www.mamboteam.com
 
STRONA GŁÓWNA
środa, 13 listopad 2019
 
 
JÓZEF PUKAŁA: Nikt tutaj nie przyjeżdżał i nie spisywał naszych historii Drukuj E-mail
niedziela, 04 wrzesień 2016


Z położonego na piętrze mieszkania Józefa i Stanisławy Pukałów widać szerokie, zadbane podwórze i wysokie budynki gospodarcze. A za nimi dach jeszcze wyższej stodoły Stachowiczów, innej rodziny, ale również przybyłej tu z Wołynia.

- I tak kończymy żywot, ale to nie żywot, a męka. Żona się denerwuje, że nie ma dla kogo obiadów robić, bo ja mało jem – wzdycha pan Józef.

Na chwilę zapada cisza. Myślę o wydawałoby się prozaicznej sprawie - czym jest obiad. Po chwili otwieram laptopa i wchodzę do internetu. Pokazuję reportaż o śp. Piotrze Hływie z Orzechowca, wieloletnim sołtysie Lipiej Góry. I głośno czytam:

"Orzechowiec, powiat Skałat, województwo tarnopolskie. Domy były z gliny. Ściany budowało się z żerdzi, a te żerdzie przeplatało się słomianym wałkiem, umaczanymi w błocie ukraińskiej ziemi. Ziemia ukraińska była czarna, urodzajna i na słomie kamieniała. Później tę ścianę z obu stron kleili gliną i bielili. I w takim domu było całkiem ciepło. Ale kościół w Orzechowcu był ceglany. Powstawał 10 lat, a Piotr Hływa nosił cegły. We wsi trzy czwarte to byli Ukraińcy, reszta - Polacy. Polacy i Ukraińcy żyli w zgodzie, śluby ze sobą brali, a nawet, podobnie jak Piotr Hywa, czytali 'Ogniem i mieczem', i nienawiści nie było. Pokazała się, gdy weszli Niemcy i obiecali Ukraińcom państwo. Naszczuli jednych na drugich. W 1939 roku, przed wybuchem wojny, Piotr i Marta wzięli ślub. Ona do deportacji mieszkała w Orzechowcu, on, w latach 1935-1937 ułan 9 Pułku Ułanów Małopolskich, po różnych przejściach trafił do wschodniego wojska polskiego.”


- Czy to Piotr Hływa z Orzechowca? - pokazuję panu Józefowi stare zdjęcie młodziutkiego żołnierza na koniu. Trzymam je od lat, nie mając pewności, kto na nim jest.

Józef Pukała urodził się 18 grudnia 1927 roku w Orzechowcu nad rzeką Zbrucz, to na pewno wie. I wie.

- To Hływa. Z mojej wioski. Jego ojciec był grabarzem - odpowiada bez wahania.

Czytam opis Piotra Hływa, a on potakuje za każdym zdaniem. A po tym czytaniu zaczyna uzupełniać.

- W Orzechowcu Piłsudski z Petlurą dogadywali się co do granicy. Mam mapę, mo pokazać, gdzie to jest. Mogę pokazać nawet Zburcz. We wsi mieszkało ponad tysiąc ludzi. Polacy i Ukraińcy żyli w zgodzie. Ukraińcy żenili się z Polkami, Polacy z Ukrainkami. W szkole (duża była) siedziałem w ławce z Ukraińcem Wasylem Tarasem. Dziewczęta siedziały po jednej stronie, a chłopcy po drugiej. Na, jak to mówią, majowym, na placu zabaw bawili się wszyscy, gromadziły się też wszystkie dzieci.

- Czy pana rodzice tam przybyli do Orzechowca z centralnej Polski?

- Nie, mieszkali z dziada pradziada. Dziadek Antoni miał dziewięcioro dzieci... Rodzice? Ojciec Józef, matka Katarzyna, czyli Kasia. Byłem jedynakiem. Tata krył żytnią słomą dachy, mam pracowała na majątku. Każdy tam jakoś swoją biedę pchał. Muszę ci podać do wiadomości (żart): każdy rolnik w Orzechowcu miał maszynę do młócenia. Szerokomłotna była, dwa patyki i raz - dwa, raz - dwa! – i w stodole młócił, a na dwór szedł odmachnąć. Matka pracowała na majątku 500-hektarowym Żyda Rotryngera. Sierpem cięła pszenicę, żyto, rzepak, ja szedłem za nią i zbierałem kłosy. Potem stawiano sztygi w kształcie odwróconej l litery V. Rotrynger miał 50 hektarów maku i każdy dostawał 8-9 rzędów z pół metra od siebie i pielił, dzieci też. Ja raz zarobiłem w jeden dzień 45 groszy i kupiłem sobie czapkę z białego płótna. Mak też był stawiany w sztygi, skąd go podkradano. Wieziono go do Tarnopola, do województwa. Nie wiesz dlaczego podkradano? Wiesz co to makutra? Tarło się w niej mak i dodawało do placków z mąki. Palanycia – tak to się nazywało. Tarliśmy mak i jedliśmy. Palanycia była bardzo dobra. Gdy się kto już najadł, to kładł się na łóżku i syty aż nogi zadzierał do góry.

