www.mamboteam.com
 
STRONA GŁÓWNA
czwartek, 14 listopad 2019
 
 
Reportaż. Wydawało się, że w stronę „Eldorado”... Drukuj E-mail
środa, 18 maj 2016
Bytonia to właściwie takie okno wystawowe przy berlince. Sporo się tu zmienia. Ze starej wsi wychodzi jakby nowa, np. ostatnio pojawił się elegancki „Focus Pub” i obok kwatera agroturystyczna „Pod Dębami” . Niestety, całość sprawia wrażenie bałaganu, zwłaszcza teraz, gdy nie ma zieleni.











Bytonia rozciąga się wzdłuż dwóch wektorów – kanału bytońskiego (nie dało się ustalić, czy to nazwa własna) i właśnie berlinki. Zwiedzamy wieś z grupką młodzieży. Wędrujemy uliczkami, przy których stoją - czasami na przemian - bogate, nowe domostwa i bardzo stare, zaniedbane. W szkole zwiedzamy izbę regionalna. Najciekawsza w powiecie, może nie ma zbyt dobrej promocji. Z drugiej strony – młodzi się specjalnie nie interesują starociami. Wrażenie na nich robi sama szkoła – nowa, czyściutka, o ciekawej bryle. Przy berlince nowość – pub. A za nim kwatera agroturystyczna. Ponieważ są to ćwiczenia praktyczne, wchodzimy na podwórze. I już jesteśmy w środku, siedzimy przy stole.



Zwiedzamy izbę regionalną w szkole w Bytoni. W ławce od lewej: Dagmara Trojanowska, Klaudia Ciesielska, Dominika Milewska.




W szkole w Bytoni. Dzieciaki w kolejce po smaczna zupkę.

Joanna do 15 lat się nie bawiła
Joanna Urban (z domu Filipowicz, ur. w czerwcu 1924 r.), przynosi albumy i opowiada.
- Moje rodzinne gniazdo było w Krównie, gdzie rodzice, Anna i Wojciech Filipowicz, kupili 36-hektarowe gospodarstwo w 1908 roku. Tam się wychowywałam do czasu przeprowadzki do Bytoni.
- Też na gospodarstwo?
- Tak. Tu mieszkaliśmy w domu, który stał mniej więcej w miejscu, gdzie dziś stoi nowoczesny dom córki i zięcia (w którym rozmawiamy – przyp. red.). Rodzice mieli gospodarstwo drugie co do wielkości w Bytoni. Pierwsze pod względem wielkości posiadali Piotrzkowscy, ale już nikt z tej rodziny nie żyje, bo oni byli kawalerami. Czasami tak bywa, że ludzie są innego zapatrywania i nikt po nich nie zostaje.
- A gdzie się pani bawiła przed wojną?
- Nie bawiłam się. Gdy wybuchła II wojna światowa, miałam przecież 15 lat.
- No ale właśnie do 15 lat młodzież się bawi najwięcej!
- Ja nie. Byłam posłuszna rodzicom. U nas w domu młodzież do lat 15 nie była dopuszczana do zabaw... Poza tym dzieci nie mogły siedzieć w towarzystwie dorosłych, miały oddzielny pokój. Tak u nas było.
- Hmm... ciekawe. Czyli w pani rodzinie były całkiem konkretne zasady wychowawcze, można rzec – jakby włościańskie... Ale gdzieś na pewno pani chodziła, żeby się spotykać z rówieśnikami...
- Młodzi miejsce mieli se upodobane miejsce przy torach kolejowych. Spotykali się tam, gdzie były byszungi przy kolei... Tańczyli przy dźwiękach skrzypiec i mandoliny... Młodzież się bawiła inaczej, serdeczniej... Tańczyli trzeciaka (z opowieści pani Joanny wynika, że z figurami podobnymi jak w polonezie).
- A w czasie okupacji była pani tutaj?
- Tak. U moich rodziców, Filipowiczów, zbierali się ludzie na schadzki i się bawili, mimo strachu.



Z Joanną Urban rozmawia Agatka Borowiak.



Na koniu Paweł Filipowicz – brat pani Joanny. Zginął podczas II wojny światowej w Chorwacji. Z tle już nieistniejący dom Filipowiczów.



Piękna, 9-osobowa bryka, kupiona na ślub siostry pani Joanny - Anny (Jelińskiej). Zdjęcie z 1937 roku.



Miłość przyszła później
- A męża gdzie i kiedy pani poznała?
- Zygmunta Urbana znałam z sąsiedztwa, poza tym chodziliśmy do szkoły. W szkole były trzy klasy (I i II, III i IV, V i VI). Dwa odziały w jednej klasie. Jeden odział miał ciche lekcje, drugi głośne... Zygmunt Urban był ode mnie o rok starszy... Spędził 10 lat na wojnie... Było „dojczowanie” i wzięli go i mojego brata do wojska. Brat zginął. Zygmunt został wzięty do niewoli. Wrócił dopiero w 1947 roku, ale w charakterze się nie zmienił. Z powrotem byliśmy sąsiadami. Miłość przyszła później. Mieliśmy czworo dzieci. Dwóch synów i dwie córki. Nie było łatwo, bo mąż chorował, a ja byłam w niedostatku. Potem poszedł do pracy. I w ten czas żeśmy tu przyszli mieszkać, na gospodarstwo rodziców. Mąż pracował, aż najstarsza córka, Jolanta, wyszła za mąż. 15 lat temu
w Bytoni założyła sklep. Wtedy zlikwidowaliśmy gospodarstwo. Po tym, jak rozebrano starą stodołę, wybudowano nowy dom.
- Nie żal było?
- To jest nowy, piękny dom. Byłam rada, że dobrzy ludzie budują... Zięć, Bogusław, jest dobry, nie pali, nie pije, tylko kładzie pieniążki. Jestem mu wdzięczna.
- 15 lat temu w Bytoni zaczęły powstawać sklepy. Od tego czasu co i rusz rośnie tu konkurencja. Ale pani córka i zięć, widać, całkiem dobrze sobie radzą. Ile jest teraz sklepów?
- Wtedy były trzy sklepy, teraz są trzy spożywcze i dwa inne...
- Co niedawno zaskoczyło, powstał sklep ze starymi, holenderskimi meblami. No i teraz pub.
- „Focus Pub”. Córka z zięciem otworzyli go całkiem niedawno




