www.mamboteam.com
 
STRONA GŁÓWNA
sobota, 06 czerwiec 2020
 
 
Marta i Franciszek Czajka. W Zblewie znaleźli swoje miejsce Drukuj E-mail
środa, 01 kwiecień 2009

Są z sobą od ponad 60 lat, ale z całego okresu swojego życia najczęściej wspominają dzisiaj lata, kiedy jeszcze razem nie byli. Tak duże piętno wywarła na nich II wojna światowa i przymusowe prace na Żuławach.


Marta i Franciszek Czajka

poznali się zaś dopiero po wojnie, w niedalekim Cisie. Gospodarstwo rolne w Zblewie kupili w 1963 roku. Ziemia może nie jest najlepsza, od IV do VI klasy, ale lokalizacja idealna. Jak mówi pan Franciszek, to zadecydowało, gdyż mieli z czego wybierać. Zamieszkali w Zblewie. Nastawili się przede wszystkim na hodowlę bydła mlecznego, obecnie gospodarstwo prowadzi ich córka Maryla. Franciszek Czajka od 10 lat jest, niestety, niewidomy, ale dobrego ducha nie stracił. Całe życie gdzieś go nosiło, lubił działać, dopiero w Zblewie osiadł na stałe, na dobre. Jak oboje mówią, „przyszli na biedę, gdyż tu tylko piasek był”, lecz to ich tylko zmobilizowało. Wszystko zbudowali sami, całe gospodarstwo stworzyli od podstaw. I codziennie patrzyli, jak to wszystko spokojnie rośnie. Tak patrzy tylko prawdziwy rolnik, tego w mieście nie ma. Tej radości, gdy rano zboże jest wyższe. Rolnik to dostrzeże. U Czajków był typowy podział. Ona zajmowała się domem, on – gospodarstwem. Piszemy w czasie przeszłym, gdyż po stracie wzroku przez pana Franciszka wszystko musiało ulec zmianie. Prowadząca obecnie gospodarstwo Maryla Czajka mówi szczerze, że dla kobiety to za ciężka praca, a i pieniędzy z tego niewiele. Zastanawiają się wręcz nad sprzedażą. Mają jeszcze dom w samym centrum Zblewa, gdzie mogliby spokojnie żyć.


Od początku byli blisko…

Franciszek Czajka urodził się w 1922 roku, w Białośliwicach, pani Marta dwa lata później w Studzienicach pod Kaliskami. Z domu jest Błażejówna. Żyli tak obok siebie, nic o sobie nie wiedząc. Aż nastała wojna. Pani Marta miała dopiero 15 lat, lecz Niemcy natychmiast wysłali ją do pracy na Żuławy, na obszar podlegający Wolnemu Miastu Gdańsk. Trafiła do Dąbrowy, za Lisewem, za Wisłą, gdzie przez pięć lata pracowała na polu, po dwanaście godzin dziennie. Od 7 rano do 12, przerwa na coś w rodzaju obiadu, i dalej w pole – do 19. Bez picia, bez jedzenia. Mówi skromnie, że nie wie, jak to wytrzymała. Pięć lat bez kawałka kiełbasy. Wiosną hakowanie, potem żniwa, młócenie.

Pan Franciszek także trafił na Żuławy. Nieco dalej, za Nowy Staw, do miejscowości Brzóski. Pracował przy koniach. Nie chciał tylko podpisać tej paskudnej folkslisty, za co prawie trafił do Sztuthofu. Uratował go Niemiec, u którego pracował. Wcale nie z dobroci serca, a z własnej potrzeby. Pan Franciszek był mu potrzebny na majątku. Był doskonałym kuczerem. Jedynym. Niezastąpionym. Mimo tego wcale nie miał łatwo. Błyskawicznie wylicza, po 60 latach, wielkość porcji żywnościowych. Trzy kilogramy chleba na tydzień, 200 gram margaryny, 700 gram marmolady na miesiąc i 900 gram cukru – też na miesiąc. To musiało wystarczyć mężczyźnie, a przecież miał lepiej, niż inni Polacy. Powoził nawet „bryczką w cztery konie”. Dopiero po zakończeniu wojny wrócił do domu.


Wspomina jeszcze

wielkie naloty aliantów na 500 samolotów w 1944 roku. No i wejście Rosjan 9 marca 1945 roku.