Na majątku było 360 krów, dwie stajnie i słomiane dachy. I Rotringer żył, i wieś Orzechowiec. Wioska liczyła 190 numerów, połowa żyła z majątku. Żyd był dobry człowiek. Trzymał Orzechowiec i Czerniszówkę. Inna sprawa, że musiał utrzymywać ludzi biednych, bo tak kazał wójt. Miał bryczkę, kuczera, dwa ogiery – tak wyszkolone, że same od razu szły do bryczki ze stajni, psy cztery z tyłu. To był pan! I ruszał przykryty fajtą, zadaszeniem, żeby nie piekło słońce.

Żydów mieszkało z siedem rodzin. Oni prowadzili koszerny interes. Żyd kupował wszystko. Od kobiet pakuły, szmaty, butelki, różne odpady, co z tego... Żyd mówił: "Ja się żadnej roboty nie boję, tylko dajcie mi do tej roboty ludzi". Albo: "Panie Pukała, czy wasza pies przywiązana?". Miałem koleżankę Żydówkę. Jula Lejba. Lubiłem ją, nawet bardzo. W szkole siedziałem w ławce z Wasylem, a Jula z dziewczynkami. Mieszkała obok nas. Zawsze siedziała wieczorami na dworze. Raz, gdy latały chrabąszcze i zrobiło się już ciemno, jadła kluski i mówi do mnie: "Popatrz, kluski mają oczy!". Jej ojciec handlował rybami. Nosił na plecach kosz, skupował od Polaków ryby i sprzedawał swoim, bo Żyd jadł tylko cielęcinę i ryby.

- Widziałem rzekę Zbrucz w internecie. Duża rzeka, wijąca się w głębokim korycie. A ryba jaka w Zbruczu była?

- Jaka tylko istnieje. Wędkowałem. Robiłem też z wikliny żaki. Rąbaliśmy lód i łapałem, żeby zimę przeżyć. A szczupaki były takie [pan Józef pokazuje od czubków palców do bicepsa]. Brałem cetnarową kipę, kosz upleciony z wikliny i z tym koszem pływałem na stojąco w Zbruczu, a kuzyn Michał Łepecha (po latach pułkownik w Gdańsku) z brzegu kociubą (patykiem) płoszył szczupaki, bo szczupaki lubią siedzieć w wodnej trawie. I one, wystraszone, odpływały i szły do kosza. Zawsze w co trzeciej kipie wyciągałem takiego szczupaka. Czasami, gdy rybak Mikołaj Socha, nastawiał żaki, my z Michałem mu je wyciągaliśmy. Ne było zmiłuj. Pewnego razu Mikołaj podpłynął pod Wołochwasta - ruską wioskę już po drugiej stronie granicy i żaki wyciągał, a Rosjanin z nerwów nie mógł wytrzymać i zaczął strzelać. Nie chciał zabić, strzelał na postrach.

Chodziłem do szkoły, a potem uczyłem się u sąsiada za szewca. Tak długo, aż zrobiłem sobie buty.

W 1927 roku zaczęto budować kościół. Chodzili po całym województwie tarnopolskim. Zbierali na tę budowę. Kuzyn był ministrantem i też zbierał. Stefan Pukała, stryj, który umarł tu, w Jeziercach, chodził z puszką. Orzechówka należała do gminy Kaczanów, wsi leżącej 7 km od naszej wioski. To była gmina taka jak gmina Zblewo. Był wójt, w każdej wiosce sołectwo. W Kaczanówce majątek miała pani Jaruzelska. To ona w Orzechowcu w dużej mierze fundowała budowę kościoła. Nie wiem, czy to rodzina generała. Pamiętam, jak zakładali krzyż. Żydzi pokrywali dach. Jeden wycinał na dole z ocynkowanej blachy łuski, a inni na górze kładli. Gdy ludzie szli w niedzielę na spacer szosą, po tej jednej stronie stał kościół, a po drugiej cerkiew, ale nie prawosławna, a greckokatolicka. I śpiewali "Hospodyn pomyłuj"...

