www.mamboteam.com
 
STRONA GŁÓWNA
wtorek, 22 sierpień 2017
 
 
TADEUSZ MAJEWSKI „Czarnanuta”. Zaczęło się od karaoke Drukuj E-mail
poniedziałek, 18 sierpień 2014
Rok temu Justyna Czarnota wystąpiła na Festynie Kociewskim. Pięknie śpiewała „Grechutę”. Ma w głosie to coś, co budzi dreszcz. Podziwiali ją nawet menedżerowie profesjonalnych zespołów. Przez rok tu i tam ktoś mi z uznaniem mówił o rodzinnym zespole muzycznym „Czarnanuta”...

Borzechowo od strony Wirt. Po godzinie 16. Główną ulicą na wrotkach jedzie szczupła, ciemnowłosa dziewczyna. Jedzie wprost na ładną „foczkę” do „Kuriera”. Zatrzymuję auto, wychodzę z aparatem, proszę o nawrót i najazd na obiektyw. Przyjemny trzask migawki. Jest...




- A gdzie tu mieszkają państwo Czarnota? - pytam.

- To... Ja... jestem Julia Czarnota. Mieszkają o tam, w żółtym domu.

Po chwili przy stole w żółtym domu zapisuję w laptopie: Julia – I klasa gimnazjum w Borzechowie, Justyna - I klasa liceum muzyczne w Gdańsku, Ania - na drugim roku Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku Wydział Malarstwa...

Pan Mirosław przynosi kawę z espresso. Pani Irena barwnie opowiada. Oboje, jak również ich dzieci – mają ciemne (czarne?) oczy, czarne włosy, ciemną karnację. Ciekawe skąd tu przybyli, gdzie pracują, jak tu się czują.

- Jestem kierownikiem świetlicy w gimnazjum nr 2 w Starogardzie. Ukończyłam historię na UMK w Toruniu – mówi pani Irena.

- A ja mam średnie wykształcenie muzyczne po szkole muzycznej w Gdańsku – w klasie akordeonu. Jestem policjantem. Pracuję w Komendzie Powiatowej Policji w Starogardzie.

Do Borzechowa przeprowadzili się ze Starogardu 6 sierpnia 1993 roku. W Starogardzie mieszkali w budynku szkoły muzycznej, gdzie pan Mirosław przez trzy lata uczył gry na akordeonie. Tradycją szkoły było, że nauczyciele mieli pokoik urządzony z sali muzycznej. Przejściowe mieszkanko z kibelkiem.

- Dlaczego zbudowali państwo dom w Borzechowie?

- Otrzymaliśmy działkę od matki chrzestnej, pani Heleny Podolskiej, która mieszka w Borzechowie – wyjaśnia pan Mirosław.

- No i jak się tutaj mieszka?

Pani Irena jest wodzirejem nie tylko w zespole muzycznym (o czym powie później), ale i rozmowie. Opowiada chętnie i całkiem interesująco.

- Ogólnie mieszka się dobrze, ale to też zależy od okresu życia. Kiedy dzieci były małe, to był czas super - poznawałam ludzi, gdy szłam się dziećmi nad jezioro. Nie miałam nigdy problemu z wolnym czasem. A kiedy dzieci zaczęły dorastać, to już nie chciały z mamą chodzić na plażę – wiadomo, mają swoje drogi... Chodziłam z dziećmi dwa razy dziennie nad jezioro. Każdy był zdziwiony, bo ludzie na „Neptunie” myśleli, że jestem turystkę, gdyż przychodzę dwa razy dziennie na plażę z dziećmi. Tutejsi nie mieli tego w zwyczaju. Ja przeważnie szłam z szóstką - siódemką dzieci swoich i zabranych od sąsiadów. Raz się zdarzyło, że dzieci robiły albumy o Kociewiu i w świetlicy poprosiły mnie o pomoc, żeby złożyć je w całość, zredagować. W jednym z folderów patrzę na zdjęcie: pusta plaża i na plaży siedzę ja – no, typowa Kociewianka z zachodniopomorskiego (śmiech). Ktoś przypadkowo zrobił mi zdjęcie, gdy siedziałam, a dzieci się kąpały.




- Teraz już jest inaczej – dodaje mąż pani Ireny. - Mamy blisko do pracy. Z 15 kilometrów. Ale zaczyna się problem, kiedy dziecko ma jakieś zajęcia pozalekcyjne. Na przykład nasze dzieci dojeżdżają na j. angielski, do szkoły muzycznej, na zajęcia plastyczne. Jestem jedynym kierowcą w rodzinie. W mieście jest łatwiej. Wiąże się to z wydatkami na dojazd. Justyna jeździła 4 lata do szkoły muzycznej cztery razy w tygodniu – uczyła się gry na flecie poprzecznym...

- No właśnie, a gdzie jest Justyna?

- Ona teraz idzie.

Po chwili okazuje się, że Justyna idzie ze Starogardu do Borzechowa przez Radziejewo, bo tak postanowiła...

- Aha, idzie.

- Julkę dowożę na gitarę raz w tygodniu.

- A pani dlaczego nie prowadzi? Dzisiaj bez umiejętności prowadzenia auta...

- Nie zrobiłam prawa jazdy, gdyż dbam o tych wszystkich, którzy stanęliby na mojej drodze – śmieje się pani Irena. - Nie mam predyspozycji.

- A gdzie jest Ania?

- Na piętrze.

- Skąd ten talent muzyczny? Czy pani się też uczyła muzyki?

