www.mamboteam.com
 
Strona główna
piątek, 24 marzec 2017
 
 
Paulina Majewska
PAULINA - BLOG PIELĘGNIARKI. "Jak pachnie piniądz" - Czas na zmiany Drukuj E-mail


Każdy dzień w domu opieki wyglądał podobnie. Rano - raport pielęgniarski, przejażdżka z wózkiem z lekami po długich korytarzach mojego oddziału. Codzienne rytuały, dopilnowanie, aż moi podopieczni połkną podane leki, potem pisanie dokumentacji.
Czytaj całość...
 
PAULINA - BLOG PIELĘGNIARKI. Gdzie szukać szczęścia? Drukuj E-mail


W dobrym domu opieki na wolne miejsce można czekać miesiącami. Rzadziej się zdarza, że rodzina weźmie babcię czy dziadka do domu rodzinnego, by tam się staruszkiem opiekować. Najczęściej pacjent zostaje w placówce aż do śmierci. Gdy ona nastąpi, rzeczy osobiste z jego pokoju są pakowane w worki i oddawane najbliższej rodzinie. Ta z kolei oddaje je często do „charity shopów”.

Czytaj całość...
 
PAULINA - BLOG PIELĘGNIARKI. Życie w luksusie. Niebieska broszura Drukuj E-mail

Życie w luksusie


Praca, dom, praca, dom. 4 – 5 długich, prawie 13-godzinnych dyżurów w tygodniu. To wszystko, aby spełnić swoje marzenie – kupić mieszkanie w Polsce. W domu w Manchesterze zyskaliśmy nowych współlokatorów.
Czytaj całość...
 
PAULINA - BLOG PIELĘGNIARKI. Wiosna 2013. Neo Drukuj E-mail
PAULINA - BLOG PIELĘGNIARKI Polskanightingale - jak pachnie piniądz [już na 1. miejscu w swojej kategorii!]

Wiosna 2013. Neo





To, gdzie będę pracować danego dnia, zależało od kierowniczki Karen. Każdy z czterech oddziałów miał swoje pielęgniarki. Na oddziale demencyjnym pierwszeństwo miała Loraine. Jeżeli akurat wypadł jej dzień wolny, mogłam zająć jej miejsce. Jeżeli akurat miała dyżur, zostawałam alokowana gdzie indziej.
Czytaj całość...
 
PAULINA - BLOG PIELĘGNIARKI [już na 1. miejscu w swojej kategorii] Barykada Drukuj E-mail

BARYKADA


- Hallloo?! Policja?! Ktoś ukradł mój samochód!! - krzyczał Andy do słuchawki telefonu. Siedział w punkcie pielęgniarskim, malutkim pomieszczeniu, gdzie trzymaliśmy dokumenty i telefony, przedzielonym szybą z korytarzem, aby można było pisać papierologię i jednocześnie obserwować korytarz. Andy wkradł się tam, gdy na moment wyszłam z punktu. Chwilę wcześniej usłyszałam krzyk i pobiegłam zobaczyć, co się dzieje do salonu.
Czytaj całość...
 
PAULINA - BLOG. Wielki mały świat [o niezwykłych zbiegach okoliczności] Drukuj E-mail
 

Wielki mały świat



W czerwcu dostałam kilka dni urlopu. Tym razem zamiast lecieć do Polski zaprosiłam rodziców do Anglii.

Rodzice przyjechali kilka dni temu. Starałam się pokazać im jak najwięcej atrakcji, chociaż sama przez natłok pracy niewiele do tej pory zwiedzałam. To ich pierwszy pobyt w Anglii.

Do zwiedzania wybrałam Chester. Wyczytałam w internecie, że to miejsce, jakie warto zobaczyć ze względu na ciekawą architekturę i bogatą, sięgającą prawie dwóch tysięcy lat historię. Miasteczko było jedną z baz armii rzymskich w Brytanii i zostało otoczone wysokim murem, który zachował się do dzisiaj i jest wielką atrakcją turystyczną. Każdy przyjezdny zaczyna swoją wycieczkę od spaceru po murze.