- Ty nic o tych sprawach nie wiesz...

- Oj, zdziwiłby się pan!

- "Wołyń we krwi". Czytam ją, przewracam kartki. Czytałem już dwa razy. To jest trudne do opisania. Tego się nie da opisać. Ja tę historię znam od podstaw... My byliśmy dwa razy w tamtych stronach. Mój kolega Władek Boska z Gdyni pojechał z wycieczkę i tam w Kaczanówce stanął przy swojej chałupie, starej ojcowiźnie, i mówi to Ukraińca: "Czy mogę sobie nabrać wody?" "A ty czego szukasz?" - zapytał Ukrainiec. - "Ja tu się urodził". Byliśmy tam ze 2 – 3 lata temu, nie, chyba już więcej lat już minęło


ROSJANIE, NIEMECY

Wujek mieszkał przy szosie od strony Zbrucza, a na rogu mieszkał najstarszy matki brat. Ruskie po wejściu w 1939 roku na wujka stodole powiesili plakat – transparent z napisem: „My prijechali odwobodit'”. I od razu zabrali 360 krów z majątku, zabrali wszystko. Krowy, bydło i Rotringera. wywieźli go na Sybir, Bóg wie zresztą gdzie. Stalin jednak nie pozwolił mordować biednych Polaków. Za Ruskich był spokój, nikt nikogo nie mordował. Gdy drugi raz wkroczyli w 1994 roku, Stalin powiedział, że będzie polska armia.

W 1941 roku do Orzechówki wleźli Niemcy. Wykopali dół i wystrzelali wszystkich Żydów. Dół był przy szosie, ale wyżej szosy, na górce. Na autostradę ciekła krew... Lejba była miłą dziewczynką.


BANDEROWCY

W Kaczanowie był spokój. Tam pilnowali Polacy mieli dyżury i trzymali wartę. W Czerniszówce, która z Orzechowcem prawie łączona była, tak jak tu Kleszczewo i Jezierce, Ukraińcy mieli swoją szajkę. Mieszkał tam banderowiec, który zamordował 62 Polaków.

Zamordowali Jana Milczka (tak go nazywali, naprawdę nazywał się Chociaj). Rrżnęli mu pasy na grzbiecie jak wieprzowi i posypywali solą aż na stojąco umarł. Zamordowali go za to, że był Polakiem. Należał do Strzelców. Przed wojną w Orzechowcu była strażnica, gdzie Piłsudski postawił 24 żołnierzy. Przyjechali z różnych stron Polski, nawet aż stąd, z Pomorza. Ich było dwóch braci. Jan, ten zamordowany, i drugi, który przyjechał tu do Jezierc, był na gospodarce, a później pojechał na Śląsk.

Po moją kuzynkę Marysię, Mańkę, po mężu Myjon, a po mamie Pukała, bo dziadek miał 9 dzieci, przyszli do domu po cichutku. W niedzielę na wieczór ją wyciągnęli. Gdzie będziesz szukał wiatru w polu. Zamordowali ją. Drutem kolczastym zakręcili. Potem mamie dali znać, że leży topielec koło młyna na stawie. Gdy ją wyłowili, to mama i ciotka poznały ją po ubraniu. Miała spódnicę uszytą z niemieckiego koca. Mojego kolegę, Wojtka Balickiego, tak tłukli, że nie można było poznać, czy miał głowę, czy krwawy kikut. To nie jest do opisania. W Orzechowcu był dekarz. Wstawiał dna we wiadra. Bandery go zamordowali i jego żonę, bo za dużo gadała o nich wieczorami. Bandery w dzień chowali się po dachach i strychach, a w nocy chodzili po domach i tłukli. Ciotkę Martę tak tłukli, że odbili nerki i umarła. Jej syn ma tu, w Jeziercach, gospodarkę. Po domach łazili, a my chowali się po dziurach i konopiach. Pewnego ranka, gdy wróciliśmy z konopi, zobaczyliśmy w domu napis nad piecem, zrobiony czarną kredą. "Macie 48 godzin, żeby wyprowadzić się do Polski, bo tu jest Ukraina".

