na łące aż się zrobiło czarno. Inaczej nie da się policzyć.

Uderzenie w łąki

Ekspansja bobrów następuje w szerokim pasie rzeki Wdy. Zdobywając nowe terytoria, niszczą rolnikom łąki i ich prywatne lasy.
A skąd w borach łąki? - ktoś zapyta.
Z czasów PRL-u. Osuszano wtedy, co się dało. Znowu weźmy za przykład Mały Bukowiec. “Pod koniec Stalina” spuszczono tam Jezioro Ostrowite. Wykopano głęboki na 8 metrów rów, wsadzono weń 800-metrową rurę, po czym zasypano. Dalej wykopano z 1200-metrowy rów otwarty. I tą drogą wyższa woda z jeziora spłynęła do rzeki. Poziom wody w jeziorze opadł i zmniejszyło się ze 100 do 30 hektarów. W miejscu pojeziornej kotliny i bagien powstał kompleks łąk. Gdzie indziej robiono podobnie.
A po co w Borach Tucholskich te łąki? - zapyta dalej ktoś ciekawski.
Otóż dzięki osuszeniu i wykopaniu rowów rolnicy mogli wreszcie posiać na łakach szlachetną trawę, o pełnej wartości paszowej dla bydła. Cierpliwie tu wyjaśnijmy, że około 50 procent paszy dla bydła musi stanowić siano, a zimą głównie ono.
Bobry, chcąc jakby odbudować krainę sprzed wielkiej melioracji, zaczęły na sztucznych rowach i gdzie tylko uznały za stosowne budować tamy. Na skutek tego woda w rowach się spiętrzyła, a łąki podmokły. Proces ich degeneracji (z punktu widzenia rolnika) zaczął się z 10 lat temu. Szlachetne trawy, dotąd wysokie do metra, rosną obecnie na 30 centymetrów i są zachwaszczone przez mlecz i rzeżuchę, dobrą dla koni i kaczek, ale nie dla bydła. Rolnicy biorą siano z tych łąk, jednak koszt produkcji karmy ciągle rośnie, bo to siano trzeba uzupełniać paszą treściwą. Coraz trudniej wjechać też na te łąki sprzętem. Mokro.
Czy kogoś ta krzywda rolników interesowała? Bodajże w 2000 r. do Sarnowskiego przyjechała pani z Urzędu Wojewódzkiego i rzekła: “Panie Sarnowski, niech pan się cieszy, że łąki są zalewane, bo idziemy w naturalne środowisko. Unia stawia na ekologię, a łąki będą zatapiane, między innymi przez bobry. A pan dostanie za to odszkodowanie”.
Wówczas to zdanie Bogdana Sarnowskiego, hodowcę krów w Małym Bukowcu, bardzo wzburzyło. Tłumaczył je prosto – koniec z rolnikami, ludzie z Zachodu i z wielkich miast chcą tu podziwiać dziką przyrodę. A oni co?

Zimne Zdroje - zbliżenie

Piątek, ubiegły tydzień. Zimne Zdroje, zagroda rolnika Wiesława Wróblewskiego. Prosił o przyjazd – wykańczają go bobry. Ludzie zresztą też. Siedzimy przy stole.
- Mamy łąki, pola, lasy, 15 ha – mówi Wróblewski. - I mamy tu pełno bobrów. Wyrządzają szkody. Zalewają łąki, podkopują pola, wycinają drzewa. Zimą zjadają drewno, latem zboże. Zostawiają krajobraz jak z księżyca. Sąsiadowi ścięły dąb o średnicy 70 centymetrów. Stał 10 metrów od rzeki. To było ze 4 lata temu. Przyjechała do niego pani od odszkodowań. Ale pan Aszyk powiedział, że nie należy mu się odszkodowanie, bo z dębami już czas. I nie dostał chłop ani złotówki... Mnie też robią wielkie szkody. W ziemniakach, które trzeba opuszkować, bóbr robi syfon, jak kopie jamy, w których siedzi...

- A widział pan bobra na własne oczy?
- Nawet trzymałem. Jadę raz traktorem, kopię ziemniaki, coś piszczy. Myślałem - koło. Szarpię kierownicą wte i we wte. W wodzie stoi wędkarz i patrzy zdumiony. Schodzę z traktora i co widzę? Tuż za mną spod koła wychodzi bóbr. To na nim tak jechałem. Złapałem go kciukami za tę jego łopatę, ale mi uciekł... W tym właśnie miejscu bobry zrobiły podkop. Zasypałem, odkopały. Wpadł ojciec i złamał sobie obojczyk. Odszkodowania nie dostał... Wezwana w sprawie moich szkód pani z Gdańska na „dzień dobry” powiedziała, że zepsuli samochód i okrzyczała mnie. Jakby to była moja wina, że u nas drogi fatalne, nieutwardzone, choć jedna powiatowa. I że mostek zrobili dopiero po wielkich ambach. Musiała przyjechać ekstra. Ale na miejsce szkody już swoim samochodem nie chciała jechać. Sam ją zawiozłem. Jechała i ciągle o tych drogach. Nie chciała oszacować. Powiedziałem: „Pojedzie pani z buta, jeśli nie oszacuje!”.