Czekając na autobus na stacji Picadilly w Manchesterze, który miał nas zabrać do Chester, zaczęliśmy głośno komentować w języku polskim, co się podoba, a co nie. W pewnym momencie zauważyłam, że przygląda nam się szpakowaty mężczyzna, na oko lat 60. Na chwilkę zatrzymałam wzrok na jego twarzy. Kiedy ktoś obcy przysłuchuje się w ten sposób, wygląda, jakby rozumiał nasz język. Zastanawiam się w takich momentach, czy to rodak, czy nie. Nie dziwne. W końcu nas, Polaków, jest tu bardzo wielu, podobno około miliona. Starszy pan wyczuł mój wzrok i ośmielony podszedł do nas.
- Dzień dobry państwu. Jak się macie? Wspaniały dzisiaj dzień na wycieczkę. Państwo z Polski? - zagaił po angielsku, co rodziców trochę skonsternowało. Angielski znają na tyle, żeby zrozumieć podstawowe słowa. Nigdy tego języka nie uczyli się na żywo.
- Dzień dobry. Tak, jesteśmy z Polski. Rodzice przyjechali na urlop na kilka dni - odpowiedziałam.
- Pytam, gdyż rozpoznałem język. Mój ojciec pochodził z Polski. Ale ja rozumiem jedynie kilka słów - powiedział z uśmiechem.

Pokiwałam z zaciekawieniem głową.

Starszy pan z pewnością rozwinąłby konwersację, ale w tym momencie kierowca zaczął nawoływać pasażerów do zajmowania miejsc w autobusie. Rodzice po cichu komentowali między sobą, jacy ci Anglicy są uprzejmi, że tak zagajają rozmowę i jakie to miłe. Można by ten sposób bycia przenieść do Polski.

Malownicze Chester swoją architekturą i położeniem nad rzeką Dee nasunęło nam trochę skojarzeń z naszym Toruniem, miastem, do którego często robiliśmy rodzinne wycieczki ze względu na to, że rodzice tam właśnie studiowali. Wiele osób określa Toruń jako miasto magiczne i tak samo określiłabym Chester.

Postawiliśmy sobie za cel przejście wzdłuż całego muru obronnego miasta. Zatrzymaliśmy się na wysokim blanku, z którego roztaczał się widok na park i na rzymskie pozostałości, gdzie akurat odbywała się szkolna lekcja historii. Dzieciaki, na oko dziesięcioletnie, przebrane w stroje rzymskich żołnierzy, na tle ruin amfiteatru w skupieniu słuchały wykładowcy, który demonstrował uderzenia krótkim mieczem i opowiadał im (i nie tylko im, na blanku też zebrała się grupa przechodniów – widzów) o historii Wielkiej Brytanii. Rodzice, mimo nierozumienia padających z dołu zdań, oglądali ten pokaz z zaciekawieniem. Próbowałam coś wyłapać, zrozumieć, bo wiedziałam, że zaraz będą mnie prosili o zwięzłe przetłumaczenie wykładu nauczyciela. Nagle ze skupienia wyrwał mnie znajomy głos.
- Znowu się spotykamy! Jak się podoba Chester? - Starszy, spotkany w autobusie pan, widząc znajome twarze, znowu postanowił zagaić rozmowę. - Pogoda przepiękna. Ja to sobie robię takie wypady do innych miast co dwa tygodnie, ale tak pięknie nie było już od dawna. Wyjątkowo ciepła wiosna. A gdzie dokładnie państwo mieszkacie w Polsce?
- Na północy, w Gdańsku... - zaczęłam. Chciałam powiedzieć kilka zdań o mieście i Bałtyku, gdyż zawsze lubię zachęcać innych do zwiedzania naszego kraju - przecież u nas również jest wiele do zobaczenia - ale nie zdążyłam. Mężczyzna z zadowoleniem mówił:
- Znam Gdańsk! To właśnie z tego miasta jest mój ojciec! Kiedyś, dawno temu, jeszcze za czasów komunizmu w Polsce, pojechałem go odwiedzić. Ale nic, nie przeszkadzam państwu. Życzę miłego zwiedzania.