W Czerniszówce Armia Krajowa starała się pomagać, ale to było wszystko mało, garść... Tego mordercę, co własnoręcznie zamordował 62 Polaków – nawet nazwisko pamiętam – złapali i powiesili na rynku, na bazarze w Podwołczyskach, we wsi, gdzie przed wojną była polska stacja kolejowa, 7 km od Orzechowca. Przynieśli wielki gwoźdź i wbili mu z góry w głowę. Zrobił to Czyżewski. "Uż ty..." - rzekł. ... Co ty możesz wiedzieć o tych sprawach...

- Proszę popatrzeć, panie Józefie.

Włączam IPN Notacje - Jadwiga Majewska (Huta Stepańska na Wołyniu). W tym odcinku moja mama opowiada o obronie Huty Stepańskej.

PODRÓŻ POCIĄGIEM

Stalin masowo nas stamtąd wpychał pociągami. Cztery rodziny krewnych było w naszym wagonie. Jechaliśmy z Orzechowca przez Tarnopol, Lwów. Wysłali mnie z wiadrami. Wszystko miało po 70 lat, więc tylko ja umiałem koniom wodę dać. Szedłem do lokomotywy, tam, gdzie lokomotywy wodę biorą.... Jak to się nazywa? ... Do do żurawia parowego. Ustawiłem wiadra, kołem pokręciłem, woda potężnie poszła i dwa wiadra się przewróciły. A pociąg pojechał diabeł wie gdzie. Towarowy pociąg, wagony bydlęce. Poszedłem na peron. Stoi budka kolejarza i mówię do kolejarza, co się stało, a on, że pociąg pojechał tam i tam, i że zaraz tam pojedzie pociąg osobowy. Wsadziłem jedno wiadro w drugie i na nich usiadłem w tym pociągu, z daleka, żeby wszy nie wyłaziły na podróżnych i nie gryzły. Wcześniej w piachu na krótko zakopałem koszulę, w taki sposób, żeby wystawał tylko jej, kawałek rękawa. Więc kawałek rękawa został i po nim wylazły, bo w ziemi im było zimno. Mój pociąg stał na peronie w innej miejscowości oddalonej o 100 kilometrów. Tu była polka! Szukałem wagonu towarowego, tego, którym nas wywieźli, z blaszanym kominem i po tym kominie go rozpoznałem.

Te pociągi nie jechały normalnie. Dopiero gdy był wolny tor, parowóz przehaczał i popchali nas na niemieckie tereny, z długi przerwami. Pewnego dnia jechaliśmy przez las i się zatrzymał. Widać było las, a na jego skraju opuszczony pałac. Zleźliśmy ze Stefką – kuzynką (żyje ma 90 lat) - oglądać. W jednym z pokoi stał fortepian. Mówię żartem do Stefki: "Weźmiemy do wagonu. Będę pląkał koniom". Konie były nasze i wujka. Ja miałem jednego zapisanego w mojej karcie ewakuacyjnej. To były koniaki wyszkolone przeze mnie w wagonie. Rozsuwałem drzwi i schodziły na pastwisko. Parowozu nie było czasami z tydzień. Stalin wiózł maszyny, a jemu zależało na Polaku jak na psi duszy. Parowóz jak zahaczył, jechał dotąd, aż kończył się wolny tor. Gdy już gdzieś był za duży ruch, to odstawiano wagony na tor boczny.

Z Orzechowca, Czerniszówki, z każdej wioski, która zdążyła sobie namłócić, wolno było wziąć 10 kwintali zboża na rodzinę. Krowy nie, bo pryszczyca, a zarazy przez granicę nie można przewozić. Celowo tak zrobili, żeby mięsa nie wywozić od Stalina. Jakie 6 – 7 tygodni my jechali. Wieźli nas jak bydło w bydlęcych wagonach. Dojechaliśmy do Oświęcimia. Tam nas rozładowywali, bo dalej nie było toru szerokiego. Gdy nas wyładowali, po workach wszędzie łaziły wszy.


JEZIERCE

Przyjechaliśmy do Kościerzyny. Tu miejscowości przydzielał profesor Rogoza z gimnazjum ze Lwowa. Z mojej rodziny przyjechało z Orzechowca do Jezierc dwanaście rodzin. Konie też dojechały do Kościerzyny, dwadzieścia. Naszej rodziny przyjechało 5 albo 6.