- Teraz mówi się o jakichś masowych grobach niemieckich w Malborku, a tam nie było żadnych walk – mówi Franciszek Czajka, świadek, naoczny, zdarzeń. – Padały tylko sporadyczne strzały.

To nie są na pewno ofiary wojny, jak sugerują Niemcy. Pan Franciszek przypuszcza, że mogą być to ciała niewolników, którzy budowali twierdzę w Kętrzynie, lecz to tylko takie domysły.


Droga Franciszka Czajki

do domu była nieco zawiła. Mieli, musieli najpierw pojechać do Warszawy, lecz pod Grudziądzem udało mu się w końcu „skierować na Kociewie”. Pani Marta wróciła d domu wcześniej, już nie do Studzienic, a do Cisa, gdzie zamieszkała jej mama, po tym, jak jako wdowa drugi raz wyszła za mąż. Tam właśnie Błażejówna poznała przyszłego męża. Nie chcą mówić, czy to była miłość od pierwszego spojrzenia, choć tak na nich albo ich trafiło.

Tuż przed zakończeniem wojny pani Marta z siostra, na rowerach, odwiedziła te swoje Studzienice, chciała zobaczyć, co z ich ładnym domem. Akurat się front przetaczał przez te okolice. Taki sobie czas wybrała na wycieczkę. Połowa wioski była w ogniu… Aż do szkoły.

- Strzelanina była tak silna, że drzewa się łamały – wspomina Marta Czajka.

Nie wie dlaczego akurat wtedy tam pojechała. Tak jakby goniła ten front, a nie front ją. Musiała… Na szczęście Ruski jej krzywdy nie zrobili, ale rower od mamy zabrali.


Po wojnie szukali

swojego miejsca. Pani Marta pracowała nawet jako pielęgniarka w Kocborowie czy w sklepie w Gdańsku. Pan Franciszek pozostał przy koniach, zajęciu w tamtych czasach świetnie płatnym. Miał swoje konie, a w lasach od pracy nie można było się opędzić. Zarobek był więc godny. Jak to mówi jego żona, Franz po wojnie odbudowywał kraj. Lotnisko w Malborku, Frombork czy Krynicę Morską. Wracał więc na te Żuławy stale, lecz już bez przymusu.

W 1963 roku kupili wreszcie gospodarstwo w Zblewie, nieco ponad 16 hektarów. Sprowadzili swoje dwie krowy, dwa konie, siostra pani Marty dała gęś i mogli zaczynać się dorabiać. Po latach „objazdów” osiedli na swoim. Nawet pan Franciszek przestał szukać zajęcia za Wisłą, choć tam nieźle zarobił. Za gospodarstwo w Zblewie zapłacili gotówką, gdzieś tak ze 150 tysięcy złotych. Dużo to było pieniędzy na tamte czasy.

I tak mieszkają tam do dzisiaj. Oczywiście wybudowali wielki dom, w którym kuchnia jest większa od tych dużych pokoi w blokach miejskich, bo gdzieś trzeba było jeść samemu czy nakarmić robotników. Tych spraw pilnowała pani Marta, ona też opiekowała się rodzinną kasą. Nie chodziło wcale o brak zaufania do męża, jakoś tak się ułożyło. To ona nawet płaciła za materiały budowlane. Gospodarstwo, choć i ona pomagała, „było już męża”, a konie jego życiem. W ogóle był aktywny, sporo działał społecznie, aż zdrowie mu to uniemożliwiło.


Po 60 wspólnie

przeżytych latach, latach pracy, Marta i Franciszek Czajka pozwalają sobie na chwile leniuchowania. Lubią w dzień poleżeć i wtedy wspominają. Co ciekawe, najczęściej te najtrudniejsze chwile – choćby na Żuławach. Tego się nie da wymazać z pamięci. Lubią też opowiadać o podróżach. Pani Marta zauważa, że sporo udało im się zwiedzić. Nie siedzieli tylko na tej gospodarce. Objechali Polskę, a jako rolnicy byli chyba na najsłynniejszych dożynkach w historii Polski Ludowej – w 1968 roku, w Warszawie. Cała Polska tam była. I oni byli na Stadionie Dziesięciolecia, gdy Ryszard Siwiec się podpalił. Po 40 latach od zdarzenia nie mówią o tym już z emocjami, lecz pamiętają…

Jacek Legawski


 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!