Gestem pozdrowił rodziców, znowu zaskoczonych tak życzliwym zachowaniem obcego.

Po zwiedzaniu i obowiązkowym tradycyjnym obiedzie "fish and chips" skierowaliśmy się w kierunku stacji autobusowej.

Mieliśmy jeszcze sporo czasu do odjazdu autobusu i wracaliśmy spacerkiem. Rodzice prosili o tłumaczenie każdej nazwy własnej ulicy, placu czy budynku.

Po dotarciu na miejsce zdumieni zobaczyliśmy tego samego starszego pana! On również zamierzał pojechać tym samym autobusem co my! Tym razem, widząc że jestem zszokowana tak niezwykłym zbiegiem okoliczności, jedynie się uśmiechnął. Gdy dotarliśmy do Manchesteru, jeszcze nas na chwilę zatrzymał.
- Tak sobie przemyślałem po drodze sprawę... Może, gdy państwo wrócą do Gdańska... Może przy okazji przekażecie pozdrowienia mojemu ojcu. Mieszka przy ulicy Kartuskiej. Skontaktujemy się na Facebooku i podam dokładny adres? Na imię mam Rob. Miło było mi państwa poznać.
- Oczywiście. Kartuska to ulica, przy której mieszkałam podczas studiów. Narzeczony mieszka tam do teraz. Przy okazji możemy się skontaktować, zapewne to niedaleko – odpowiedziałam.

Wieczorem tego samego dnia odebrałam wiadomość od Roba:

"Mój ojciec nazywa się Antoni Mielec i mieszka przy ulicy Kartuskiej 78. Będę dozgonnie wdzięczny, jeżeli uda się mu przekazać pozdrowienia."

Antoni Mielec! Czytałam kilka razy nie wierząc.


***

Dwa lata wcześniej. Jesień 2011 rok. Wracam z zakupów. Przede mną dwa nocne dyżury. Muszę jeszcze przygotować posiłek na jutro. Wracając ze sklepu wyliczam sobie w myślach, co jeszcze mam do zrobienia. W planach mam również drzemkę przed pójściem do pracy, łatwiej mi jest wtedy wytrzymać 12 godzin. Gdy wchodzę do klatki schodowej, słyszę sapanie. Patrzę - sąsiad z naprzeciwka. Starszy pan, na oko 90 lat, jeszcze postawnej postury, zawsze gdy mnie spotykał, zagajał krótką rozmowę a to o pogodzie, a to o dzisiejszej młodzieży. Lubię jego pudelka. Kilka razy dziennie wyprowadza go na spacery. Zawsze cieszył się, że po sąsiedzku mieszkają tacy spokojni ludzie, że nie imprezujemy za głośno, bo przede mną i moimi współlokatorami "to takie dwa chłopaki mieszkali, co puszczali ciągle głośną muzykę". Ale teraz wyraźnie coś z nim nie tak. Drugie piętro dla niego to kawał drogi, a on na parterze trzyma się poręczy, posapuje i wcale nie idzie. Pytam, czy wszystko w porządku. Dziadek cieszy się na mój widok.

- Jak dobrze, że pani akurat przechodzi – mówi. - Dzień dobry. Weźmie mnie pani pod pachę i pociągnie trochę do góry, bo coś mi dzisiaj słabo. Muszę się położyć.

- Ok.

Biorę go "pod pachę" i ciągnę, ale nie bardzo mi to idzie. Każę mu czekać i biegnę piętro wyżej po narzeczonego. Po chwili ciągniemy go razem na to drugie piętro.

Kiedy starszy pan otwiera drzwi, opiera się o framugę i już wydaje się, że wszystko w porządku, już chcemy zawracać i wchodzić do naszego mieszkania, a tu nagle rozlega się głośne "łubudubu"! Odwracam się i patrzę z przerażeniem. Sąsiad nie zdążył nawet zamknąć drzwi, leży na podłodze z głową koło szafki na buty, sapie i charczy jeszcze głośniej, a oddechu nie pozwala mu wziąć jego piesek. Z radości, że pan wrócił do domu liże go po twarzy.
- Dzwoń po karetkę! - krzyczę do narzeczonego, a sama już robię ocenę sytuacji – oceniam, czy się uderzył głową o tę nieszczęsną szafkę i czy nigdzie nie krwawi.