- Jakie szkody miała oszacować?
- Dotyczące drzew i dziur (w taką dziurę wchodzą 3 przyczepy piasku). Na początku grudnia napisałem do Wydziału Środowiska i Rolnictwa Pomorskiego UW pismo o odszkodowanie na 0,5 mln złotych. Szkoda była dokładnie i fachowo oszacowana. Pisałem do wojewody, do pana Leppera. Od pana Leppera z ministerstwa otrzymałem odpowiedź, że sprawa jest sprawdzana. Przyszła też odpowiedź od Wojewódzkiego Konserwatora Przyrody. Znowu przyjechała ta pani. Straty oszacowano na... 2000 zł. Wczoraj wysłałem kolejne pismo roszczeniowe. Doszły szkody za 1,2 mln zł. Bobry ścięły mi kolejne brzozy papierowe. Razem 1,7 mln złotych. W grudniu ścięły przeszło 300 drzew. 31 stycznia prawie 541 sztuk. Już jest 700 sztuk... Rzucili mi 2000 zł odszkodowania. Jak psu. Myśleli, że jestem z tych, co to się z tego ucieszy i pójdzie pod sklep pić piwo. A ja do szkoły pod górkę nie miałem. Szkoła była 50 metrów stąd... Jutro piszę pismo do pana Kurskiego i premiera.

- Czytam właśnie te pisma. Widać, że szkody oszacowane fachowo... Ale właściwie to co rolnicy w tych Borach Tucholskich chcą? Nie lepiej gospodarstwo oddać i tę ziemię, piachudry, zalesić? Jeszcze by panu pieniądze przez 20 lat płacili.
- Sam zalesiłem. Nie chciałem pieniędzy z Unii. Mam 4 ha około 16-letniego lasu. Sosnę i brzozę..

- Jeszcze raz zapytam. Dlaczego uporczywie chce pan być rolnikiem? Zostałby pan rentierem... Żyłby pan z tego, że pozbył się pan gospodarstwa. Albo zrobiłby pan kwaterę agroturystyczną.
- Nie. To ojcowizna. Ziemię jak raz oszukasz, to ona ciebie oszuka dziesięć razy.

- Ale po co panu ten las?
- Nie na wycinkę. Niech sobie rośnie. Drewno przyda się do pieca na starość... Ta pani powiedziała, że tutaj są dwie pary bobrów. A tu są ich tysiące! Obtamowały i zalały cały las. Nie mój, państwowy... I cały czas budują system. Robią hierarchią: mniejsze ciągną małe kawałki drzew, większe duże. I się nie boją. Sąsiad lubi psy. Ma dwanaście. Raz bóbr przyszedł, stanął przy nich - ma 8 ton ścisku w zębach - psy się bały... Tej pani od szkód powiedziałem, żeby strużkę od bobrów ogrodzić. Strużkę, czyli ciek, szeroki na 5-6 metrów. Nigdy nie zamarza i zawsze ma 4 stopnie C – zimą, latem, obojętnie. Płynie przez moje pole. Przysłali pismo, że mam się dołożyć. Za te 2000 zł mam kupić jeszcze 800 m siatki, słupki i wkopać je na 40 cm! I napisali jeszcze, że nie można zakwestionować odszkodowania. Czyli że nie dają możliwości odwołania. Pozostaje tylko sąd. Postąpili nieuczciwie. Dla nich ważniejsze są bobry od ludzi... Z rolnika nic się nie robi. Miały być dotacje, by uratować tradycyjną wieś.

- A co to za tradycyjna wieś, Zimne Zdroje? Ile tu krów?
- Sześć.
- A konia ktoś ma?
- Jest jeden, rekreacyjny.
- A kombajn?
- Kogo stać? Ja jadę po kombajn do Huty Kalnej.
- A świetlicę macie?
- Jest od czasu do czasu.