- Nie, nie mam nic wspólnego z muzyką. Ale zawsze mi się śniło, że będę śpiewać. Bardzo lubię śpiewać. Lubię kontakt z ludźmi. Zawsze rozkręcałam imprezy. Geny muzyczne ma mąż. Ja mam zdolności wodzirejskie i też śpiewam. Ale moja siostra występowała w wielu konkursach.

- Mój ojciec, Stanisław – mówi pan Mirosław - grał w starogardzkiej orkiestrze dętej Zygmunta Karbowskiego, a potem u Stanisława. A mojej mamy ojciec grał na trąbce w Beskidzie, gdzie mieszkał, w miejscowości Tenczyn.

Wracamy do wątku socjologicznego, czyli jak się mieszka w Borzechowie – etap II: gdy dzieci dorastają.

- Nie narzeka pani teraz na nudę?

- Narzekam! Lubię ludzi. Gdy ich nie ma, to mi się nudzi. Czasami zapraszam. Raz zaprosiłam Świadków Jehowy, bo chcieli porozmawiać. Warunek, nie o końcu świata. Na placki ziemniaczane jak najbardziej.

- Ale koniec świata się zbliża. Proszę popatrzeć, co z ta pogoda sie wyprawia.

- Absolutnie się nie zbliża! Nie ma takiej opcji... Bywały też u mnie na biwaku dzieci z gimnazjum. Nocowały pod namiotami. Robiłam naleśniki, mieli też swoje jedzenie.

- No a we wsi nie ma spotkań?

- Borzechowo dla mnie umiera. Gdy idę z dziećmi czy mam kogoś zaproszonego i nie chcę gotować obiadów w niedzielę, byłoby dla mnie takim fajnym rozwiązaniem jedzenie nad jeziorem w gawrze. Tymczasem dostaję informację z tej gawry: „Przygotowujemy grilla po 17”. Jest restauracja K-2, ale nie nad jeziorem. Poza tym nie każdy do mnie przyjeżdża, żeby siedzieć w restauracji. Kiedyś mi to nie przeszkadzało, teraz tak.

- Jak doszło do powstania zespołu muzycznego?

- To mój pomysł – opowiada dalej pani Irena. - Byliśmy na wczasach w Karwi. W jednym z lokali para ludzi mniej więcej w naszym wieku, czyli w takim wieku fajnym, 6 lat temu, prowadziła karaoke dla turystów. A my już wcześniej kupiliśmy sprzęt, żeby sobie pośpiewać w domu i pograć, bo mąż bardzo lubi. Powiedziałam: Mamy cały sprzęt do prowadzenia karaoke. Dlaczego nie spróbować? No i zaczęliśmy opracowywać kawałki utworów, śpiewać. Raz w Starogardzie poproszono nas o występ na jakiejś imprezie i się spodobało. Po tej imprezie były zamówienia, pierwsze wesele, następne. Jednej rodzinie obsługiwaliśmy już piąte wesele. Pod nas szukali terminu i sali do wynajęcia, żebyśmy mogli zagrać.

- A karaoke?

- Zaczęło się od karaoke, ale robiliśmy to raz w życiu.

- A gdzie jest Justyna?

- Idzie.

- Hmm, idzie (patrze na zegarek, pani Irena też – czeka na manicurzystkę). Idzie, ale kiedy pojawiła się w zespole?


- Graliśmy z mężem 4 lata, a ona dołączyła do nas w 2006 roku. Zanim zaczęła śpiewać z nami, jeździła na powiatowy konkurs piosenki angielskiej i wracała z pierwszym miejscem. Jest zapraszana na festyny – na ten Kociewski też. W zespole śpiewamy wszyscy. Ja jestem menedżerem i wodzirejem – szaleję z ludźmi, łapię z nimi kontakt. Mąż jest mózgiem od strony muzycznej. Gra na keybordzie. Justyna... ma taki głos, że gdy śpiewa, to ludziom przechodzą ciarki.

- A nazwa?

- „Czarnanuta”. Jest od początku. Mówili: „Oj ty Czarnotka”, od Czarnota. Jesteśmy nastawieni na wesela. Ludzie nas reklamują. Od czasu do czasu na występujemy na festynach, na przykład na Dzień Policjanta czy na kościelnym festynie w Borzechowie. Nie myślimy o jakiejś karierze.

- Nie myślicie państwo o karierze?! A to dlaczego? Teraz, gdy babcie z Jerzębiny ośmieszyły ten cały rozdymany przemysł piosenkarski związany z TV? Teraz jest szansa...

- My kładziemy ogromny nacisk na wykształcenie córek – wyjaśnia pan Mirosław. - Niech Justyna kształci się muzycznie, niech skończy średnią szkołę muzyczną. Ma jeszcze przed sobą 3 lata, a potem studia muzyczne lub około muzyczne. Uczy się grać na flecie poprzecznym, ale mamy plany, żeby uczyła się wokalu.



Idziemy robić zdjęcia Ani. W pokoju na górze pachnie terpentyną Dziewczyna pozuje przy swoich obrazach.

Jadę w stronę Radziejewa. Zawiedziony, gdyż nie mam zdjęcia jednej z bohaterek reportażu. Jednej i chyba najważniejszej. To tak jak filatelista zbiera znaczki, ma serię, ale bez tego najdroższego. Poboczem drogi idą dwie dziewczyny. Zatrzymuję auto, wychodzę z aparatem i na chybił trafił rozpaczliwie mówię do tej z lewej: Justyna Czarnota?



Dziewczyna jest zdumiona. Po chwili sprawa się wyjaśnia. Ustawiam je odpowiednio i mówię, żeby szły na obiektyw. Przyjemny trzask migawki. I mam. Rodzinę w komplecie, choć każde z osobna. Ależ rodzinę!

Tadeusz Majewski,

czerwiec 2012 r.





 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!