- Pani jest pielęgniarką, prawda?

Starszy pan zaczyna powoli wymieniać mi swoje choroby, co chwilę posapując i ciągle mając problemy ze złapaniem oddechu. Po kilku minutach przyjeżdża ekipa ratunkowa. Przepytują, o co chodzi. Nie są zadowoleni, że muszą sąsiada znosić z drugiego piętra.
- Co państwu przyszło do głowy, żeby go ciągnąć na to drugie piętro?! - denerwuje się ratownik medyczny. Wiadomo, w stresowych sytuacjach najlepiej znaleźć kogoś winnego. Reflektuje się trochę, gdy słyszy, jak obiecuję starszemu panu, że go odwiedzę w nocy w szpitalu, bo mam tam nocny dyżur.

W pracy, po wykonaniu zleceń lekarskich i odczekaniu aż usną dzieciaki, dostaję chwilę wolnego na przerwę. Mówię koleżance z oddziału, że idę odwiedzić sąsiada na oddziale ratunkowym. Przypilnuje przydzielone mi dzieci w tym czasie.
- Podam pani numer telefonu do syna... yyy... do córki... Żeby zaopiekowała się Ritą, moim psem - sąsiad podaje numer. Za krótki. Po chwili namysłu podaje inny, również niepoprawny.

Wydaje mi się, że mężczyzna jest trochę splątany, nie do końca zorientowany w sytuacji, w której się znalazł. Dziewczyny, pielęgniarki z oddziału ratunkowego, mówią, że nie mogą się skontaktować z rodziną. Starszy pan sapie i charczy jeszcze głośniej niż wtedy, gdy dzwoniliśmy po karetkę. Pewnie musi odpocząć. Do tego trzęsie się z zimna. Zapewniam go, że wszystko będzie dobrze, dotykam jego ręki. Bardzo zimna. Jesień w tym roku jest chłodna, a on leży przykryty jednorazową, flizelinową powłoczką. Pytam pielęgniarki, czy nie mogłyby znaleźć dla niego jakiegoś dodatkowego koca. Tłumaczę im, że jestem sąsiadką. Obiecuję, że spróbuję skontaktować się z rodziną i odwiedzę go następnego dnia, bo mam kolejny dyżur.

Z rana, bezpośrednio po dyżurze zachodzę do jeszcze jednej sąsiadki, która ma namiar na córkę starszego pana. Razem już dzwonimy do niej poinformować, że jej ojciec znajduje się w szpitalu i że trzeba zabrać pieska, który utknął w jego mieszkaniu. Córka pojawiła się niezwłocznie. Dziękuje mi za szybką reakcję po upadku starszego pana. Rozmawiamy chwilkę. Mówi, że dzwoniła do szpitala i dowiedziała się, że jej ojciec został już przeniesiony na chirurgię. Zadowolona, że udało mi się dotrzymać słowa i skontaktować się z rodziną sąsiada, mogę iść spać. Wieczorem idę na kolejny dyżur.

W pracy, znów po wykonaniu zleceń, chwila na przerwę i mówię koleżankom, że przejdę się, żeby dowiedzieć się, czy wszystko już w porządku z sąsiadem, czy czegoś mu potrzeba. Witam się z pielęgniarkami z oddziału chirurgicznego, przedstawiam i wyjaśniam, o co mi chodzi. Wyglądają na zaskoczone. Po chwili wyjaśnia się dlaczego. Jedna z nich ze współczuciem mówi:
- Przykro nam, pan Antoni Mielec zmarł dzisiaj wieczorem.

PRZEJDŹ DO BLOGA


 
PAULINA - BLOG. Opowiem Wam tutaj, jak wyglądały moje początki w Anglii -1 Drukuj E-mail

Czy wyjazd do pracy za granicę jest pójściem na łatwiznę? Pamiętam piękne słowa mojego dziadka, że jako młoda osoba powinnam budować Swoją Ojczyznę w Swoim Kraju, aby zmieniała się na lepsze. Ale młodego człowieka zawsze kusi możliwość podróży, poznawania nowych ludzi, a w końcu sprawdzenia swoich własnych możliwości.
Opowiem Wam tutaj, jak wyglądały moje początki w Anglii, a także dylematy, z jakimi się zmagałam do momentu, w którym jestem teraz.