Wizja lokalna

Idziemy obejrzeć szkody. Po drodze Wróblewski rozpoznaje tropy zwierząt. Pokazuje, gdzie strzelono sarnę, gdzie tarzał się dzik (nigdy nie tarza się tam, gdzie był kret, bo kret już wszystko wyżarł), pokazuje wyślizgane ścieżki bobrów na ostrych brzegach Wdy, dziury w ziemi i te gorsze – ukryte pod ziemią. Można w nie wpaść po pachy. Prowadzi wzdłuż rzeczki, która przez cały rok trzyma 4 stopnie. Ależ ma krystalicznie czystą wodę. Wyżej strumienia pokazuje podtopiony las. Faktycznie - obtamowany. Przychodzi tu prawie codziennie, żeby te tamy przerwać, ale bobry budują na powrót. - Krajobraz księżycowy – mówi leśny rolnik. A mi się podoba. Dziki taki. Całkiem blisko ciężko idą w górę dwa olbrzymie, jasne ptaki. Żurawie. Wróblewski zauważa, że widział, jak raz żuraw „dał się na lisa”. Pokazuje wreszcie swój las. Las? Po papierowej brzozie zostały rzędy ostro ściętych pieńków. Szkoda na pewno na znacznie więcej niż dwa tysiące. Inna sprawa, że z tym 1,7 mln zł też przesada, choć liczenie było według zasad „Monitora”. Jeżeli Wróblewski się uprze, to w sądzie może wygrać, ale czy o to tu chodzi?

Może pola namiotowe zamiast łąk

We wtorek odwiedzam Mały Bukowiec. Sołtys Sarnowski też chce mi pokazać nowe szkody. I poznać z rolnikiem, którego przy szacowaniu szkód ci z Gdańska też potraktowali per noga. Jedziemy. Gospodarza jednak nie ma. Wracając rozmawiamy o tamtej dyskusji z 2002 r. Nawiązujemy do tamtego zdania: “Panie Sarnowski, niech pan się cieszy, że łąki są zalewane, bo idziemy w naturalne środowisko...”. Dzisiaj to zdanie już do niego, hodowcy krów, przemawia. Ba, słyszał, że Unia daje za takie niszczone łąki po 800 zł za hektar. Właśnie za to, żeby nadal były niszczone przez bobry. A Wróblewskiemu pewnie by dopłacała za uprawę brzózek, żeby bobry mogły sobie je ścinać. Dokładnie jednak nie wie, jak jest.
- Rolnik dostałby pieniądze na te łąki, zrobiłby z nich jednokośne i zająłby się na przykład polem namiotowym nad Wdą, urządzeniem kwatery turystycznej albo hodowlą koni pod siodło dla turystów - mówi.
Tak, tak, tak – mruczę w duchu. - O to właśnie chodzi. Żeby ci ludzie, którzy masowo będą skręcać w Bory Tucholskie w Kopytkowie, nie zadeptali tych miejsc, a zobaczyli ślady bobrów, dzikie moczary, może jakieś inne zwierzęta, a nie stada mlecznych krów, pasących się na leśnych łąkach wymyślonych “za późnego Stalina”.
Tadeusz Majewski



Wróblewski pokazuje tamy, przez które zalany jest cała połać lasu. Robi w nich ujście dla wody, które dzień później jest już załatane przez bobry. Fot. Tadeusz Majewski



Uwaga na takie dziury. Pod ziemia wioda do nich kanały od rzeki Wdy.



Sarnowski na tamie, która powoduje podmakanie jego łąk. Tadeusz Majewski



Nie widział pan bobra? To niech pan zobaczy – mówi Sarnowski i podnosi z wody pysk martwego zwierzęcia. Po powiększeniu na monitorze wychodzi, że to nie bóbr, a wydra. Nie ma łopaty - płaskiego ogona. Fot. Tadeusz Majewski



Zawsze podziwiałem rolników w III RP, a już całkiem rolników w Borach Tucholskich, gdzie się urodzili i gdzie żyją jakby w pułapce miejsc, próbując wyrwać coś z ziemi klasy VIz (do zalesienia). Na zdjęciu jedno z rolniczych obejść koło Jeziora Niedackiego. Fot. Tadeusz Majewski


Zapisałem to kiedyś we wsi Długie. „Jeżeli Bory Tucholskie traktować jak jakiś duży park, to powinno tutaj być jak w Stanach. Kupujesz bilet na określone szlaki, spisują twoje dane i wjeżdżasz samochodem. Napotykasz parkingi, leśne chatki, w których możesz przenocować, ułożone drewno do grilla. Jedna zasada - wyjeżdżając musisz pozostawić po sobie porządek. Specjalne służby leśne, rendżersi, jeżdżą samochodami i pilnują. Pytają, gdzie jechaliście, czy wniesiona opłata, informują, że tu i tam nie wolno łowić. Tam mają takie motto: „'Opuszczając ten teren, pozostaw po sobie tylko ślady swoich stóp'.”

MAGAZYN REJSY (DZIENNIK BAŁTYCKI), KSIĄŻKA PT. "PRZEPLOTNIA"





 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!