Bogusław Blok zaprasza do obejrzenia pokoi.

Był już nawet profesor
Do mieszkania wchodzi zięć pani Joanny. Słychać, jak krząta się po przedpokoju, po chwili wchodzi do przestronnego pokoju, w którym siedzimy i rozmawiamy, przysiada się.
- No proszę, jakie zmiany w Bytoni. Nie dość, że macie państwo tu agroturystykę, to jeszcze ten „Focus Pub”. Kto to wymyśla?
- To nasz wspólny pomysł (Jolanty i Bogusława Blok – przyp. red.). Od października jest otwarty pub, od listopada - agroturystyka.
- Dziś, żeby się utrzymać na rynku, obojętnie czy w dużym mieście, czy w Bytoni, trzeba ostro walczyć...
- Nie nazywam tego walką – mówi Bogusław Blok. - Mam swój pomysł, swoje koncepcje, swoją politykę, strategię.
- No, walka, nie dosłownie. Chodzi mi o konkurencję. Taka, wie pan, walka na pomysły...
- Ja nie chcę konkurować, nie patrzę pod kątem sąsiada. Ale to prawda - bez ciekawego pomysłu człowiek nie przetrwa. Z tą agroturystyką... Budowałem dom w tym celem. Dom do pięciu pokoi dla gości. To jeszcze jest agroturystyka.
- Ale (jesteśmy już po zwiedzeniu góry, gdzie są te pokoje – wszystkie o bardzo wysokim standardzie – przyp. red.) w wielu przypadkach do całkiem porządne hoteliki. Dlaczego nie otworzył pan Hotelu „Pod Dębami”?
- Koszty agroturystyki są mniejsze.
- Na razie, z uwagi na porę otwarcia, jeszcze pan nie miał agroturystów. Ma pan w ogóle jakichś klientów?
- Na razie nie było klienta, który interesuje się agroturystyką. Są tacy: „Staje, prześpi się, jedzie dalej".
- Czyli kierowcy... Znam sporo agroturystycznych kwater, ale to mnie zaskoczyło.
- Każdy klient jest inny. Nasza kwatera jest dla klienta, który ma o stopień wyższe wymagania, niż przeważnie. Do każdego klienta podchodzę indywidualnie, wyszukuję ludzi z „wyższej półki”. Przyjechał tu nawet profesor, by pisać książkę.
- Ładna nazwa „Pod Dębami”. Tylko że te dęby stoją nie tu, a przy pubie, przy berlince. Niby bliziutko... Dobrze jednak, że w ogóle są te dęby. Inna sprawa, że przy berlince widać ostrą wycinkę drzew.
- Te dęby też mają być ścięte, ale ja będę o nie walczył. To moje drzewa.
- Wycinają drzewa, bo są stare, właściwie umierają, i grożą przejeżdżającym. Tłumaczono niedawno, że na tym odcinku zginęły przez konary trzy osoby.
- Te dęby są zdrowe. Znam się na tym. Jestem z wykształcenia rolnikiem, a mój ojciec leśnikiem.
- Jest pan rolnikiem. Nie żal panu tych czasów, o których opowiada pani Joanna? Gdy pracowało się przede wszystkim na gospodarstwie rolnym?
- Mam jeszcze jedną posesję, 10 hektarów. Sadzę tam drzewa. Jest już lasek. Tamto gospodarstwo to prywatny azyl.
- Bytonia co roku się zmienia. Ciągle coś nowego... I ma warunki. Przy berlince, przy Borach Tucholskich, blisko do Jeziora Niedackiego. Wydawało się, że Bytonia idzie w stronę „Eldorado”. Ale czasami, jak tu przejeżdżam wieczorem widzę ludzie, którzy się snują z piwem... Nic nie mam przeciwko temu trunkowi, a coś jakby się tu skończyło.
- I mnie się wydaje, że sąsiedzi jakby przystanęli. Szkoda, bo motywuje, gdy sąsiad coś robi... Gdyby każdy robił w tej Bytoni tyle, co ja, byłoby tu „Eldorado” (śmiech)
Tadeusz Majewski




W tym nowym zupełnie budynku mieści się kwatera agroturystyczna.



Zaskoczenie. Tak wygląda w środku „Focus Pub”.



Przez Bytonię przepływa kanał bytoński. Niby ciek, a wyżłobił całkiem niezłą dolinę. Może warto jakoś go turystycznie wykorzystać, np. poszerzyć, pogłębić? Może turyści mogliby dopływać stąd kajakiem do Jeziora Niedackiego?




Takich drewnianych domów (150, 200, a może i więcej lat?) Bytonia trochę jeszcze ma. To ewidentne zabytki, które powinno się uratować. Tylko kto i za co, jeżeli nie umiemy uratować nawet żuławskiej architektury pomenonickiej?

Data publikacji:

22.03.2010
 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!