Lato 2012. Siedzę w busie z Warszawy do Gdańska. Jakieś dwie godziny temu miałam rozmowę kwalifikacyjną i teraz biję się z myślami. Rozmowa poszła źle. Nie dlatego, że moje doświadczenie zawodowe zamyka się w trzech latach pracy na oddziale niemowlęcym ani nie dlatego, że pytania były trudne. Rozmowa z potencjalnym pracodawcą, surowo wyglądającą Angielką, kierowniczką sieci domów opieki, odbywała się w języku angielskim. Czułam porażkę, gdyż wielu pytań po prostu nie zrozumiałam i nie potrafiłam na nie odpowiedzieć, mimo że uczę się tego języka już od podstawówki. Jadąc do domu, robię sobie wyrzuty, że porywam się z motyką na słońce. Od dłuższego czasu myślałam o wyjeździe do pracy w innym kraju, na pierwszym miejscu do USA, by tam opiekować się dziećmi. Przeszukując oferty pracy znalazłam ofertę firmy rekrutacyjnej do domów opieki w Anglii. Raz się żyje, pomyślałam i przesłałam im życiorys. Domy opieki? Trochę nie mój profil, zwłaszcza, że polubiłam pracę z dziećmi. Lubiłam, jak po chorobie zdrowieją i zostają wypisane ze szpitala do domu. Ale nie zawsze kończyło się radośnie. Czasem jako pielęgniarka musiałam brać udział w tragedii dziecka i całej jego rodziny, widziałam jej cierpienie, lęk i gniew. Mało komu w takich sytuacjach udaje się zachować spokój.

Z rozmyślań wyrywa mnie dźwięk telefonu. "Pani Paulo, gratulujemy, przeszła Pani rozmowę kwalifikacyjną pozytywnie."


Na przygotowania do wyjazdu miałam trzy miesiące. Przez ten czas automatycznie na skrzynkę mailową otrzymywałam informacje o swojej nowej pracy. To był również czas na złożenie wypowiedzenia w moim szpitalu i psychiczne przygotowanie się do wyjazdu, co przychodziło bardzo ciężko. Anglia wydawała mi krajem leżącym jakby na drugim końcu świata. Pierwszy raz miałam być na tak długo odseparowana od rodziny i bliskich. 
 - Dostałam się do tej pracy, no wiesz, do sieci domów opieki, o których ci kiedyś mówiłam - cicho wspomniałam narzeczonemu. Mieliśmy w planach się pobrać, ale ostatnio nie układało mu się z pracą. Lepiej odłożyć ślub na później.
- Obiecaj, że po roku wrócisz - powiedział. Czułam, że trudno mu było się pogodzić z moim wyjazdem. Spojrzałam mu prosto w pełne obaw oczy i odpowiedziałam:
- Obiecuję.

 Liście na drzewach zmieniły kolor z wysyconej zieleni w odcienie rudego i brązu. Nadeszła jesień i czas wyjazdu do Anglii. Na lotnisku w Warszawie przed bramkami pożegnałam rodziców i narzeczonego. Byłam z nim w narzeczeństwie już 5 lat. "Wieczna narzeczona" - śmiałam się z goryczą. Wyjazdy nie są niczym nowym, on był już wcześniej na wymianie w Stanach, czekałam na niego rok. Teraz jego kolej, on będzie czekał. Chciałabym – planowałam - odłożyć na depozyt na nasze własne mieszkanie. Wrócę po roku. Pielęgniarka oddziałowa zapewniła mnie, że jakbym chciała miejsce w pracy, zawsze się dla mnie znajdzie. Jeszcze nie wiem – chodziły mi po głowie różne myśli - czy w przyszłości będę pracować dalej na tym samym oddziale, czy raczej zacząć uczyć się czegoś nowego, ale na pewno będę odwiedzać koleżanki z pracy i zawsze będę miała sentyment do tego szpitala.