Pani Stanisława: - Ja mieszkałam pod Brześciem, blisko Czarnobyla. Niemcy nas wygnali i musieliśmy jechać. Też mieliśmy zwierzęta w wagonie. Pies wskoczył do wagonu sam. Jechaliliśmy – cztery rodziny w jednym wagonie, z nami krowy, konie, kury. My leżeliśmy z jednej strony, a zwierzęta wzdłuż nas, tak że głowami nas dotykały. Ślina ciekła na nasze twarze.

- Ja przyjechałem tutaj. W tym domu naprzeciwko nas było 19 osób (pan Józef pokazuje przez okno z kuchni). Rodzina, między innymi matki brat. Jeść nie było co. Przyjechaliśmy jesienią, bo kartofle były już wkopane. Pół lasu było moje! Wie pan co to oznacza? Nie dzikie zwierzęta, sarny i zające, a drewno na opał. Jedzenie... Tu w parku było jezioro, w którym pływały dzikie karasie. Robiłem z siatki drucianej żaki i rano jej nastawiałem, a potem przynosiłem wiadro karasi i piskorzy. Na bezrybiu to i rak ryba.

Poznaliśmy się w 1946 roku. Potańcówka była w parku. Kieraga Stanisław grał na podartym akordeonie, a my tańczyliśmy „Morowa czarna – niech żyje nam”. Najpierw szliśmy na majówkę pod krzyż, a potem do tego parku. W 1946 roku wzięliśmy kościelny ślub. Nic tu nie było, przeciekający dach. Księżyc świecił nam do łóżka. Dach zrobiłem prawie sam. Cieśla przyszedł i nauczyłem się. Czego diabeł nie zrobi, to ja zrobię. Najpierw dach. To był dom Kazulka – Niemca. Dwa razy nas tu odwiedził. Służył w polskim wojsku, dobrze po polsku rozmawiał. Budynki gospodarcze tez byŁy rozwalone. Został tylko kawałek chlewa. Mieliśmy konika, jedną krowę i 5 kur – z Semlina, gdzie mieszkaliśmy na początku. W Semlinie wesele mama żony zrobiła, wie pan, jak to po wojnie. Potem przez lata dorabialiśmy się. Żeby to tylko chlewy i inne zabudowania, ale i aplegerka - konny rozrzutnik, traktory, i dmuchowa, i kombajn, i do Rosji pchałem czasem tony kartofli, i dobrze płaciła komuna. Szyliśmy wieczorami i nocami worki na wagon.

Na początku tu nas traktowali, jakbyśmy byli Ukraińcami. Gdy zdawałem na prawo jazdy i jechaliśmy do Jezierc, to taki młody z Pinczyna (jego tata, znajomy mój, przyjaciel) mówi: "Jedziem na Ukrainę". I co tu zrobić? Kolega Czyrek, gdy mu tak mówili, Pomorzaków draszował (walił) i mówił: "Ja wam dam Ukrainiec! Nazywają mnie bosy Antek, a ja się jestem Polakiem." Ten, co go prześladował, dostał dobrze lanie, to się uspokoił. Czyryk lał i pytał: "Czy jeszcze żyjesz?" To trwało parę lat. Później razem już tuliliśmy się coraz lepiej do kupy z Pomorzakami. ... Różnie ludzie sobie życie układali. Wujko – matki brat - siedem razy do Ameryki płynął, 14 dni w jedną stronę, żeby robić Interesy. Wszystko tu zostawił, żeby zarobić, by kupić tu ziemię, pobudować się, powekować. Sołtys Antków Stefan z Orzechowca i tu był sołtysem, i umarł sołtysem... Jak człowiek popłacze...


RODZINA

Mamy siedmioro dzieci: Krystyna – mieszka w Gdańsku, Marysia – w Starogardzie, Basia – w Franku koło Kalisk, Teresa – Terenia w Kleszczewie, Bogdan – w Rokocinie, Waldek – w Jeziercach i Marek w Kleszczewie – bliźniaki.


Czerniszówka: 53 zamordowanych, nazwiska nieznane - 61 spalonych, zniszczonych zagród - 200 wypędzonych

Orzechowiec: 8 zamordowanych; 2 ustalone nazwiska - 600 wypędzonych - 120 spalonych zagród

Powiat Skałat: zamordowanych 966 - wypędzonych 32929

ŹRÓDŁO: UDOKUMENTOWANA LICZBA ZAMORDOWANYCH POLAKÓW W POWIECIE SKAŁAT
W LATACH 1939-1946 PRZEZ UKRAIŃSKICH LUDOBÓJCÓW OUN-UPA


Tadeusz Majewski
 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!