Po pożegnaniu z bliskimi, łzach (nigdy nie mogę się opanować!) przeszłam przez bramki do kontroli bezpieczeństwa stawić czoła nowemu życiu.

 Na lotnisku w Derby stała ta sama surowo wyglądająca kierowniczka, która bombardowała mnie tysiącem pytań na rozmowie kwalifikacyjnej i próbowała wyciągnąć jakiekolwiek angielskie słowa. Okazało się, że samolotem leci jeszcze sześć innych pielęgniarek z tego samego „zaciągu”. Pogadać na spokojnie mogliśmy dopiero w hotelu. Dojechaliśmy do niego czarnymi, dużymi angielskimi taksówkami. Kasia, rudowłosa trzydziestolatka, matka dwojga dzieci i żona niepracującego męża, zarzekała się, że gdy tylko dostanie pierwszą wypłatę, dom opieki zamieni na szpital. Rodzinę zostawiła w Polsce. Ściągnie ją, gdy znajdzie dobre zakwaterowanie. Martwiła się już na zapas, jak dzieciaki poradzą sobie w nowym środowisku, tym bardziej że starszy, pięcioletni synek choruje na autyzm. Mirka, rozwódka, najstarsza z nas, ale niezwykle nowoczesna i przebojowa, już wcześniej pracowała 5 lat w szpitalu na bloku operacyjnym. Stała się naszą skarbnicą wiedzy. Odpowiadała na wszystkie nasze pytania i rozwiewała wątpliwości. Przed tym naszym przylotem była przez kilka miesięcy w Polsce. Miała załatwić emeryturę, przeciągnął się czas załatwiania formalności i przez to straciła poprzednią lubianą pracę. Z kolei Marta, którą od razu najbardziej polubiłam, odkłada na ślub i wesele. Gdy tylko się zaaklimatyzuje w nowym miejscu – planowała - narzeczony do niej dołączy. I jeszcze Daria, Aga i Zuza, dwa miesiące temu obroniły pracę licencjacką, trzy przyjaciółki z jednego miasta. Od razu postawiły warunek nowemu pracodawcy - biorą pracę tylko wtedy, jeżeli będą pracować w tym samym miejscu. Nie pracowały w polskim szpitalu. Stwierdziły, że nie będą sobie strzępić nerwów na "polski chory system ochrony zdrowia". Zuza, w wolnym czasie prowadziła zajęcia fitness i już na początku zapowiedziała, że w tym czasie, w którym jesteśmy razem, popracujemy nad kondycją fizyczną.

Firma zakwaterowała nas w pięknym hotelu. Każda miała pokój tylko dla siebie. Kierowniczka domów opieki dała nam "plan lekcji" z rozkładem zajęć. Przez kolejne 5 dni od 9 do 18 będziemy się uczyć o zasadach panujących w angielskim pielęgniarstwie geriatrycznym. To tam po raz pierwszy usłyszałam wykład na temat równości i różnorodności ludzi, na temat szacunku i godności drugiego człowieka. Później były też wykłady o umieraniu i sposobie rozmawiania na temat śmierci. W Polsce to jeszcze temat tabu. W Anglii już przy przyjęciu nowej osoby do domu opieki w zestawie pytań podstawowe brzmią: Gdzie chciałbyś umrzeć, w domu czy w szpitalu? Czy po śmierci wolisz kremację, czy tradycyjny pochówek? W polskich placówkach ochrony zdrowia nikt o takie sprawy nie pyta.

Dzień po dniu wkłady. Po takich dniach każda z nas przychodziła do pokoju hotelowego wykończona, z bólem głowy od ciągłego słuchania obcego języka i skupienia. Okazało się, że każda z nas oprócz Mirki, która już wcześniej spędziła kilka lat w Anglii, ma problemy z komunikatywnym angielskim.

Po pięciu dniach wytężania umysłu na tych wykładach, przed dniem, w którym mieli nas rozdzielić na poszczególne domy opieki, wstąpiłyśmy do starego, wiktoriańskiego pubu. Przy angielskim piwie "Ale", znając już swoje słabe możliwości językowe, zastanawiałyśmy się, dlaczego wzięli nas do tej roboty. Zuza zaczęła się śmiać. - Popatrzyli na metrykę i stwierdzili, że może coś jeszcze z nas będzie!

Rano spotkałyśmy się z naszą kierowniczą w looby hotelowym. Już nie wydawała się taka surowa. Chyba się trochę do nas przywiązała, w końcu sama nas wybrała. Jej firma potraktowała nas fantastycznie. Wszystko było zorganizowane, zakwaterowanie, pyszne hotelowe posiłki, dali nam również czek na start, oczywiście z klauzulą, że musimy pieniądze oddać, jeśli nie przepracujemy dwóch lat. Wczytywałyśmy się w umowę. Nie zawierała żadnych haczyków, na przykład, że musimy oddać 5 razy więcej. Zapisane wszytko jasno, czarno na białym i w porządku. Taki kontrast. W Polsce od swojego pracodawcy spodziewałam się tylko kolejnej kłótni o 20 złotych podwyżki rocznie. Albo kwestia samej umowy o pracę - nie chciano jej ze mną podpisać. Byłam zaskoczona, że tak dobrze traktują tutaj pracownika.

Trzy koleżanki lublinianki dostały, jak im przyrzeczono, przydział do jednego domu opieki w Birmingham. Kasia otrzymała bilet na pociąg do Liverpoolu. Ze stacji miała ją odebrać szefowa jej docelowego domu opieki. Niespodzianka - ja z Martą dostałyśmy informację, że razem jedziemy do Manchesteru. Okazało się, że kierownictwo domów opieki zadbało również o wynajęcie dla nas mieszkań.

Kierowniczka zapakowała mnie i Martę do swojego samochodu i zawiozła do domu opieki, w którym miałyśmy zacząć pracę.

Nowy, duży budynek z czerwonej cegły, nawiązującej do ceglanej architektonicznej tradycji Manchesteru, znakomicie przystosowano do pełnienia funkcji ośrodka dla potrzeb osób starszych. Mieścił 88 pokoi, wszystkie z prywatną łazienką i własną restaurację, oferującą posiłki dla pacjentów, ich rodzin, również dla pracowników, pięknie przyozdobione salony z wygodnymi fotelami dla pacjentów, w których rozsiadali się, żeby oglądać ulubiony serial.

Suze, nasza nowa szefowa, oprowadziła nas po swoich włościach, przedstawiając kilku pacjentów, nazywanych tutaj rezydentami. Przy okazji przedstawiło nam się kilku pracowników, ale już wtedy, po tylu wrażeniach, wiedziałyśmy z Martą, że w ten dzień nie zapamiętamy już żadnego imienia. Suze, po pokazaniu domu opieki zaprosiła nas do swojego samochodu. Krótko poinformowała, że jedziemy zobaczyć nasze mieszkanie. Po 10 minutach zajechałyśmy pod domek. Suze zostawiła nas, gdyż musiała wracać do pracy.

Weszłyśmy do domu. Mile zaskoczyła nas czystość, powitały pachnące kwiaty na stole w kuchni i karteczka "Welcome home". Lodówkę ktoś wypełnił polskimi produktami, a w każdej sypialni leżał folder z informacjami, jak się poruszać po Manchesterze i co warto zwiedzić. Popatrzyłyśmy z Martą po sobie z niedowierzaniem. Ale mamy szczęście!

 Naszym zadaniem w domu opieki było podawanie leków, prowadzenie dokumentów, komunikacja z lekarzami, jeśli działo się coś niepokojącego, i nadzorowanie opiekunów. To taki zwięzły zapis. W praktyce - rundki z lekami 4 razy dziennie, co zabierało dość dużo czasu. Podczas tych rundek trzeba było też dopilnować, czy osoba starsza rzeczywiście połknęła leki. Zdarzało się, że tabletki znajdowałyśmy powypluwane w łóżku rezydenta, w torebce, pochowane w fałdach fotela czy w doniczce z kwiatem. (...)

PRZEJDŹ DO BLOGA

 
 
Top! Top!